poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Z braku rozmów. Grażyna Jagielska - Płaskuda










"Kiedy się wyprowadzimy - wszystko będzie inaczej - mówił i patrzył jak Anka przestaje pisać, odwraca się bokiem do biurka, znów są ze sobą, zamknięci w jednej myśli jak w bańce." *

"Życie w czystej postaci, bez domieszek, pozbawione dążeń, ambicji, klęsk. Żadnych zwycięstw - pomyślał. - Boże, przede wszystkim zwycięstw. Wstrząsnął nim dreszcz, mimo, że w pokoju było ciepło."


Trzy pary mieszkające w jednej kamienicy. Anka i Julek. Ona aspirująca do roli autorki reportaży pisząca od kilku lat – bez rezultatów. On – inżynier, żyjący marzeniem o cudownej wizji ich związku. Krzysiek i Mała – bezrobotny geodeta, przed żoną ukrywający stratę etatu w biurze projektowym, niby wychodzi wciąż do tej samej pracy, a tymczasem bywa dostawcą pizzy, innym razem zbieraczem żelastwa. Mała – nauczycielka, dawna pianistka z szansą na karierę. Ich związek to nieustanne zmaganie się z brakiem pieniędzy i ruiną domu – przybudówką, która nie jest dobra do mieszkania ani dla nich, ani dla trójki ich dzieci. Kochany i Kochana – starsze małżeństwo, których dzieci wyfrunęły już z gniazda. Spędzają czas w pokoju telewizyjnym. Niegdyś – on znany prezenter telewizyjny, który zrezygnował z zawodu, bo czuł się przemęczony wyścigiem szczurów i wypalony, ona – malarka, której obrazy nigdy nie zostały właściwie docenione. Wszyscy oni żyjący marzeniami i swoimi wizjami codzienności, których obraz dla każdego z osobna jest inny.

„Płaskuda” jest intrygującą opowieścią. Na wstępie nie wszystko było podane na tacy i oczywiste. Raczej zawoalowane. Wgryzając się pomału w fabułę i żyjąc z bohaterami układałam sobie w głowie ich historie od retrospektywy aż do aktualnego momentu. Wściekałam się na Julka, że jest tak skupiony na swojej wizji związku, że nie zwraca uwagi na to, że  „my”, to przede wszystkim „ja” i „ty”. I że każdy powinien mieć przestrzeń, by móc swobodnie oddychać. Anka zaś – skupiona na pisaniu zdaje się nie zauważać „własnościowych” zapędów partnera. Krzysiek – może i skupiony na rodzinie ale kompletnie nie umiejący komunikować się z żoną. Mała z nim zresztą też. Małżeństwo, którym głównym punktem są dzieci i szara codzienność. Bez zarezerwowanego miejsca na czułość i szczerą rozmowę. Kochany i Kochana – z pozoru pogodzone z życiem małżeństwo, które żyje tylko budową domku na Mazurach. A naprawdę tęskniące za niezrealizowanymi marzeniami w życiu zawodowym.

Wszyscy oni zawieszeni w czasie, czekający na zmiany, łudzący się, że przeprowadzka da im szczęście i pozwoli odnaleźć to, czego szukali. Kibicowałam Ance - trzymałam kciuki za reportaż o Czeczence Larysie, ale nie spodziewałam się, że zrobi to, czego tak bardzo nie chciała. Liczyłam na to, że Mała na nowo zacznie grać ulubione melodie na „pożyczonym” pianinie i nie będą to tylko piosenki dla dzieci. Że założy jeszcze czarną koncertową i zagra przed pełną salą. Czekałam na przeprowadzkę starszego małżeństwa na Mazury. Rozczarowały mnie wybory bohaterów. Tym lepiej, bo chociaż książka mnie miejscami znużyła i zirytowała, to w ostatecznym rozrachunku jednak pozytywnie zaskoczyła, a przedstawiona historia - zainteresowała. Szkoda było ją kończyć.

Po lekturze jednak pojawiła się jedna, szczególna konkluzja - w związku trzeba mówić, trzeba potrafić rozmawiać, komunikować się, dyskutować, słuchać i słyszeć. Tylko tyle.


5/6
____________
* wszystkie cytaty: Grażyna Jagielska - Płaskuda, wyd. WAB


sobota, 27 kwietnia 2013

Kulinarni czytają. Gospodarna Narzeczona - Na Kruchym Spodzie


Dzisiaj w cyklu „Kulinarni czytają” witamy Kasię - Gospodarną Narzeczoną. 
W sekrecie ;) powiem Wam, że teraz bardziej pasuje jej nick gospodarna żona i mama ;) 
Z gospodarzeniem u Kasi jest bardzo ciekawie i inspirująco. Wystarczy zerknąć na „Tydzień bez zakupów” na jej blogu Na Kruchym Spodzie. Z samych zapasów w kuchennych szafkach wyczarować takie egzotyczne cuda - chapeau bas! Chociaż dla ścisłości - na blogu wręcz roi się od kulinarnych ciekawostek: jak zrobić tofu, co to jest okara i co z niej przyrządzić i wreszcie - co można wyczarować smakowitego z domowego jogurtu? Przeczytajcie i zobaczcie sami. 
Ale miejcie na uwadze, że prawdziwą gwiazdą bloga jest bez dwóch zdań chleb Kasi i Lecha. Chleb na drożdżach lub - najczęściej - na zakwasie, zdrowo wyrośnięty, pięknie popękany, wręcz zachęcający by się w niego natychmiast wgryźć. Charlotte z Mokotowa może się przy nim schować ;) A jak jeszcze dodać, że Kasia poznała mistrza Hamelmana, to chyba więcej już nie trzeba dodawać? Przy okazji - skoro o naszym powszednim mowa – zerknijcie również na Gospodarne Szczęście, czyli piekarski blog, który Kasia prowadzi razem z Tilią z Kuchni Szczęścia. 

Kasiu, dziękuję, że zechciałaś tutaj gościć :) Już nie przedłużam tej przedmowy - adres bloga znacie, więc koniecznie po przeczytaniu poniższych odpowiedzi - tam zerknijcie. Naprawdę warto!



1. Książki, które czytam najchętniej:

Lubię długie klasyczne powieści z początku XX wieku, w szczególności rosyjskie, ale nie tylko. Nie wiem czy to tylko moje wrażenie, ale coraz mniej powstaje takich książek. Więcej jest udziwnień i gry z formą i bohaterów z przypadłościami, o których nie śniło się ojcom psychiatrii. Mnie brakuje długich, niekoniecznie głęboko psychologicznych (czytaj psychopatologicznych) historii. Te bardziej zaburzone (historie) mam na co dzień w pracy. Chcę czytać o ludzkich losach na tle historii, długich sagach rodzinnych, chcę się wciągnąć i zapomnieć o całym świecie. Chcę wiedzieć, że przede mną jeszcze ciągle dwieście trzysta stron. 
Przyznaję, że lubię też chick-lit. Czytam ją zwykle przy pogardliwych chrząknięciach mojego L. To dla mnie takie książki odprężające, tak zwane do pociągu. W chwilach kryzysu pomagają się wypłakać (bo znowu jej nie chciał), a potem wierzyć, że wszystko będzie dobrze (bo w końcu ją zechciał). 
Ostatnio zwróciłam się też ku kryminałom, którymi w wiekach nastoletnich gardziłam. Uwielbiam Agatę Christie, ale czytam też śnieżne skandynawskie makabry. Doskonała literatura na ciążę. Lubię też dobre komiksy, koniecznie po francusku. Mam słabość do Belgów to dlatego. Niestety zwykle szkoda mi na nie pieniędzy, wolę kupić kolejną formę do tarty lub zjeść coś pysznego.


2. Ulubiona książka kulinarna:

Z tym mam kłopot. Moja kolekcja książek kulinarnych rozrasta się z miesiąca na miesiąc. Trudno mówić o ulubionej, bo to się zmienia. Moja pierwsza książka kucharska to chyba "Nastolatki gotują", ale nie pamiętam, czy coś z niej ugotowałam. Moją pierwszą ważną książką była "Dania jarskie. Wielka księga kucharska". Robiłam z niej  całe imprezy. Dzięki temu odkryłam różne fasole, soczewice, soje, tofu i tarty. Tłumaczenie dziś wydaje mi się nieco koślawe, ale mam do niej pewien sentyment. 

Ulubiona aktualnie? Hmmm na pewno Bread Hamelmana, to dla mnie książka kompletna jeśli chodzi o pieczenie chleba. Ma dla mnie wartość szczególną, bo poznaliśmy się z autorem i nadal pozostajemy w kontakcie. Niezwykle przyjazny człowiek. Nie będę też oryginalna, jeśli napiszę, że uwielbiam książki Ottolenghi, bo to po prostu świetne książki. Lubię serie książeczek Le cordon Bleu, chyba wszystkie nie były wydane w Polsce, ale udało mi się upolować kilka po francusku i angielsku, bo choć nie jestem talentem językowym, książki kucharskie mogę czytać nawet w językach, których nie znam. No  i cała ja. Mogłabym tak wymieniać bez końca. Lubię książki kucharskie i już. Nie gardzę też takimi, gdzie bohaterowie gotują i nawet podane są ich przepisy. Ale to już całkiem inna historia.


3. Książkowe wyznanie:

Też na początku myślałam, że chodzi o wyzwanie. I tu wzorem dziadka z Szóstej klepki Musierowicz, chciałabym przeczytać całą bibliotekę według alfabetu na emeryturze. Jeśli mam coś wyznać, to może własnie to, że nadal wracam do książek Musierowicz i czytam, choć daleko im do świetności, nowe tomy. 

A jeśli miałoby być to coś wstydliwego? To zaglądam na ostatnie strony. I powiem wam, że wcale nie zaburza mi to czytania i bardzo rzadko coś rzeczywiście wyjaśnia. Tak jak z życiem. I co z tego, że wiedziałam, czego chcę. Dopiero to jak do tego doszłam jest ciekawe i decyduje o całym smaku. 

Bardzo rzadko zapamiętuję imiona bohaterów (te zresztą często przekręcam), wątki, cytaty. Nie mogę, więc niestety brać udziału w literackich dyskusjach. Co jak wiadomo kiedyś bardzo punktowano w towarzystwie. Przyjemność z czytania mam tu i teraz. 


4. Książka, którą czytam obecnie:

No obecnie to jest kulawo, przyznaję. Na usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że leżałam bite dwa miesiące w szpitalu i wtedy przeczytałam z 20 książek jak nic. Książką roku pozostają Balladyny i romanse Karpowicza, dawno się tak nie uśmiałam. Teraz poczytuję na zmianę o żywieniu niemowląt według pięciu przemian, Pochwałę  powolności Carla Honore (coś mi nie gra w tej książce) i Jerusalem Ottolenghi (dołączam się do zachwytów pozostałych kulinarek) i jakiś szwedzki kryminał. Jednym słowem groch z kapustą. Ale chyba wybiorę się do empiku, bo od dawna marzy mi się Tajemnica Abigel Marty Szabo. W dzieciństwie oglądałam ukradkiem serial na podstawie tej książki i długo potem o nim rozmyślałam przed zaśnięciem. 



środa, 24 kwietnia 2013

23.04 - Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich


Książki są bramą, przez którą wychodzisz na ulicę (...). 
Dzięki nim uczysz się, mądrzejesz, podróżujesz, marzysz, wyobrażasz sobie, przeżywasz losy innych, swoje życie mnożysz razy tysiąc. 
Ciekawe, czy ktoś da ci więcej za tak niewiele. 
Pomagają też odpędzić różne złe rzeczy – samotność, upiory i tym podobne. 
Czasem się zastanawiam, jak możecie znieść to wszystko wy, którzy nie czytacie. 
(Arturo Pérez-Reverte, "Królowa Południa")


Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich za nami. Pisarze, wydawcy, księgarze, bibliotekarze i wszyscy umiłowani w temacie co jakiś czas podnoszą larum, że Polacy książek za mało: kupują, wypożyczają, czytają i o nich mówią. I wczorajszy dzień był ku temu właśnie narzekaniu najbardziej odpowiedni. Ale nie do końca. Bo to przede wszystkim najbardziej sposobny czas, aby mówić o tym, że książki jednak się czyta. Jakkolwiek by narzekać, że jest źle, to ja jako czytelnik na co dzień jednak widzę szklankę w połowie pełną. Ludzie czytają. Widzę to po moich znajomych, a także obserwując codziennie obcych ludzi – głównie w środkach transportu zbiorowego. Absolutnie zawsze udaje mi się zauważyć osobę z książką – głównie w metrze lub tramwaju. Przynajmniej jedną – nie licząc oczywiście mnie ;) Rzecz oczywista, że mogłoby być lepiej i wspiąć się wyżej ponad te 39%  Ale żyjemy w czasach, w których liczy się czas i szybkość, a z książką trzeba przysiąść, wyciszyć się, pobyć sam na sam. 

Czy uważam, że należę do elitarnego grona czytelników? Nie. Nie czytam dla bycia nonkonformistką, outsiderką, czy jakkolwiek to jeszcze inaczej nazwać. Czytam dla siebie, bo to zupełnie zwyczajnie lubię. A jako czytelnik postanowiłam w tym roku czynnie obchodzić święto książki. Tak, jak zapowiadałam na Facebooku – wybrałam się na „czytanie pod chmurką” na ul. Kubusia Puchatka. Przyznaję – spodziewałam się większego grona. Zakładałam, że będę postronnym obserwatorem, a okazało się, że byłam jednym z… dwóch przypadkowych czytelników ;) Czy to o czymś świadczy? Pewnie o tym, że mało czytamy ;) Ale także to pokazuje, że w większym mieście jesteśmy zabiegani i rozprasza nasz taki szum spowodowany ofertą kulturalną, że nie wszystko jest się w stanie przebić. Tak to sobie wytłumaczyliśmy w domu z Panem R. Ale nie żałuję, że znalazłam się w kameralnym gronie. Dzięki temu poznałam m.in. autorów Małgorzatę Gutowską-Adamczyk, Jolantę Kwiatkowską i Jacka Skowrońskiego oraz Panią Marię Kulik – prezesa polskiej sekcji IBBY. A samo spotkanie w Głównej Księgarni Technicznej na Świętokrzyskiej mogę śmiało zaliczyć do udanych. 

Wzorem katalońskim – wróciłam do domu z czerwoną różą, a ściślej mówiąc z trzema. A także z audiobookiem z dedykacją Pani Małgosi i trzema nowymi książkami, które kupiłam tuż przed spotkaniem. 




Ale to nie były jedyne świąteczne zdobycze ;) Wcześniej korzystając z 25% rabatu w internetowej księgarni na literę M. sprezentowałam sobie moje dwa książkowe marzenia: najnowszą książkę Jacka Dehnela o... książkach ;) oraz reportaż ulubionego wydawnictwa o Korei Północnej, który od ponad roku planuję przeczytać.  A zważywszy na codzienne doniesienia prasowe -jest to temat, który warto poznać. 



Mój Światowy Dzień Książki uważam za bardzo udany, mile spędzony i bogaty w nowe książki. A jak to wyglądało u Was?



poniedziałek, 22 kwietnia 2013

VI Edycja Nagrody Literackiej m. st. Warszawy - relacja po ogłoszeniu laureatów

W przededniu Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich, które przypadają jutro i zapowiadają ciekawy, obfitujący w wiele wydarzeń wtorek (m. in. Czytanie pod chmurką, na które wybieram się na ulicę Kubusia Puchatka), dzisiejszy dzień w książkowym świecie również był interesujący. Jestem właśnie świeżo po radiowej relacji z Gali Nagród Literackich m. st. Warszawy, które wręczano w Teatrze na Woli. 

Była to już VI edycja corocznego konkursu. Co to za nagroda? Pozwolę sobie zacytować informację ze strony konkursu: „Nagroda Literacka m.st Warszawy jest kontynuacją chwalebnej tradycji wyróżnienia o tej samej nazwie, przyznawanego w latach 1926-38. Pierwszym jego laureatem był najstarszy syn Adama Mickiewicza - Władysław, ostatnim zaś (przed II Wojną Światową) Leopold Staff (1938). Nagrodą tą wyróżniono również twórców tak wybitnych jak Wacław Berent (1929), Tadeusz Boy-Żeleński (1933), Pola Gojawiczyńska (1935), Maria Kuncewiczowa (1937). W okresie powojennym istniały w Warszawie nagrody o podobnym charakterze, nie było jednak konsekwencji ani w nazwie, ani w zasadach ich przyznawania. Spośrod nazwisk laureatów nagród powojennych warto przypomnieć m.in. Mirona Białoszewskiego, Kazimierza Brandysa, Ernesta Brylla, Juliusza Wiktora Gomulickiego, Hannę Januszewską czy Jerzego Waldorffa.” 

Po wysłuchaniu relacji w radiowej Jedynce już wszystko wiem ;) Nagrodę otrzymali: 
- Kategoria "Literatura Piękna – Proza" Kazimierz Orłoś „Dom pod Lutnią” (Wydawnictwo Literackie),


- Kategoria „Literatura piękna – Poezja” Krzysztof Karasek „Dziennik rozbitka” (Instytut Mikołowski),


- Kategoria „Literatura dziecięca – tekst i ilustracje” Dorota Sidor (tekst) / Aleksandra i Daniel Mizielińscy (ilustracje) „Gdzie jest wydra? – czyli śledztwo w Wilanowie" (wyd. Dwie Siostry),


- Kategoria „Edycja warszawska" Tomasz Mościcki „Teatry Warszawy 1944 – 1945” (Fundacja Historia i Kultura).


Natomiast „Warszawskim Twórcą” została Joanna Kulmowa. Pełna lista nominowanych znajduje się tutaj.

Najbardziej interesowały mnie dwie z czterech kategorii: Proza, w której typowałam Krzysztofa Vargę za „Trociny” (wyd. Czarne) oraz Edycja Warszawska, w której kibicowałam Beacie Chomątowskiej za „Stację Muranów” (wyd. Czarne). 
„Stacja…” to od czasu pojawienia się na rynku wydawniczym - książkowy obiekt moich marzeń. I gdyby nie okoliczność, iż z okazji jutrzejszego Dnia Książki już zakupiłam dwa inne marzenia ;), to dzisiaj wyszłabym z nią wyszła z księgarni. Póki co - musi na mnie jeszcze chwilę cierpliwie poczekać ;)


sobota, 20 kwietnia 2013

Kulinarni czytają. Karolina - Kuchenne wędrówki Shinju


Cieszę się, że kolejnym gościem w cyklu „Kulinarni czytają” zgodziła się być Karolina. Choć widziałyśmy się wiele razy, to jednak zwykle nasze rozmowy dotyczyły głównie tematów kuchennych, spożywczych i generalnie bliskich kuchni. Dlatego też bardzo byłam ciekawa, co Karolina opowie o swoich czytelniczych fascynacjach.
Bo jeżeli chodzi o blog Shinju, to skojarzenia głównie kierują mnie w stronę kuchni azjatyckiej i makaronów. Ostatnio nawet byłyśmy na wspólnej makaronowej wycieczce w Lublinie, o której jeszcze będzie się pisać na blogach kulinarnych :)
Pobuszujcie po Kulinarnych wędrówkach Shinju, a kiedy już tam traficie - koniecznie przeczytajcie relację z pewnego książkowego spotkania traktującego o sztuce zakąszania
Ale najpierw zapraszam do lektury, co lubi czytać Karolina :)


1. Książki, które czytam najchętniej:

Książki czytam właściwie od kiedy pamiętam. Kiedyś byłam tak bardzo zachwycona światem literatury, że czytałam właściwie wszystko co mi wpadło w rękę. W związku z tym w moim „repertuarze” przeczytanych pozycji trafiają się naprawdę dziwaczne książki. Teraz moje czytanie się trochę ustabilizowało. Książki, które czytam najchętniej zmieniają się falowo. Przez pewien czas sięgam po ciężkie kryminały i literaturę sensacyjną, później przez kilka tygodni albo miesięcy mam ochotę na lekkie powieści, a jeszcze później w moje ręce wpada klasyka. W gruncie rzeczy nie zamykam się na żaden gatunek. 

Lubię powieści kryminalne – zarówno modne obecnie skandynawskie jak i brytyjskie, posiadające niesamowity klimat. Czytam  każdą książkę, którą napisał Maxime Chattam . W mojej biblioteczce pojawiają się kolejne pozycje napisane przez Kathy Reichs. Z wielką chęcią sięgam po serię Dolce Vita, która urzekła mnie opisem odczuwania radości z życia oraz oczywiście kulinarnymi elementami. Uwielbiam powieść „Smażone zielone pomidory” Fannie Flagg, którą czytałam już kilkakrotnie. Wzbudza we mnie duże pokłady pozytywnego myślenia. W chwilach „klasycznych” wracam m.in. do powieści Jane Austen. 

2. Ulubiona książka kulinarna:

Bardzo ciężko jest mi wybrać jedną pozycję kulinarną, ponieważ takie książki uwielbiam i z przyjemnością chomikuję.  Jeśli chodzi o ulubionych autorów to przyjemność sprawiają mi książki autorstwa kontrowersyjnego Gordona Ramsay’a. Jednak ostatnio najchętniej sięgam po dwie dotyczące makaronów: „Włoskie dania makaronowe” Gino D’Acampo oraz „The Big Book of Noodles” Vatcharina Bhumichitra. 




3. Książkowe wyznanie:

Czytam wszędzie gdzie tylko się da: w tramwaju, autobusie, metrze, poczekalni u lekarza, kawiarni, a nawet stojąc na przystanku czy czekając na kogoś. Jeśli kiedyś spotkacie mnie gdzieś samą na mieście to niewykluczone, że będę miała książkę w ręce :)

4. Książka, którą czytam obecnie:

Z wielką niecierpliwością czekam, aż dotrze do mnie przesyłka z najnowszą książką z serii Dolce Vita. Ta książka to „Wśród mangowych drzew” i dotyczy dzieciństwa i młodości indyjskiej aktorki oraz autorki książek kulinarnych. Jak tylko do mnie dotrze to natychmiast zacznę ją czytać :) 


W międzyczasie na tapecie mam poprawiającą humor książkę „Odyseja kota imieniem Homer” Gwen Cooper. Jest to prawdziwa historia, o życiu z ślepym kotem. Pouczająca, zabawna, sprawiająca przyjemność i skłaniająca do pewnych przemyśleń – taka jest ta książka.  



czwartek, 18 kwietnia 2013

Most między historią a współczesnością. Marti Gironell - Most Żydów
















"Czujemy zapachy, a nie widzimy, jak wchodzą nam do nosa. Nasze oczy nie są też w stanie ujrzeć wyczerpującego upału, zimna czy głosów." *

 Jest rok 1075, hrabia Bernat Drugi de Tallaferro, po śmierci brata Gulliema, zmuszony jest do objęcia władzy nad prowincją. Hugo, hrabia Emupuries - wieczny rywal rodu de Tallaferro ma zamiar najechać miasteczko Besalú, aby powiększyć swój stan posiadania, zwłaszcza, że okoliczne ziemie są bardzo żyzne i obiecują obfite plony. Aby zwiększyć bezpieczeństwo miasta, za radą papieża, hrabia Bernat jaką pierwszą decyzję po objęciu władzy zleca umocnienie murów obronnych i budowę mostu. Budowniczym zostać ma znany toskański architekt, mistrz w swoim fachu – Prim Llombard. Po zaprojektowaniu budowli – rozpoczyna się praca. Nie wszystko jednak idzie zgodnie z planem. Czy to wina sił przyrody, czy może ludzka zawiść i złośliwość? Czy Hrabia Hugo zdobędzie zamek Besalú, czy Itram Llombard wypełni swoją misję, czy powiedzie się zamach na życie papieża, czy powstanie most, kto zdradzi i jaki w tym wszystkim udział mają mieszkańcy prowincji – Żydzi? Wszystko wyjaśni się przed zamknięciem książki ;) 

„Most Żydów” to historyczna powieść z dziejów średniowiecznej Katalonii nawiązująca do autentycznych wydarzeń. Nie zawsze akcja książki jest spójna z historią, bo i nie wszystko zostało spisane, lub przetrwało czas. Autor bardziej bawił się konwencją i zachowanymi faktami. W jednym czasie w książce pojawiły się autentyczne postaci, które żyły przed lub po czasie, który ma miejsce w powieści. Faktem jednak jest, że warowny most w Besalú istnieje po dziś dzień, a samo miasteczko zachowało w dużej mierze średniowieczną zabudowę. 

Powieść nie pretenduje do bardzo ambitnych, nie jest zbyt obszerna (zaledwie 278 dużą czcionką), ma dość krótkie rozdziały. Akcja kończy się szybko i nie jest dość wnikliwa. Jednakowoż sama historia jest wciągająca i mimo wszystko przyjemnie się ją czytało. Jedynie tytuł może być nieco mylący. Żydzi owszem, mieli swój pewien znaczący epizod, ale nie byli budowniczymi. Podobało mi się jednak opisanie żydowskiej społeczności, która prawdopodobnie współzamieszkiwała Besalú już od XI wieku n.e., czyli od czasów, w których rozgrywa się akcja książki. 

Nieprzypadkowo piszę o Żydach, bo pewnie wiecie, że jutro obchodzona jest 70. Rocznica wybuchu powstania w Getce Żydowskim. Żydzi również w polskiej społeczności odgrywali ważną rolę. Może właśnie dlatego warto coś niecoś dowiedzieć się o tym z historii. A jeżeli lubicie oglądać lub jeszcze nie widzieliście zdjęć stereoskopowych – koniecznie wybierzcie się na najnowszą ekspozycję w warszawskim Fotoplastikonie: "Okno na tamtą stronę"

 4/6

________
* Marti Gironell - Most Żydów, wyd. Bellona


poniedziałek, 15 kwietnia 2013

„Książki są niebezpieczne”. Carlos María Domínguez - Dom z papieru


















"Są nadal moimi przyjaciółmi. Dają mi schronienie. Cień latem. Osłaniają mnie od wiatrów. Książki są moim domem." *


Książki są niebezpieczne. Na ten przykład: od spadającej na głowę pięciotomowej encyklopedii można dostać udaru mózgu, złamać nogę, ześlizgując się z drabiny przy regale książkowym, nabawić się gruźlicy przebywając w chłodnych podziemiach archiwum publicznego lub dostać śmiertelnej niestrawności po zjedzeniu „Braci Karamazow”. Albo można skończyć jak Bluma…

"Wiosną 1998 roku Bluma Lennon kupiła w pewnej księgarni w Soho używany egzemplarz Poezji Emily Dickinson i kiedy doszła do drugiego wiersza, na skrzyżowaniu potrącił ją samochód.
(…)
Obliczono kroki Blumy na chodniku w Soho, wersy sonetu, jakie zdążyła przeczytać, prędkość pojazdu; zapalczywie dyskutowano o semiotyce ruchu w Londynie, o kulturowym, miejskim i lingwistycznym kontekście sekundy, w której literatura i świat zderzyły się z ciałem ukochanej Blumy."

Oto początek książki o… książkach. Opowieść o beznadziejnej do nich miłości, która jak na chorobę psychiczną przystało ;), doprowadza do irracjonalnych zachowań, ale jest również źródłem pasji, koncentracją słów i zdarzeń. 

W miejskim wypadku, potrącona przez samochód ginie profesor hispanistyki wykładająca na Uniwersytecie w Cambridge. Jej przyjaciel – profesor, który po niej ma przejąć obowiązki wykładowcy, odbiera już po pogrzebie przesyłkę adresowaną do zmarłej. W paczce oprócz książki z dedykacją (pisaną ręką Blumy) dla pewnego Carlosa - nie ma nic więcej. Jeśli nie liczyć tego, że książka jest cała wybrudzona zeschniętym cementem. 
Profesor postanawia dowiedzieć się, kto i dlaczego zwrócił zmarłej przyjaciółce  „Smugę cienia” J. Conrada. Trop wiedzie do Urugwaju. A tam najpierw do antykwariatu Jorge Dinarliego w Montevideo, a potem do mieszkania Agustina Delgado – przyjaciela Carlosa Braurea, który okazuje się być kluczem do poznania tajemnicy.

„Dom z papieru” to opowieść o tym, jak bardzo książki mogą zawładnąć naszym życiem. Jak z jednej strony są radością, samonapędzającą pasją, a dla przeciwwagi strachem o tak nieraz trywialne rzeczy jak: kurz, mole, rybiki, brak miejsca i poważniejsze: ogień i wodę. 

Szaleństwo przybiera różne oblicza. Można kąpać się w zimnej wodzie, z obawy, że gorąca para uszkodzi woluminy stojące w łazience, można oddać przyjacielowi własny samochód za cenę miejsca w garażu dla kolejnych regałów, a wreszcie można stracić nadzieję i chęć do życia po pożarze katalogu porządkującego bibliotekę według własnego, specyficznego klucza.
Książki służą do czytania. Ale nie tylko…

"Widziałem książki podłożone pod zbyt krótką nogę stołu, przekształcone w stolik nocny, spiętrzone w kształcie wieży i przykryte serwetką; wiele słowników pracowało i przyciskało przedmioty znacznie częściej, niż były otwierane, i niemało książek przechowywało listy, pieniądze i sekrety na regałach. Ludzie też mogą zmieniać przeznaczenie książek."

A gdyby tak spakować te niezliczone metry zawartości regałów w kilka ciężarowych samochodów, pojechać z nimi do pewnej wioski i… przeczytajcie sami ;) Nie zdradzę reszty fabuły ;) 

Czytając „Dom z papieru” wspominałam wszystkie dotychczasowe przeczytane książki z literatury iberoamerykańskiej, którą swoją drogą bardzo lubię czytać i cenię za swoisty klimat. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, jakbym wróciła jednocześnie do „Gry w klasy” Cortazara, „Starego mężczyzny, co czytał romanse” Sepulvedy i „Cienia wiatru” Zafona. Chyba czas znowu otworzyć na chybił trafił Rajuelę i zatopić się w słowie.

Powieść polecam szczególnie tym, którzy bez książek nie wyobrażają sobie życia, którzy lubią zapach papieru i szelest kartek. Którzy, podobnie jak bohater miewają rozterki posiadacza:

"Często jest mi trudniej pozbyć się jakiejś książki niż zdobyć nową. Tomy przylepiają się do półek w tym pakcie konieczności i zapomnienia, jakby były świadkami pewnej chwili w naszym życiu, do której nie powrócimy. Ale podczas, gdy tam nadal są, uważamy je za część nas samych."

"Odkąd sięgam pamięcią, kupowałem książkę za książką. Założyć bibliotekę to jak stworzyć życie. Nigdy nie jest to suma poszczególnych książek. (…) Gromadzi je pan na półkach i wydają się jakąś sumą, ale, proszę wybaczyć, to iluzja. Zgłębiamy rozmaite tematy i po pewnym czasie przekonujemy się, że definiujemy świat, czy (…) szkicujemy trasę jakiejś podróży, z tą przewagą, że możemy zachować jej ślady. Nie jest to proste. To proces, w którym kompletujemy bibliografie; zaniepokojeni wzmianką o jakiejś książce, której nie mamy, zdobywamy ją , pozwalamy prowadzić się do innej."

Ale również niech przeczytają ją Ci z Was, którzy lubią czytać historie z tajemnicą. Chociaż.. tak się zastanawiam… - książka jest na tyle wdzięczna, że poleciłabym ją każdemu. Szkoda tylko, że jest cienka i szybko się kończy.


6/6

__________________
* wszystkie cytaty: Carlos María Domínguez - Dom z papieru, wyd. Świat Książki

sobota, 13 kwietnia 2013

Kulinarni czytają. Grażyna - Grażyna gotuje

Do kolejnego gościa w cyklu "Kulinarni czytają” warto pojechać na szare kluski i weki ;) Wiem, bo kiedy byłam u Niej na królewskiej gościnie, częstowała mnie kuchnią regionalną i tym, co wyjęła ze swojej bogatej spiżarni. Same dobre rzeczy. Bo Grażyna, to przede wszystkim entuzjastka polskiej kuchni, ale także eksperymentatorka. Przekonać się o tym możecie na blogu Grażyna gotuje. A tam pomiędzy przepisami, możecie poczytać również jej limeryki, bajkę dla dzieci i obejrzeć serwetkowe rękodzieło.


1. Książki, które czytam najchętniej :
Takie, w których magia miesza się z rzeczywistością, zwane fachowo "realizmem magicznym". 
Moje ulubione to "Sto lat samotności" Gabriela Garcii Marqueza, "Mistrz i Małgorzata" Michaiła Bułhakowa, "Mały Książę " Antoine de Saint-Exupéry’ego i ostatnio odkryte "1Q84" Haruki Murakamiego. Ostatnio często wieczorami spoglądam  w niebo i wypatruję drugiego księżyca...
I jeszcze takie o zawiłościach ludzkich uczuć, połączone czasem z kulinariami, jak "Smażone zielone pomidory" Fannie Flagg, "Przepiórki w płatkach róży" Laury Esquivel czy "Tost. Historia chłopięcego głodu" Nigela Slatera. Uwielbiam też dobre reportaże w stylu Ryszarda Kapuścińskiego.

blogowe nagrody, zdjęcie: Grażyna

2. Ulubiona książka kulinarna:


"Album polskich smaków" Piotra Bikonta, który wygrałam w konkursie jurorowanym przez autora. Książkę dostałam z jego autografem. Uwielbiam i stosuję tradycyjną oraz nową polską kuchnię, potrawy regionalne to moje hobby - dlatego ta książka, w której przepisy są poprzedzone ciekawymi informacjami.
Inna, z którą wszyscy blogerzy mnie kojarzą, to " Najlepsze przepisy polskich blogerów", w której zbieram autografy blogerów kulinarnych i szefów kuchni. Mam ich już około stu :) W książce tej są dwa moje przepisy - źródło mojej wielkiej dumy.

autografy blogerów i szefów kuchni, zdjęcie: Grażyna

kulinarna biblioteczka - "Książki na półce są nie tylko moje, ale też mojej córki Tiny - weganki"
zdjęcie: Grażyna

3. Książkowe wyznanie:
Od dziecka chciałam być pisarką lub dziennikarką. Kilka lat temu napisałam książkę dla dzieci na konkurs imienia Astrid Lindgren, inspirowaną jej " Dziećmi z Bullerbyn". Nie wygrałam, ale ostatnio w przypływie odwagi wyciągnęłam ją z szuflady i publikuję rozdziałami na blogu, na podstronie " Grażyna pisze".
Dziennikarką byłam, w lokalnej gazecie krótko . Lepiej nie pisać dlaczego krótko. Ale gazety z moimi tekstami przechowuję pieczołowicie jako cenną pamiątkę.


4. Książka, którą czytam obecnie:
Ja też, jak moja poprzedniczka czytam kilka książek na raz. Ostatnio " Mamę  Muminków" Boel Wesin - biografię autorki sagi o Muminkach, Tove Jansson. To była wspaniała artystyczna dusza a przy tym bardzo pracowita. Doszłam do czasów jej studiów w Paryżu i czytam dalej rozumiejąc skąd jej wyobraźnie i wrażliwość.
Obok dwie okołokulinarne, ale jakże różne: "Kill grill. Restauracja od kuchni" Anthony'ego Bourdena, ciekawa pod względem treści ale czasem zbyt wulgarnym językiem pisana i nagroda w blogowym konkursie "Białe trufle" N. M. Kelby, o słynnym kucharzu Escoffierze - też ciekawa ale trudno strawna pod względem stylu (rodem z Harlequinów).

książki aktualnie czytane, zdjęcie: Grażyna

To wszystko leży na nocnym stoliczku w sypialni w towarzystwie pierwszego tomu "1Q84" Murakamiego, które czytam po raz kolejny, bo pierwszy raz skupiona na wartkiej akcji nie zdążyłam się rozsmakować w stylu i wyobraźni Autora.



środa, 10 kwietnia 2013

Słowa jak kamienie. Swietłana Aleksijewicz - Wojna nie ma w sobie nic z kobiety







„Kiedy mówią kobiety, nie ma, albo prawie nie ma tego, o czym zwykle czytamy  i słuchamy: jak jedni ludzie po bohatersku zabijali innych i zwyciężyli. Albo przegrali. Jaki mieli sprzęt, jakich generałów. Kobiety opowiadają inaczej i o czym innym. „Kobieca” wojna ma swoje własne barwy, zapachy, własne oświetlenie i przestrzeń uczuć. Własne słowa. Nie ma tam bohaterów i niesamowitych wyczynów, są po prostu ludzie, zajęci swoimi ludzkimi-nieludzkimi sprawami. I cierpią tam nie tylko ludzie, ale także ziemia, ptaki, drzewa. Wszyscy, którzy żyją razem z nami na tym świecie. Cierpią bez słów, a to jest jeszcze straszniejsze…” *

Operacja Barbarossa, łamiąca  pakt Ribbentrop-Mołotow była początkiem końca wojennych i ekspansywnych ambicji Hitlera. Znamy to z historii. W 1941 r. rozpoczyna się najbardziej krwawy okres II wojny światowej – walka hitlerowskich Niemiec z ZSRR. Związek Radziecki na wskutek wcześniejszych czystek w narodzie dokonywanych na rozkaz Stalina, pozbył się znacznej, doborowej kadry oficerskiej, a nowa – często źle przeszkolona i niedoświadczona, nie dawała szans doprowadzenia kraju do zwycięstwa. Ale Stalin dobrze wiedział, że człowiek sowiecki był dobrze „wyszkolony” do miłości dla ojczyzny - brak kadry dowodzącej, niewystarczająca ilość armii, brak sprzętu nie były przeszkodą dla patriotycznej walki w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Odegrały w niej swoją wielką rolę żołnierze – kobiety.

„Mój tato… Mój ukochany tato był członkiem partii, świętym człowiekiem. Najbardziej wartościowym, jakiego w życiu spotkałam. Uczył mnie: „Kim byłbym bez władzy radzieckiej? Biedakiem. Parobkiem u kułaka. Władza radziecka dała mi wszystko, dostałem wykształcenie. Jestem inżynierem, buduję mosty. Za to wszystko mam dług wobec naszej kochanej władzy.” Kochałam władzę radziecką. Kochałam Stalina. Wszystkich naszych przywódców. Tak mnie tato wychował. Dorastałam, kiedy wybuchła wojna. Wieczorami z tatą śpiewaliśmy Międzynarodówkę i Świętą wojnę. Tato przygrywał na akordeonie. Kiedy skończyłam osiemnaście lat, razem ze mną poszedł do komendy uzupełnień…”

"Tak nas wychowywano, ze bez nas nic nie powinno się dziać w naszym kraju. Nauczono nas kochać kraj. Zachwycać się nim. Skoro wybuchła wojna, musimy jakoś pomóc. Potrzebne są dziewczyny do artylerii przeciwlotniczej – to znaczy, że trzeba tam wstąpić."

"Na wojnę szłam z radością. Po Komsomolsku. Razem ze wszystkimi."

"Z ojcem mnie nie puszczano, a ja żyłam tylko jednym: na wojnę, na wojnę, na wojnę! Te plakaty, które teraz wiszą w muzeum” „Matka Ojczyzna wzywa”, „Co ty zrobiłeś dla frontu?” (…) No i pieśni: „Zbudź się, potężny kraju, na krwawy ruszaj bój!”. 

"Wychowaliśmy się na romantyce rewolucyjnej, na ideałach. Wierzyliśmy książkom… Wojna wkrótce skończy się naszym zwycięstwem. No, lada chwila."

Stalin z rozmysłem nazwał agresję Niemiec na ZSRR Wielką Wojną Ojczyźnianą. Tak określona miała mobilizować jeszcze bardziej do patriotycznej obrony Związku Radzieckiego przez jego obywateli. Miała wywołać potrzebę spełnienia obowiązku dla swojego kraju. Udało się – dobrowolne pójścia na front nie były rzadkością. Często na wojnę szły całe rodziny: ojciec, matka, dzieci – młodzież już 16-letnia. 

Radzieckie kobiety na wojnie były sanitariuszkami, łączniczkami, telefonistkami, ale również strzelcami wyborowymi, pilotami i saperami. Walczyły niejednokrotnie ramię w ramię z mężczyznami. Pomimo tego, że wojsko nie było przygotowane do przyjęcia w swoje szeregi kobiet. Brakowało dla nich w zasadzie wszystkiego: odzieży i butów w odpowiednim – mniejszym rozmiarze, bielizny, czy nawet podstawowych środków higienicznych. A mimo to, wydawały się niejednokrotnie bardziej heroiczne od żołnierzy – mężczyzn. Ale jednocześnie ich postrzeganie wojny było bardziej „podskórne”, bardziej emocjonalne. Ich wspomnienia wojenne również po latach przesycone są całą paletą strachu, ulgi, obrazów pamięci, z którymi dotąd trudno dotąd żyć. Trudno pójść i kupić czerwone mięso, założyć czerwoną sukienkę, bo od razu kojarzą się z tym, co było, a do czego wracać się nie chce. 
Radzieckie kobiety na wojnie nazywane „siostrzyczkami”, po wojnie dla wielu mężczyzn przez to, że walczyły, że były w mundurze – stały się nieatrakcyjne. Nie znalazłszy życiowego partnera – wciąż żyją samotnie, bez rodziny, której po wojnie nie udało im się stworzyć. Zaś przez cywilne kobiety traktowane były jak dziwki, które zapewne na wojnie nie robiły nic ponad oddawanie się żołnierzom.
Kobiety – kombatanci nie mają prawa do chwały, do dumy ze swoich wojennych orderów, medali i  do opowieści. Wszystko to zagarnęli dla siebie mężczyźni, przesuwając je na margines historii.

Książka Swietłany Aleksiejewicz, jest trudną opowieścią, czyta się ją z bólem i wielokrotnie z niedowierzaniem, ile człowiek potrafi znieść. Sama autorka w książce odzywa się rzadko, ustępując miejsce setkom kobietom, które chciały opowiedzieć o tym, o czym opowiadać ciężko. To naturalistyczne historie, w których ludzie siwieją podczas jednego dnia, kobiety przez cały czas trwania wojny przestają menstruować, gdzie trup ściele się gęsto, krew i błoto mieszają się często i łatwo, dzieci tracą rodziców, rodzice – dzieci, ludzie żyją w ziemiankach, bo wszystkie domy poszły z dymem, gdzie śmierć przychodzi nie tylko od kuli, ale też z głodem, chłodem i chorobą. A w tym wszystkim tkwią najbardziej zwykłe ze zwykłych - marzenia:

„Skończyła się wojna, a ja miałam trzy życzenia: pierwsze – że zacznę jeździć trolejbusem i wreszcie nie będę musiała się czołgać, drugie – że kupię sobie i zjem cały długi biały chleb, trzecie – że wyśpię się w białej pościeli, i żeby prześcieradło szeleściło. Białe prześcieradło…”

Nie potrafię krótko i beznamiętnie opisać tej książki, zwłaszcza, że czytając ją wciąż miałam w pamięci „Archipelag GUŁag” Sołżenicyna, którego czytałam w grudniu. Zarówno tutaj, jak i tam dowiedziałam się, że Stalin nie uznawał swoich żołnierzy – jeńców, którzy po niewoli zdołali wrócić do swojego ukochanego kraju. Twierdził, że jeniec, tylko dlatego mógł przeżyć u wroga, gdyż zapewne był szpiegiem. A szpieg, to zdrajca. Na takich bohaterów ten ukochany kraj, dla którego walczyło się o pabiedę – miał gotowe rozwiązanie:

„Mój mąż, kawaler orderów Sławy, po wojnie dostał 10 lat obozu… Tak ojczyzna powitała swoich bohaterów. Zwycięzców! Napisał w liście do kolegi z uniwersytetu, że trudno mu odczuwać dumę ze zwycięstwa, bo swoją własną ziemię zasłaliśmy rosyjskimi trupami. Zalaliśmy krwią. Od razu go aresztowano… Zerwano naramienniki. Wrócił z Kazachstanu po śmierci Stalina…”

A po wojnie już było różnie: niektórzy potrafili tylko żyć wspomnieniem wojny, inni od tychże wspomnień chcieli się uwolnić. Zapomnieć, o tym, co zrujnowało najpiękniejsze, najlepsze lata życia.

"W dużym pokoju panuje swoboda, prawie nie ma zwykłych domowych przedmiotów. Na półce są książki, przeważnie wspomnienia wojenne, wiele powiększonych zdjęć z czasów wojny, na łopacie łosia wisi hełm pancerniaka, na polerowanym stoliku pełno małych czołgów z napisami: „Od żołnierzy N-tej jednostki”, „Od kursantów szkoły pancernej”… Obok mnie na kanapie „siedzą” trzy lalki w wojskowych mundurach. Nawet zasłony i tapety w pokoju mają barwę ochronną. Zrozumiałam, że tutaj wojna się nie skończyła i nigdy się nie skończy." 

„Jesteśmy już wymierającym plemieniem. Mamutami! Jesteśmy z pokolenia, które wierzyło, że istnieje coś większego niż życie ludzkie. Że jest Ojczyzna i wielka idea. No i Stalin.”

„- Miałam dziewiętnaście lat, kiedy skończyła się wojna. Oczywiście nie chciałam wychodzić za mąż. 
- Dlaczego?
- Czułam się bardzo zmęczona, o wiele starsza niż rówieśnicy, wręcz stara. Koleżanki tańczą, bawią się, a ja nie umiem, patrzę na życie oczami staruszki. Z innego świata… Staruszka!"

 „Straszne są wspomnienia, ale nie wspominać – to jeszcze straszniejsze.”

„Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, to książka, którą warto przeczytać. Aby wiedzieć, jak i czym żyli ludzie 70 lat temu. Co myśleli, jak przeżywali skrajne warunki, wielkie emocje i nieustanny strach. 
Ale chyba przede wszystkim dla tej chwili, kiedy można zamknąć książkę z ulgą, że żyjemy w kraju, w którym jest pokój, a jedyne te mniej groźne wojny polsko - polskie na politycznym szczeblu - o rzeczy mniej istotne.

„Epoka uczyniła nas takimi, jakie byłyśmy. Pokazałyśmy, co umiemy. Więcej takiej epoki nie będzie. Nie powtórzy się. Wtedy nasza epoka była młoda, my też byłyśmy młode. Lenin umarł niedługo przedtem. Stalin żył… Z taką dumą nosiłam pionierską chustę. Odznakę Komsomołu…”



6/6

EDIT (14.04.2013 r.): Rozmowa z autorką książki do posłuchania TUTAJ
__________
* wszystkie cytaty: Swietłana Aleksijewicz - Wojna nie ma w sobie nic z kobiety, wyd. Czarne


poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Uroczystość ze skłonnością do przesady. Blandine Le Callet - "Tort weselny"
















"Wiele osób uważa ślub za najważniejsze wydarzenie w swoim życiu. Wielu osobom się wydaje, że tylko ceremonia w kościele może wnieść w ich związek stosowną dozę solenności."*



Książka Blandine Le Callet opowiada o ślubie i weselu Bérengere i Vincenta. Młoda para pobiera się we wspaniałym romańskim kościele – architektonicznej perle w regionie gdzieś we Francji. Ponieważ kościół jest bardzo reprezentatywny, stąd też nie są pierwszą parą, która akurat to miejsce obiera dla zawarcia związku małżeńskiego. Kuriozalnym jest fakt, że w kościele znajduje się zabytkowa figura św. Agaty, która to święta poniosła męczeńską śmierć, odmawiając wyjścia za mąż, ponieważ pragnęła poświęcić się służbie dla Jezusa.

Na ślub i wesele zjechać ma cała masa gości. Wszystko w tym dniu ma być piękne, eleganckie, snobistyczne i z pompą. Dlatego przyszła panna młoda na długo przed  ślubem toczy dysputy z kobietami z rodziny nad szczegółami związanymi z tym dniem. W mieszkaniu rosną sterty magazynów dekoratorskich, kawałków różnorodnych materiałów, przez wiele miesięcy dopieszczana jest lista prezentów, a także ustalany skład i wygląd orszaku ślubnego. Narzeczony natomiast gubi się w tym całym przedweselnym młynie, nie rozumie po co są potrzebne te wszystkie, w jego mniemaniu, nieistotne drobiazgi i zaczyna się na dobre stresować, czego skutkiem jest czasowa niemoc seksualna. A na domiar złego - nie podziela zaangażowania wybranki.


"-Vincent, to mu-si być naj-pię-kniej-szy dzień w na-szym ży-ciu – oznajmia dobitnie, dzieląc słowa na sylaby, by nabrały właściwego ciężaru. – Ślub to ma być spektakl, rozumiesz? Przedstawienie. My jesteśmy głównymi bohaterami, a goście statystami i widzami. Żeby się udało, wszystko musi być ustalone do najdrobniejszego szczegółu."


"Odkąd decyzja o ślubie ostatecznie zapadła, Berengere bardzo się zmieniła zdaniem Vincenta. Wypełniła ich życie drobiazgami bez znaczenia. Przeobraziła się w nieznośną materialistyczną chytrą mieszczkę, organizatorkę wydarzenia towarzyskiego. Nie może jej teraz ścierpieć. Dobija go tymi swoimi sukniami i zastawami."


Swoją rolę statysty i to, że jest elementem wystroju i dodatkiem niezbędnym, by uroczystość się udała zgodnie z wizją Berengere, zauważa ksiądz udzielający ślubu. "Uśmiecha się gorzko. Pan Bóg ma co innego do roboty niż błogosławienie wysadzanych diamentami obrączek aroganckich nadzianych kołtunów." Nie ma on tym samym zamiaru brać udziału w maskaradzie i ostatecznie swoim pośpiechem i pomyłkami tworzy rysę na pięknym obrazie, który wymyśliła sobie panna młoda.


Konstrukcyjnie książka składa się z kilkunastu rozdziałów, przedstawiających ślub z punktu widzenia danego gościa weselnego. Swoje spostrzeżenia opisuje m. in.: bratanica, szwagierka, babcia i siostra ze strony panny młodej, jej kolega z pracy, żona wujka, a także sami państwo młodzi. Niestety autorka powieści zamiast skupić się na wrażeniach z samego ślubu, pozwala bohaterom snuć się w myślach po ich życiowych niepowodzeniach, marzeniach, rozterkach i tajemnicach. Finalnie wesele zamiast być rdzeniem powieści jest tylko pewnym punktem wspólnym, czasem tylko zawężonym do obecności danej postaci na rodzinnym wydarzeniu. 

Jednakże dość trafnie udało jej się oddać sposób zachowania się większości kobiet planujących swoje wesela. Wystarczy poczytać trochę fora poświęcone ślubom,  a na wielu z nich znaleźć można rozhisteryzowane panny typu Berengere, które miesiącami potrafią deliberować nad odpowiednim dopasowaniem wzoru zaproszeń na ślub z serwetkami na sali weselnej. To one wymyślają tak nieistotne rzeczy jak: motywy przewodnie wesela, skrzynki pocztowe i klatki na koperty (sic!), podziękowania dla gości w formie jakiś figurek, czy innych cukiereczków. Nie wspominając o tym, jak długo cyzeluje się ostateczna wizja sukni ślubnej. A i tak większość rzeczy, tak dokładnie ustalanych i precyzyjnie realizowanych umyka ostatecznie uwadze gości weselnych, dla których przecież podobno jest tworzone. Być może nie zgadzacie się ze mną. Przyznaję się bez bicia – w kwestii ślubów zachowuję się bardziej po męsku. Pomimo tego jak bardzo kocham mojego męża, to i tak nie uważam ślubu za najważniejszy dzień w moim życiu. Nie bawi mnie cała otoczka z tym związana. Śluby lubię, wesel już nie. Głównie pewnie  z tak prozaicznego powodu, że nie odczuwam przyjemności w tańcach, jak również i to, że takie imprezy niesamowicie mnie męczą. Jestem jak jedna z postaci z książki, która dodawała sobie otuchy myślami: "Odwagi, to nic takiego. Trzeba tylko przetrwać dziesięć godzin."


Odeszłam jednak nieco od książki. Dlatego już wracam na recenzencki tok myślenia ;) Sięgając po „Tort weselny” nastawiałam się na to, że każdy gość będzie opisywał ze swojego punktu widzenia tylko i wyłącznie przebieg dnia weselnego. Rozczarowało mnie również zbyt ckliwe zakończenie powieści, w którym odkryty został pewien sekret rodzinny. Autorce książki umknęło również, że z rodziców z dwojgiem dzieci, robi się nagle rodzina pięcioosobowa. Doskonale jednak zostało przedstawione to, jak ważna jest dla wielu chęć imponowania, skupienie tylko na sobie i wymaganie, by inni na równi z nowożeńcami przeżywali ów cudowny dzień, jak istotny dla wielu kobiet jest cały ślubny anturaż oraz, że dziecko nieoczekiwanie może zostać persona non grata tylko dlatego, że swoją niepełnosprawnością burzy śliczny obrazek, który wymyślili sobie państwo młodzi.



Książkę czyta się szybko i w ostatecznym kształcie, mimo powyższych uwag, zyskuje dość pozytywną notę.

5/6


„Dwaj kelnerzy wnoszą na ogromnej tacy tort weselny. Vincent widzi, jak w rytm ich kroków chwieje się ta istna wieża Babel z ptysiów zwieńczona tradycyjnie parą nowożeńców. To ja, myśli. Ten ludzik na samej górze, to ja.

Zastanawia się, kto mógł wymyślić tak idiotyczne ciasto. Groteskową piramidę naznaczoną posrebrzonymi kryształkami cukru, listkami z pistacjowego opłatka i marcepanowymi różyczkami, cukierniczego potworka na nugatowym cokole. A ustawiona na szczycie młoda para co właściwie ma symbolizować? Przeszkody pokonywane przez dwójkę? Niebezpieczną wspinaczkę do siódmego nieba? Pretensjonalność tych, którzy sobie wyobrażają, że miłość będzie trwać wiecznie? 
Wygląda na to, że tort wniesiono za wcześnie: ptysie wilgotnieją i oklapują, karmel się rozpuszcza, wszystko spływa. W zasadzie może to właśnie jest przesłanie: dziś jesteście tacy śliczni i milutcy, ale poczekajcie tylko trochę – dostaniecie za swoje i ubędzie wam tej urody.”




______________
* wszystkie cytaty: Blandine Le Callet - "Tort weselny", wydawnictwo Sonia Draga





sobota, 6 kwietnia 2013

Kulinarni czytają. Ania Truskawka - Strawberries from Poland

Zapewne nie jestem jedyną osobą, którą bardzo ciekawi, co czyta Ania Truskawka. Bo to, co gotuje i jak obrazuje świat fotografią możecie przeczytać i zobaczyć na Strawberries from Poland
Blog Ani, który niedawno obchodził swoje 6. urodziny, to blog wysmakowany, z duszą oraz z żyłką do odkurzania starych receptur. Ania odkrywa je pod tagiem Vintage Cooking. Swoją drogą bardzo lubię te podróże do staroświeckiej kuchni.
A sama Ania, to urocza osoba.  Zdziwilibyście się, jakie historie ma w zanadrzu. Do dziś wspominam z uśmiechem nasze niedawne spotkanie. W tajemnicy powiem, że liczę na kolejne ;) A póki co – razem z Wami chętnie przeczytam, co… czyta Ania :)



1. Książki, które czytam najchętniej:

Oczywiście pośród najchętniej czytanych książek znajdują się książki kulinarne. Uwielbiam te stare, pisane specyficznym językiem (np. te autorstwa Lucyny Ćwierczakiewiczowej, Wincentyny Zawadzkiej), ale i nowsze – „Kuchnia Nelii” (Nela Rubinstein) czy „A homemade life” amerykańskiej blogerki Molly Wizenberg.
Bardzo lubię polską prozę, zwłaszcza opowiadania Iwaszkiewicza, twórczość Brunona Schultza, Jacka Dehnela, Olgi Tokarczuk, Andrzeja Stasiuka, Michała Witkowskiego. Zaglądam też do poezji, podczytując Wisławę Szymborską, Zbigniewa Herberta, Julię Hartwig i innych „pomniejszych” autorów kupionych za grosze tomików poezji. Książką mojego życia jest „Pestka” Anki Kowalskiej, będąca idealnym połączeniem prozy i poezji. Z autorów zagranicznych cenię pokrętną prozę Aglai Veteranyi, brutalną Elfriede Jelinek czy magiczną Majgull Axelsson.
Ostatnio „zachorowałam” na reportaże, a może raczej rozwinęłam gamę autorów, których czytam. Zaczęło się od twórczości Ryszarda Kapuścińskiego (uwielbiam!) już dość dawno temu, ale teraz przeżywam fascynację Bałkanami i dzikimi zakątkami Rosji, a więc czytam książki Jacka Hugo-Badera i Wojciecha Góreckiego.

zdjęcie: Ania

2. Ulubiona książka kulinarna:
Nie mam jednej ulubionej książki kulinarnej (co pewnie nie dziwi…), a moi faworyci to:
-  „Kucharka litewska” W. Zawadzkiej (mam wydanie z 1870 roku, wzbogacone o aromat pleśni i wilgoci),
- „Włoska wyprawa Jamiego” J. Olivera ze zdjęciami D. Loftusa, książka, której kartkowanie przed snem pozwala mi przeżyć zimy tak długie jak obecna,
- „Nigella gryzie” N. Lawson, moja pierwsza książka domowej boginii, z której korzystałam, kiedy jeszcze gotowanie nie przychodziło mi z taką łatwością jak teraz,
- „Jerusalem” i „Plenty” Yotama Ottolenghiego, w których zakochałam się całkiem niedawno; zawierają one proste, piękne i niesamowicie apetyczne zdjęcia (takie z gatunku food porn) oraz genialne przepisy, z których regularnie korzystam.

zdjęcie: Ania

3. Książkowe wyznanie*:
Zdecydowanie „Ulisses” Jamesa Joyce’a, ale to na emeryturze... Kiedyś założyłam sobie również, że przeczytam wszystkie siedem tomów „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta, ale z braku czasu porzuciłam ten pomysł, zatem jest to kolejne wyzwanie czytelnicze, jakie czeka mnie na emeryturze.

4. Książka, którą czytam obecnie:
Zawsze czytam po kilka książek jednocześnie.

zdjęcie: Ania


W chwili obecnej są to dwie, a w zasadzie trzy pozycje: „Smak Rosji. Zakąski do wódki” (M. Mierzwy i G. Wołkanowskiej), prezent od Karoli, której czytelnicza spowiedź już znalazła się na tym blogu. Druga książka, jaką właśnie nadgryzam to „Wśród mangowych drzew” (Madhur Jaffrey) - opowieść poniekąd kulinarna. A trzecia pozycja, jaką czytam, to grubaśna instrukcja obsługi do mojego nowego aparatu fotograficznego!



______
* wprawdzie punkt 3 traktuje o wyznaniach, a nie wyzwaniach, ale ponieważ to też jest ciekawe - zapewne zgodzicie się ze mną na ten wyjątek ;) - oczko 



środa, 3 kwietnia 2013

Książki na stos! ;)

Pora ustawić książki na stos. Tylko spokojnie - nie będę ich palić. Ostatecznie mogę tylko zapalić światło, kiedy je czytam. 
Nigdy wcześniej nie miałam tak bogatego książkowo miesiąca, ba! – nawet takiego roku. Tym bardziej cieszy widok wysokiej wieży ;)
Zdjęcie pierwsze – to zdobycze upolowane w marcu: w księgarni, na Allegro, Gumtree i w ulubionym okolicznym antykwariacie. A także fanty, które przyniósł do domu Pan R.


1 i 2 „ Ja, Klaudiusz” (Robert Graves) i „Blaszany bębenek” (Günter Grass) - znane Wam zapewne  tytuły. Klasyka, którą chcę przeczytać od dawna. Tymczasem czeka grzecznie na lekturę.
3. „Zawieście czerwone latarnie” (Su Tong) - przeczytałam gdzieś (chyba w komentarzach na jednym z bogów), że warto. Przekonam się sama.
4.  „Trafny wybór”(J. K. Rowling) – walka o polityczny, wolny stołek. W tle życie małego angielskiego miasteczka.  O książce pisałam tutaj.
5. „Zaklinacz deszczu” (John Grisham) – prawniczy thriller, o tym, że nawet przysłowiowy David może pokonać Goliata. Czytałam lata temu, zapragnęłam mieć egzemplarz na własność :)
6. „Kod Templariuszy” (Chloe Palov) – na tropie do skarbca i Szmaragdowej Tablicy - zawierającej podobno tajemnicę stworzenia świata.  Powieść  z zagadką. 
7. i 8. „Nielegalni” i „Niewierni” (Vincent  V. Severski) – podobno trzymające w napięciu powieści szpiegowskie o tajnikach polskiego wywiadu.
9. „Most Żydów” (Marti Gironell) -  mroczna powieść historyczna nawiązującą do autentycznych wydarzeń z dziejów średniowiecznej Katalonii. Może być ciekawie. 
10. „Cwaniary” (Sylwia Chutnik) – obiecującej polskiej pisarki, bo warto dowiedzieć się, co się dzieje w rodzimej literaturze.
11. „Oni” (Joyce Carol Oates) – Nagroda National Book Award z 1970 r. , obiecuję sobie po niej wiele. Czytałam zaskakujące „Amerykańskie apetyty”. Od tamtej książki zaczęło się zbieractwo książek kulinarnych i czytanie kulinarnej prozy. 
12. i 13.  „Samotny mężczyzna” (Christopher Isherwood) i „Kroniki portowe” (Annie Proulx) – byłam w kinie na ekranizacjach. Jestem ciekawa pierwowzoru.
14. „Edmond Ganglion & syn” (Joël Egloff) – o pewnym zakładzie pogrzebowym w małej mieścinie i dość niecodziennym pogrzebie. Pisałam o książce tutaj.
15. „Tort weselny” (Blandine Le Callet) – jeden ślub i wesele z wielu perspektyw. Niebawem napiszę o książce więcej.



Ale to jeszcze nie koniec! ;) Ponieważ na święta pojechałam na Dolny Śląsk i w drodze powrotnej do domu miałam chwilę dla siebie w moim ulubionym Wrocławiu, zrobiłam rajd po antykwariacie, kiermaszu w bibliotece na Szewskiej i Taniej Książce na Ruskiej. Stosik poświąteczny przedstawia się następująco:



1. „Zupy na każdy dzień roku” (Biruta Markuza) – Ci, co znają mnie z Kotów Kuchennych wiedzą doskonale, że zupy, to jest to, co lubię jeść na obiad :)

2. „Czas czerwonych gór” (Petra Hulova) – podobno obiecująca książka czeskiej pisarki o życiu pięciu kobiet na stepach Mongolii. Pozytywne recenzje czytałam na blogach książkowych.
3. „Płaskuda” (Grażyna Jagielska) – zachęcające streszczenie na okładce, powieść o trzech małżeństwach zamieszkujących jedną kamienicę.
4. „Moskwa 2042” (Władimir Wojnowicz) – zaczęłam kiedyś czytać, ale nie zdążyłam skończyć, gdyż musiałam już ją oddać do biblioteki. Teraz mam już dużo czasu na lekturę ;) 
5. „Rzeźnia numer 5” (Kurt Vonnegut) – od dawna na liście do przeczytania, kupiona na kiermaszu bibliotecznym za 2,5 zł :)
6. „Oni nie skrzywdziliby nawet muchy. Zbrodniarze wojenni przed Trybunałem w Hadze” (Slavenka Drakulić) – kupiona w pakiecie z książką Mariusza Szczygła. Może być wstrząsająca i ciekawa.
7. „Gottland” (Mariusz Szczygieł) – opowiadania znanego polskiego czechofila o Czechach. Czytałam i polecam. 


I wisienka na koniec – wszystko łącznie kosztowało niecałe 140 zł :) To teraz przydałby się regał na skarby ;) 

Ps. Czytaliście coś z powyższych pozycji? Co polecacie przeczytać w pierwszej kolejności?



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...