sobota, 30 listopada 2013

Kulinarni czytają. Holga - Add & Mix

W dzisiejszym odcinku cyklu „Kulinarni czytają” będzie słodko. A wszystko za sprawą Olgi i jej bloga Add & Mix. Chociaż właściwie powinnam napisać – słodko i melancholijnie, bo tak mi się to skojarzyło przeglądając wpisy obecnego Gościa.

Moim zdaniem Olga ma duszę marzycielki, co znajduje odzwierciedlenie w zdjęciach. A jej notki są jak miękki koc zimową porą. I chociaż zima niektórych zachęca do spania, ja mam nadzieję, że Olga pobudzi jeszcze do życia zhibernowane od czerwca Add & Mix. Bo doprawdy szkoda byłoby, aby kawowa babka z polewą mocha, magdalenki z lemon curdem, sernikobrownies z malinami i inne cuda nie mogłyby zyskać nowego słodkiego lub wytrawnego towarzystwa na blogu.

Olgo, dziękuję za udział w cyklu i postuluję za kolejnymi słodyczami ;)
Karolu, niezmiennie :*

Oto Olga „w kilkuset słowach” ;)


1. Książki, które czytam najchętniej:

Nie potrafiłabym zamknąć w jednym pudełku typu książek, jakie czytam najchętniej. Nie ma konkretnego gatunku czy autora, jest za to zbiór cech, które cenię sobie najbardziej. 
Po pierwsze- zabawy narracją. Uwielbiam tę delikatną manipulację albo kiedy niespodziewanie narrator zwraca się do nas bezpośrednio. Takie króciutkie akapity potrafią być dreszczowym deszczem. Do czego uwielbienie odkryłam niedawno, a co zaskoczyło nawet mnie: czarny humor. Nie wiem czy to godziny przesłuchania Dead Man's Bones czy zaburzenie w nastoletniej gospodarce hormonalnej mojego organizmu, ale na książkowej fali są mroczne tematy. (dalekie jednak od wampirzych)

I coś, o co z pewnością nikt nie podejrzewałby kulinarnego blogera: jedzeniowe wzmianki. Delikatnie sugerujące, że powinnam pobiec z książką do kuchni i przypalić pierwszego naleśnika, do kawy spienić mleko czy otworzyć puszkę z piernikami. Zapamiętywanie książek przez pryzmat tego, co jedli bohaterowie, to jest już chyba cecha nabyta. Dlatego pierwsza część trylogii Larssona smakowała dla mnie kanapkami i ostudzoną kawą, a "Ida Sierpniowa" to zeszłoroczne słoiki schowane w spiżarni.

Wszystkie te podpunkty idealności ma "Złodziejka Książek" Markusa Zusaka, będąca moim punktem odniesienia w ocenie jakiejkolwiek książki.



2. Ulubiona książka kulinarna:

Wybór ulubionej kulinarnej, nie jest tak oczywisty i zgodny z pierwszą myślą. Są książki, które na co drugiej stronie mają odznaczone oliwą moje linie papilarne, czyli dowody na kilkunastokrotne korzystanie z przepisu. Są takie z hipnotyzującymi zdjęciami, najładniejszymi talerzykami, największymi wyzwaniami. Tymczasem największą część mojego serca ma "Ben & Jerry's Homemade Ice Cream & Dessert Book". Brakuje tam fotografii, różnorodności i dorosłości. I chyba tym ostatnim zaplatają mi pętelkę miłości w wydawniczym świecie. Zupełnie, jakby to była zaginiona książka z dzieciństwa, którą kartkowało się z głową pełną planów i wyczekująco-proszącym spojrzeniem na mamę. 
Z chmurkową okładką w rękach mamy okazję poznać trochę historii potężnego duetu, Bena Cohena i Jerry'ego Greenfielda, którzy każdym przepisem podbijają wyobraźnię kubków smakowych. Do czytania tylko z przynajmniej trzema gałkami czekoladowych i łyżeczką w dłoni.



3. Książkowe wyznanie:

Wyznanie, które wypowiadając/wypisując, mam ochotę zakryć wstydliwie oczy. Oceniam po okładce. Zasada "Nietrafiona okładka, beznadziejna książka' nie istnieje, oczywiście, ale jak wiele z książkowej wartości kradną kadry ekranizacji czy zdjęcia jak z archiwum kolorowych gazet? Lubię te najprostsze, czasem nawet nieme, z tytułem schowanym w środku.

Wyznanie numer dwa to moja awersja do szkolnych lektur. Przyjemność z czytelniczych powinności skończyła się wraz z przeczytanymi "Dziećmi z Bullerbyn", od tamtego czasu wykresem zainteresowania obowiązkowymi lekturami jest pochyła w dół. Czuję jednak, że za kilka lat zemszczą się na mnie odrzuceni Mickiewicz, Dostojewski czy Balzac, a ja nadrobię zaległości z zapartym tchem.


4. Książka, którą czytam obecnie:

Obecnie jestem czytelnikiem przechodnim. Niezdecydowanym, z książką na każdy humor, okazję czy kierunek pociągowej jazdy. Nic nie pochłonęło mnie do tego stopnia, by odrzucić skakanie po tytułach. Listopadowa biblioteczka zawiera pozycje prezentowe i biblioteczne: "Hotel Świat" Ali Smith na wczesnowieczorną herbatę, Boris Vian na każdą drogę, "Listy" Johna Lennona na najspokojniejszy moment popołudniowy, przewodnik po Berlinie na porę snucia marzeń i planów, a "Dziecko Rosemary' prowadzi zwykle prosto do Morfeusza. Nie ma w tych tytułach nic porywającego i odkrywczego, ot, holgowe czytadła codzienne. 




środa, 27 listopada 2013

"Alf w Japonii". Rafał Tomański - Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii

We Wrocławiu w kamienicy na ulicy Parkowej tuż przy Parku Szczytnickim znajduje się punkt biblioteczny. Kiedy kilka lat temu byłam do niego zapisana, oprócz wizyt związanych z wypożyczaniem książek odwiedzałam tam jeszcze jedno pomieszczenie. Było ono zaadaptowane dla stałego kiermaszu książek i gazet. Przy prawej ścianie stał rząd szuflad bibliotecznych ze spisem księgozbioru – rzecz już archaiczna w dobie komputeryzacji, więc wyprowadzono je z głównej sali bibliotecznej. Na wprost drzwi było okno, a przy nim leżały stosy archiwalnych, kolorowych czasopism i książeczki dla najmłodszych. Natomiast przy ścianie lewej stało kilka regałów wypełnionych książkami. Stały kiermasz bardzo, bardzo taniej książki, gdzie ceny kształtowały się na poziomie od 1gr do około 1 zł. Mały wyprzedażowy raj! Nie wiem, czy funkcjonuje on nadal – kto ma możliwość, niech sprawdzi sam i może się tutaj pochwalić (przystanek tramwajowy Kochanowskiego, punkt otwarty w poniedziałki w godz. 12-18 i w czwartki w godz. 10-16).

Właśnie na tym kiermaszu zakupiłam kiedyś „Życie po japońsku” Janiny Rubach - Kuczewskiej. To było moje pierwsze książkowe podejście do Japonii. Rybka złapała haczyk. Zaczęłam zaczytywać  się m.in. „Podróżami po Tokio”, „Japonią utraconą”, z beletrystyki z wypiekami czytałam „Wyznania gejszy”, z koleżanką Justą chodziłam na wystawy w galeriach i Muzeum Narodowym oraz celebrowałam picie herbaty. I chociaż tamta pasja nieco osłabła – do dziś lubię czytać o Japonii. Stąd mój niedawny udział w spotkaniu o „Japońskich słodyczach” i lektura „Tradycji kulinarnych Japonii”.

Ostatnio natomiast wzięłam udział w fajnej akcji Roberta z Notatnika Kulturalnego – „Podaj książkę dalej”. Zapisałam się w kolejce po książkę „Tatami kontra krzesła”, a kiedy listonosz mi ją dostarczył – nie mogłam się już doczekać wolnego czasu, kiedy będę mogła zasiąść do czytania :)


„Rozpracowywać Japończyków mogę tylko z pozycji przybysza z daleka, aliena. Z kilku powodów. Po pierwsze – ale wcale nie najważniejsze! – nie jestem Japończykiem. Bardzo lubię kleisty ryż, przeczytałem wszystko, co napisał Murakami, i widzę różnicę między majowym deszczem (samidare) a deszczem padającym w maju (gogatsu no ame), ale nie zmienia to faktu, że Japończykiem nie jestem i nic na to nie poradzę. Włosy też mam za krótkie, żeby związać sobie mocno kucyki i zrobić „skośne” oczy. Ruth Benedict, autorka „Chryzantemy i miecza”, także nie była Japonką. Zdecydowanie nie była Japonką. Urodziła się w Nowym Jorku, a co więcej w latach jej kariery naukowej Japonia kojarzyła się przede wszystkim ze znienawidzonym agresorem, który napadł na Pearl Harbor i zaciekle bił się z amerykańskimi chłopcami na Pacyfiku. Druga wojna światowa zbliżała się do końca, wiadomo już było, że Ameryka będzie okupować Japonię i że trzeba będzie poznać mentalność pokonanego. (…) Na potrzeby rządu amerykańskiego napisała książkę o japońskim społeczeństwie, książkę niewielką, momentami syntetyczną i skrótową, ale bez wątpienia lekturę obowiązkową po dzień dzisiejszy. I to wszystko bez spędzenia choćby jednego dnia w Japonii.” *

W odróżnieniu od wspomnianej Ruth Benedict (której książkę możecie zobaczyć na moim zdjęciu), autor „Tatami kontra krzesła” Rafał Tomański w Japonii bywał wielokrotnie. Jako japonista poznał nie tylko dość… rozbudowane alfabety hiraganę i katakanę, potrafi swobodnie porozumieć się z tubylcem w Tokio w tamtejszym języku, ale jest również wnikliwym obserwatorem japońskich zachowań. Potrafi wytłumaczyć dlaczego Japończycy „przepraszają, że przepraszają”, dlaczego stronią od ćwiczeń fizycznych, dlaczego są niskim narodem i co ma z tym wspólnego tatami, a także czego nie należy, a co powinno się robić z wizytówką partnera (nie tylko biznesowego) oraz dlaczego w Japonii mężczyźni mówią inaczej niż kobiety. A to tylko kilka przykładów.

Tomański przeprowadza przez japoński świat w dość uporządkowany sposób. Najpierw skupia się na japońskim wyglądzie (dlaczego Japończycy mają skośne oczy?), następnie wyjaśnia zawiłości języka, pisma, alfabetu, sposobu czytania książek (jak zapisać znakami: brak zęba, zatkany nos lub piorun), sposób porozumiewania się i wzajemnego do siebie odnoszenia. Opisuje też japońskie mieszkania, z uwzględnieniem ich wielkości, co jedzą, jak się uczą i pracują (i dlaczego od pracy można umrzeć), jak spędzają czas, dlaczego oglądają głupawe reality show, dlaczego syndrom „męża na emeryturze” jest groźny dla zdrowia, co myślą o sobie i jak to się stało, że są gospodarczą potęgą. Wyjaśnia także znaczenie m.in. takich słów jak: cospaly, metabo, karoshi i furita, kagaseya, pachinko.

Wszystko powyższe jest oczywiście przekazane nie tylko klarownie, ale również lekko, mimo że japońska natura, obwarowana nakazami i zakazami, bywa naprawdę skomplikowana. Miejscami jest dość śmiesznie, innym razem zdumiewająco. W pewnym momencie do Japończyków można poczuć złość. Złość za to, że nie potrafią i nie chcą oficjalnie przeprosić za krzywdy wojenne (ten film wyjaśni Wam wiele w tej kwestii).

„Tatami kontra krzesła” nie jest laurką dla Japonii. Ma raczej formę przewodnika po japońskości. Autor stara się być obiektywny w swoim subiektywizmie i nawet wyszło mu to nie najgorzej. Po tej książce zdecydowanie jestem entuzjastką stylu pisania Rafała Tomańskiego i wiem już, że z miłą chęcią przeczytam jego kolejną książkę „Made in Japan”. Ale zanim uda mi się ją zakupić/wypożyczyć – najpierw zagłębię się w wyżej wspomnianej „Chryzantemie i mieczu”, bo ta pozycja akurat kurzy mi się na półce z książkami ;)

„Co z tego, że Alpy, krowy z dzwonkami, zielone stoki gór i w ogóle jeden z najczystszych krajów na świecie – w powszechnej świadomości Szwajcaria od lat równa się zegarki i precyzja. Tak jak Anglia – rozmowy o pogodzie i angielski humor. Mamy więc hiszpańską inkwizycję, czeski film, szwajcarską precyzję, angielski humor, miłość francuską – a co jest typowo japońskie? Jacy są Japończycy i dlaczego tacy?
Spróbuję odpowiedzieć na te pytania, starając się jednocześnie uniknąć tak zwanego odkrywania Ameryki i pisania rzeczy oczywistych w rodzaju „jeżeli w pubie widzimy osobę, która ostentacyjnie czyta gazetę, jest to znak, że nie szuka z nami kontaktu”. Wiadomo, że tak jest. Niezależnie od tego, czy rzecz dzieje się na Wschodzie, czy na Zachodzie, na półkuli północnej czy południowej, każdy, kto nie chce z nikim gadać, wsadza po prostu nos w gazetę.”

6/6

__________________________
* wszystkie cytaty: Rafał Tomański - Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii; wyd. MUZA


poniedziałek, 25 listopada 2013

Historia w kuchni. Jarosław Dumanowski - Tatarskie ziele w cukrze, czyli staropolskie słodycze


"Wierz mi waćpan, jeżeli mamy się sposobić
Do uczciwego życia, weźże ludzi zgodnych,
Kucharzy cudzoziemców, pasztetników modnych,
Trzeba i cukiernika. Serwis zwierściadlany
Masz waćpan i figurki piękne z porcelany ?"
"Nie mam". "Jak to być może? Ale już rozumiem
I lubo jeszcze trybu wiejskiego nie umiem,
Domyślam się. Na wety zastawiają półki,
Tam w pięknych piramidach krajanki, gomółki,
Tatarskie ziele w cukrze, imbier chiński w miodzie,
Zaś ku większej pociesze razem i wygodzie
W ładunkach bibułowych kmin kandyzowany,
A na wierzchu toruński piernik pozłacany.
Szkoda mówić, to pięknie, wybornie i grzecznie,
Ale wybacz mi waćpan, że się stawię sprzecznie.
Jam niegodna tych parad, takiej wspaniałości".


Bohaterem niniejszej publikacji jest cukier,  a ściślej mówiąc – rola jaką odegrał w kształtowaniu kulinarnej historii na (szczególnie) polskim stole.
Punktem do rozważań jest powyższy fragment satyry Krasickiego. Doskonale obrazuje on zderzenie się kuchni barokowej (reprezentującej męża) z właśnie wstępującą na salony kuchnią oświeceniową (reprezentuje ją osoba modnej żony).

Na przestrzeni kilku wieków cukier zupełnie zmienił oblicze kuchni. Sól indyjska, jak zwykło się mawiać na cukier, w okresie średniowiecza często był produktem zanieczyszczonym i… woniejącym wielbłądem. Nie przeszkodziło to ówczesnym do dodawania go do potraw wcale w niemałej ilości. Średniowiecze należało do pieprzu, ale było podwaliną dla korzennego upodobania smaku człowieka epoki baroku. To wtedy na dobre rozwinęła się tendencja do łączenia dość specyficznych smaków: słodkiego z gorzkim, słodkiego z ostrym lub słodkiego z kwaśnym. Czas, kiedy wespół królowały przyprawy korzenne (w tym głównie szafran) i cukier. Ten ostatni tak bardzo ugruntował sobie pozycję w kulinarnej XVII-wiecznej „świadomości”, iż nie tylko zrównywał się z solą, ale skutecznie wyparł nawet miód – odtąd uchodzący za małowartościowy, staroświecki i banalny produkt w porównaniu z egzotycznym i modnym cukrem. W niemałym stopniu przysłużył się do tego św. Tomasz z Akwinu, który twierdził, że cukier nie tyle tylko jest sam w sobie pożywny, ale również będąc dodatkiem ułatwiającym trawienie – jest tym samym lekarstwem dla żołądka. I chociaż współcześnie już wiemy, że cukier wcale nie krzepi, to przecież fama o jego prozdrowotnych właściwościach utrzymywała się do pierwszej połowy XX wieku.

Co ciekawe – barokowe desery, czyli tzw. wety, wcale nie oznaczały automatycznie czegoś słodkiego. Deser bowiem oznaczał ni mniej, ni więcej jak ostatnie danie – mógł pojawiać się pod postacią serów, warzyw, owoców lub orzechów. Gdzie w takim razie odnajdywał się cukier? W obiedzie :) Przykładem niech posłuży tutaj łosoś żółto po królewsku:

„W Compedium Ferculorum, najstarszej drukowanej polskiej książce kucharskiej, cukier odnajdujemy już w pierwszym przepisie z rozdziału poświęconego potrawom rybnym. Łososia żółto po królewsku należało według Czernieckiego gotować w osolonej wodzie z dodatkiem korzenia pietruszki, a do ugotowanej już ryby dodać tzw. gąszcz z warzyw, rodzynek lub fig. Po tej wstępnej obróbce danie należało przyprawić zgodnie z kanonami barokowego smaku. Przyprawami szafowano w tym przypadku naprawdę po królewsku. Dzięki użyciu octu i limonek potrawa była kwaśna, dzięki szafranowi, pieprzowi i cynamonowi ostra, a dzięki dodaniu cukru i rodzynek słodka. Wszystko to rozrabiano winem, uzyskując w ten sposób fuzję wielu przeciwstawnych smaków, wśród których ginął nie tyko naturalny smak, ale i kolor ryby, która po zaprawieniu jej szafranem stawała się łososiem żółto. Cukier jest w tym przepisie jednym z wielu składników całego bukietu przypraw, ale to właśnie takie jego zastosowanie było typowe dla kuchni średniowiecznej i początków czasów nowożytnych. Choć w pojedynczej recepturze cukru używano niewiele, to powszechność jego stosowania sprawiała, iż był on produktem w dawnej kuchni nieodzownym jeszcze przed rozpowszechnieniem się sztuki cukierniczej.” *(s. 24-25)

Jak widać – współcześnie trudno byłoby przełknąć tak bogatą rybkę. Już nawet oświeceniowa żona modna wzdrygała się nad upodobaniami swojego barokowego męża. Jako obyta mieszczka gardziła mężowskimi deserami drwiąc z wielkiej suszonej śliwki będącej sklejoną niewyobrażalną ilością cukru kulą z wielu małych śliwek (s. 46), piernika, w którym na 300 g mąki dodawano 400 cukru, a do tego jeszcze łącznie 80 g przypraw korzennych (s. 44), kandyzowanego imbiru i tataraku, czyli najwyraźniejszych reprezentantów ostro-korzenno-słodkich smaków. Nie były już dla niej atrakcyjne barokowe dania eksplodujące przepychem, których efekt wizualny miał zaskakiwać biesiadników. Uczta – spektakl z elementami iluzji (w którym „kasza” nie zawierała w sobie ani jednego ziarenka kaszy, a czernina nie składała się w ogóle z krwi) przechodził właśnie do lamusa.

Cukier czasu oświecenia stał się stylem życia, tworzywem dla nowej estetyki, uosobieniem spokoju, piękna i subtelną przyjemnością. Nie oznacza to jednakowoż, że nagle przestano słodzić mniej. Bynajmniej! Pozwalał on oswoić inne zdobycze kolonialne: kawę, czekoladę i herbatę. Dopiero posłodzone, a ściślej – mocno przesłodzone, były zdatne do wypicia. Kawa ówcześnie przybierała postać gęstego syropu lekko zabarwionego kawą ;)

Wiek XVIII to również okres rozkwitu sztuki cukierniczej, początki kariery lodów i sorbetów oraz zbliżenie się do charakteru deseru, jaki znamy obecnie. To także czas, kiedy ton zaczyna nadawać kuchnia francuska, a książki kulinarne nie są już dedykowane kucharzom, ale przybierają formę poradników dla zwykłych amatorów, w tym przypadku zwykłych mieszczan. Nie bez znaczenia był fakt publikacji kolejnych książek: „Kucharz francuski” (1653), „Pasztetnik francuski” (1653), „Cukiernik francuski” (1660), „Cukiernik doskonały” (1689), „Traktat o konfiturach” (1689), „Nowa nauka o konfiturach, likierach i owocach” (1692), a wreszcie „Kucharka mieszczańska” (1746).  
Tę ostatnią na język polski przetłumaczył „chudy literat” Wojciech Wincenty Wielądko. Ale ponieważ w jego mniemaniu książka zawierała grzech główny, czyli tytuł („Kucharka doskonała” jednoznacznie określała adresata, którym miała być kobieta w dodatku plebejuszka, co mogło urągać szlacheckim czytelnikom), wydał skrócone francuskie tłumaczenie pod nazwą „Kucharz doskonały”. Szybko okazało się, że „Kucharz…” nie tylko osiągnął marketingowy sukces (co przełożyło się na finanse autora przekładu), ale zrzucił z podium „Compedium ferculorum” Czernieckiego. W nowej książce odbiorca na próżno mógł szukać wzgardzonych i wyklętych pierników, a także zapomnianych: leceltów, murszeli i zelceltów. A nieprecyzyjne przepisy zmieniły formę na bardziej przyjazną i jasną dla oświeceniowej kucharki. Rozpoczęła się era panowania kuchni francuskiej.


Książka Jarosława Dumanowskiego ma zarówno zalety, jak i wady. Słodka historia cukru opisana jest przystępnie i klarownie, ale nie ustrzegła się w toku narracji - powtórzeń. Pewne zagadnienia były najpierw nakreślane, a dopiero później szerzej rozwijane, co sprawiało wrażenie uczniowskiego lania wody na sprawdzianie ;) Niemniej nie chciałabym uchybić książce, wszak temat był ciekawy, a autor wbrew wcześniejszemu – poradził sobie całkiem nieźle. Żałuję, że książka jest objętościowo dość cienka – 74 strony tekstu czynią z niej lekturę na jeden zaledwie wieczór pozostawiając po tym uczucie  niedosytu. Na otarcie łez – po teorii książka na końcu zawiera jeszcze kilka staropolskich receptur (m.in.: marcypan biały z piany cukrowej, polewka miodowa czy raki ze świeżemi limonami) wraz z nowym tłumaczeniem i dostosowaniem ich (dzięki Maciejowi Nowickiemu) do współczesnych realiów. Moim zdaniem jest to dobra pozycja do rozwinięcia tematu historii staropolskich kulinariów.


Książkę kupił mi mój kochany mąż na zakończenie zwiedzania Pałacu w Wilanowie. Dla zainteresowanych tematem dodam, że książki z serii Monumenta Poloniae Culinaria kupić w sklepie internetowym Muzeum.

Polecam również wybrać się  do Zamku Królewskiego na 22. Targi Książki Historycznej (28.11-01.12.2013 r.). Tam w najbliższą niedzielę, w Sali kinowej w godz. 10.00 – 11.00 odbędzie się ciekawe spotkanie z degustacją. Cytuję za programem targów: Jarosław Dumanowski, Maciej Próba, Łukasz Truściński. Dworne kapłony, certy i minogi, czyli co jadł król Jan III (Księga szafarska dworu Jana III Sobieskiego 1695–1696). Dworne i karmne kapłony, „rury” ze szpikiem, certy, minogi, sztokfisz, jarząbki i cietrzewie, pasternak i rzepa… W opublikowanej przez Muzeum Pałacu Króla Jana III Księdze szafarskiej z lat 1695–1696 znajduje się spis produktów wydawanych w końcu 1695 i na początku 1696 roku do kuchni i na stół Jana III Sobieskiego w Wilanowie. Półroczne menu króla, jego rodziny, dworzan i gości składa się z wyliczeń setek produktów wydawanych codziennie na obiad i wieczerzę (lub, będącą czymś zupełnie innym, kolację). 
O wydanym źródle historycznym, o tym co wtedy jedzono, co szczególnie lubił król i o wielkiej kulinarnej pasji zwycięzcy spod Wiednia opowiedzą wydawcy tego tekstu. 
Opowieści o królewskiej kuchni będzie towarzyszyła degustacja przygotowana przez pracującego w Wilanowie kuchmistrza Macieja Nowickiego. Spróbujemy potraw wymienionych w księdze szafarskiej, a opisanych w wydanych przez Muzeum wcześniej książek kucharskich z czasów króla Jana (Compendium ferculorum z 1682 i Moda bardzo dobra smażenia różnych konfektów z ok. 1686 roku, pierwsze dwa tomy wilanowskiej serii „Monumenta Poloniae Culinaria”).  


____________________________________
* Jarosław Dumanowski - Tatarskie ziele w cukrze, czyli staropolskie słodycze; wydawnictwo Muzeum Pałac w Wilanowie 2013


sobota, 23 listopada 2013

Kulinarni czytają. Ula - Dzika Pycha

Z blogami kulinarnymi to jest tak, że albo bronią się świetnymi przepisami, albo pięknymi zdjęciami. Jest jeszcze trzecie wyjście – to najlepsze, kiedy wygrywają dzięki pięknym zdjęciom, na których uwiecznione są dania działające na kulinarną wyobraźnię. Tak właśnie jest z blogiem Dzika Pycha dzisiejszego Gościa, czyli Uli.

Kiedy przeglądałam Jej blog na potrzeby tego wpisu, urzekła mnie na nim zarówno prostota, jak i bogactwo. I na dodatek jedno nie wyklucza drugiego. Prostotą są nieskomplikowane, krótkie przepisy (takie właśnie lubię najbardziej), a jednocześnie dania, które za ich pomocą powstały – wręcz eksplodują feerią barw. I wcale tutaj nie wyolbrzymiam. Zresztą przekonajcie się sami: weekendowe śniadania, zupa czosnkowo-pomidorowa, czy  zielony koktajl, to tylko taka mała wskazówka. Po resztę zapraszam na blog Uli. 

Ulo, dziękuję za przyjęcie zaproszenia i szybki odzew. Karolu, Ty już wiesz, za co ten :*


1. Książki, które czytam najchętniej:

Czytam dużo, chociaż ostatnio trochę jakby mniej. Tak w wielkim skrócie mogłabym powiedzieć, że najbardziej lubię reportaże i kryminały skandynawskie i polskie. Serię Mankella o Wallanderze przeczytałam jednym tchem, podobnie Nesbo. A z polskich lubię takie, które dzieją się w Warszawie – na przykład kryminały Konrada T. Lewandowskiego albo Tomasza Konatkowskiego. 
Często sięgam też po literaturę brytyjską: Tom Sharpe, David Lodge, Sue Townsend…


Uwielbiam książki i felietony Andrzeja Stasiuka, podoba mi się jego spojrzenie na świat. Pamiętam, że gdy pierwszy raz jechałam do Rumunii, zabrałam ze sobą jego książkę „Jadąc do Babadag”. Do Babadag wtedy nie dotarłam (a, swoją drogą, nic tam specjalnie ciekawego nie ma), ale do Rumunii wracałam jeszcze kilka razy i zawsze zabierałam „Jadąc…” ze sobą. Lubię czytać w podróży.
Z ulubionych polskich autorów wymienię jeszcze Mariusza Szczygła, Zygmunta Miłoszewskiego, Marcina Szczygielskiego, Joannę Jagiełło, Huberta Klimko-Dobrzanieckiego, Grażynę Plebanek.



2. Ulubiona książka kulinarna:

Lubię, gdy w książce, oprócz ciekawych przepisów, znajdują się smakowite zdjęcia. Taką książką jest „Plenty”. Ale książek kulinarnych mam mnóstwo i ciągle kupuję nowe. Często je przeglądam, inspirują mnie. I jeszcze bardzo ciekawa jest seria Dolce Vita wydawnictwa Czarne. Tam zdjęć nie ma, ale są niesamowite historie o jedzeniu.




3. Książkowe wyznanie:

Zbieram książki. Chyba nie ma miesiąca (albo i tygodnia) w roku, żebym jakiejś nie kupiła…To straszne, bo nie mam już ich gdzie stawiać, brakuje półek i miejsca, a z tymi, które mam, ciężko się rozstać. Nie potrafię podjąć decyzji o oddaniu lub sprzedaży. O wyrzuceniu nie ma nawet mowy, książkom nie wolno tego robić. No chyba żeby dać im drugie życie i zostawić w tramwaju lub metrze, albo oddać do biblioteki. To zdarzyło mi się kilka razy – oddałam do biblioteki książki nietrafione, których ja nie miałam siły czytać, ale może za to spodobały się komuś innemu?


Powinnam pożyczać książki z biblioteki, wiem, ale że do bibliotek nigdy nie jest mi po drodze, to niestety często kończy się to tak, że przetrzymuję książki i muszę płacić kary. Czasem taniej wychodzi zakup kolejnej książki.

Kolekcjonuję różne wydania „Małego księcia” w różnych językach – przywożę je sama, albo dostaję od przyjaciół i znajomych. Mam ich już ponad czterdzieści, każde inne – w języku polskim (kilka, w tym komiks), francuskim, angielskim, rosyjskim, czeskim, słowackim, węgierskim, tureckim, chińskim, szwedzkim, norweskim, fińskim, hiszpańskim, serbskim, niemieckim, rumuńskim, greckim, włoskim, walijskim, irlandzkim, portugalskim, litewskim, hebrajskim, alzackim, katalońskim, bułgarskim, tajskim… 


4. Książka, którą czytam obecnie:

To nie będzie łatwa odpowiedź. Bo ja książki czytam hurtowo – kilka na raz. Dlaczego? Ciężko stwierdzić, często jest tak dlatego, że zaciekawi mnie coś, otwieram książkę i zaczynam czytać. A jak zaciekawi mnie coś następnego – też zaczynam czytać. Albo jadę gdzieś i nie chcę brać grubej i ciężkiej książki, to biorę coś, co łatwiej zmieści się do torebki. W ten sposób czytam kilka książek na raz. Obecnie są to: „Trafny wybór” J.K. Rowling, „Powrót niedoskonały” Marcina Bruczkowskiego, „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach” Andrzeja Stasiuka, „W miasteczku długowieczności” Tracey Lawson. Jest też wiele książek, które czekają na swoją kolej. Ale chyba najpierw skończę te, które zaczęłam ;)




poniedziałek, 18 listopada 2013

Varia: Listopadowe Nagrody Literackie i Targi Książek

Być może pamiętacie, że październik obfitował w nagrody literackie. Podobnie jest w bieżącym miesiącu.

Ponieważ do tej pory była to dla mnie nieznana nagroda, przy jej opisie pomoże mi Wikipedia. Zatem jest to „polska nagroda literacka przyznawana od 2002 roku. Została ufundowana w celu upamiętnienia postaci i dzieła Józefa Mackiewicza, pisarza i działacza politycznego.
Fundatorami Nagrody są przedsiębiorcy Jan Michał Małek i Zbigniew Zarywski. Nagroda przyznawana jest corocznie, a ogłoszenie wyników i uroczystość wręczenia laurów odbywa się 11 listopada. Nagrodę przyznaje kapituła pod przewodnictwem Marka Nowakowskiego.(…).
Kapituła rozpatruje każdorazowo, jako kandydatury Nagrody, utwory literackie (powieści, eseje, poezję) i publicystyczne (w tym polityczne) oraz naukowe rozprawy historyczne i krytycznoliterackie, napisane w języku polskim przez autorów żyjących, wydane w formie książkowej w poprzednim roku i zgłoszone przez wydawców do konkursu.
Latem ogłaszane są nominacje do Nagrody, zwykle obejmujące około 10 książek. Spośród ich autorów wyłaniany jest następnie laureat Nagrody, który otrzymuje 10 tys. dolarów i złoty medal z portretem patrona Nagrody oraz jego literackim credo: "Jedynie prawda jest ciekawa", oraz dwóch wyróżnionych, którym Kapituła przyznaje po 1 tys. dolarów. Ponadto zarówno laureat, jak i wyróżnieni, otrzymują statuetki z brązu z popiersiem patrona Nagrody."
Laureatem został Wacław Holewiński za książkę „Opowiem ci o wolności” (Wydawnictwo Zysk i S-ka).



Kolejna nagroda, o której wcześniej nie słyszałam - Nagroda Literacka im. Jana Michalskiego (wręczona 13. listopada)
Cytuję za Instytutem Książki - nagroda „przyznawana jest przez Fundację im. Jana Michalskiego z siedzibą w Szwajcarii.  Mogą być do niej nominowani pisarze literatury faktu, jak i literatury pięknej z całego świata. Każdy członek jury nominuje dwie książki opublikowane w ciągu ostatnich pięciu lat. Książki są tłumaczone, jeśli jest to konieczne, na język znany jury. 
Jest to wielokulturowa i wielojęzyczna nagroda, której celem jest międzynarodowa promocja nominowanych pisarzy. W skład międzynarodowego, niezależnego jury wchodzą: Vera Michalski-Hoffmann, przewodnicząca jury i fundacji oraz wydawca;  Isabel Hilton, brytyjska dziennikarka, pisarka i redaktorka chinadialogue.net; Yannick Haenel, francuski pisarz i eseista;  Georges Nivat, profesor honorowy Uniwersytetu Genewskiego i slawista;  Ilija Trojanow, austriacki powieściopisarz i wydawca; Marek Bieńczyk, polski prozaik, eseista i pisarz i Tarun Tejpal, indyjski pisarz, wydawca i dziennikarz.”
Tegoroczna Nagroda Literacka im. Jana Michalskiego przyznana została pisarzowi z Iranu, Mahmoudowi Dowlatabadi za powieść "Pułkownik" (The Colonel).



Natomiast w ostatnią sobotę 16. listopada miało miejsce wręczenie I nagrody poetyckiej im. Wisławy Szymborskiej
Tutaj, pozwolicie, również skorzystam z pomocy Wikipedii: „doroczna międzynarodowa nagroda literacka, przyznawana przez Fundację Wisławy Szymborskiej, za książkę poetycką wydaną po polsku w roku poprzedzającym jej przyznanie.
Nagroda została utworzona przez fundację na życzenie poetki zawarte w jej testamencie. Nagroda jest najwyższą finansowo nagrodą literacką w Polsce i wynosi 200 tys. zł, a w przypadku, gdyby to był przekład poezji zagranicznej, autor tłumaczenia otrzyma dodatkowo 50 tys. zł.”

Pierwszymi laureatami zostali:
Krystyna Dąbrowska za tomik „Białe Krzesła” (wydany przez Wojewódzką Bibliotekę Publiczną i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu). Być może pamiętacie, że tomik tej autorki został uhonorowany Nagrodą im. Kościelskich.


Drugim laureatem został Łukasz Jarosz za zbiór „Pełna krew” (Wydawnictwo Znak).
Tutaj duże brawa dla wydawcy za fenomenalną okładkę. Jest zaskakująca w swej prostocie i dodatkowo, moim zdaniem, piękna. Naprawdę jestem nią zauroczona. W piecach tkwi jednak potencjał ;)




Z książkowych wydarzeń to jeszcze nie wszystko.
W dniach 28.11-01.12.2013  w Warszawie odbywać się będą XXII Targi Książki Historycznej.



Natomiast we Wrocławiu w terminie 05-08.12.2013 r. będą miały miejsce XXII Wrocławskie Promocje Dobrych Książek.





I to by było na razie tyle ;)
Dajcie znać w komentarzu, jeżeli coś pominęłam :)



sobota, 16 listopada 2013

Kulinarni czytają. Wiewiórka - Dzieje Kuchennej Wiewióry

Kiedy ja obejrzałam film „Julie&Julia” - mój pierwszy blog kulinarny (Historie Kuchenne) właśnie przestał istnieć. Obecne Koty kuchenne zaczynały się tworzyć, a ówczesna Kosa w talerzu (o zupach) dopiero za jakiś czas miała się odrodzić w nowym wcieleniu jako Fotokosa. A dlaczego o tym piszę? Dlatego, że ów wspomniany wyżej film był impulsem dla dzisiejszego Gościa - Marianny do założenia swojego bloga -Dzieje Kuchennej Wiewióry.

Wiewiórka lubi porządek i planowanie – to zupełnie tak, jak ja. Może właśnie dlatego podoba mi się jej grupowanie wpisów pod cyklicznym hasłem przewodnim. W tym gronie są m.in.: Niedzielne Śniadanie, Niedzielne Mielenie, poWeekendowe łakocie, Zupowe wtorki, Środowa Rybka, Słodki czwartek
A oprócz tego sporo o żywieniu alergika i mam karmiących. Wegetarianie również mają spory wybór.

Wrócę jednak do zupowych wtorków. Nie dziwne – skoro to mój ulubiony typ obiadu. Przejrzałam sobie gruntownie wszystkie wpisy o zupach i znalazłam tę "naj" – zupa z kaszą (to mój kolejny lubiś ;)), czyli szkocki krupnik ze śliwkami. Zrobię na pewno. Ale, ale! Zerknijcie na miskę, w której jest podany. Ja się w niej zakochałam. Tym bardziej, że tę ceramikę wykonała własnoręcznie właśnie Wiewiórka. 
Z tego miejsca zapraszam Was również do przejrzenia jej równoległego bloga poświęconego kolejnej pasji – rękodziełu.

Teraz zaś zapraszam do lektury, co lubi czytać Wiewiórka.

Marianno dziękuję za udział i szybką odpowiedź. A Tobie Karolu :* za wici ;)



1. Książki, które czytam najchętniej:

Najchętniej czytam… ostatnio fantasy, mniej lub bardziej poważne, dla dzieci i dorosłych. Przenoszę się do innego świata, odcinam od przyziemnej codzienności. Ogólnie uwielbiam książki bardzo plastyczne, wręcz malarskie, mocno pobudzające wyobraźnię. Często wracam tez do tych pokochanych za młodu jak Muminki czy Jeżycjada. Bardzo cenię sobie Singera (mojego ulubionego „Szatana w Goraju” czytałam kilka razy), Irvinga (ehhh ten „Syn cyrku”…), Marqueza czy Trumana Capote (co roku wracam do malutkiego zbiorku jego opowiadań pt. „Gwiazdka”), muszę jednak mieć odpowiedni nastrój by ich czytać ale przede wszystkim czas by zagłębić się w treść i nie przeoczyć żadnego szczegółu. Przy dzieciakach szalejących po domu bywa to trudne. W ogóle utrzymanie regału z książkami w ładzie i porządku bywa trudne! Aktualnie moja biblioteczka to książki zabrane z trzech domów. Moje, po moich rodzicach i te od babci (babcia sama je oprawiała pracując w introligatorni) a wszystko przywalone utykanymi na szybko rzeczami, dokumentami, chowanymi przed dziećmi by nie zostały zniszczone.





2. Ulubiona książka kulinarna:

Bezapelacyjnie moją ulubiona książką kucharską jest „Nigella świątecznie”. Po serii programów w tv, które mnie totalnie zauroczyły, dostałam te książkę i ją również pokochałam! Nastrojowa, pięknie wydana, pełna świetnych pomysłów na dania dla nas Polaków nie do końca świąteczne ale czemu nie łamać stereotypów?! Pokazuje jak ciepłe, spokojne i smaczne mogą być święta zarówno w gronie rodziny jak i znajomych :) 






3. Książkowe wyznanie:

Książkowe wyznanie… będą dwa. Pierwsze to takie, że moja córcia ma na imię jak jedna z bohaterek Jeżycjady Małgorzaty Musierowicz. Odkąd o niej przeczytałam wiedziałam, że moja córka (gdzieś tam w przyszłości) będzie miała na imię Gabriela i udało mi się to zrealizować J

W pierwszej klasie podstawówki pani nauczycielka kazała nam prowadzić dzienniczek przeczytanych lektur. Tak weszło mi to w nawyk, że do końca podstawówki miałam zeszycik i notowałam co i kiedy pochłonęłam.


4. Książka, którą czytam obecnie:

Aktualnie czytam piąty tom cyklu Adriana Tchaikovskyego Cienie Pojętnych pt. ”Ścieżka skarabeusza”. To wciągające fantasy o wojnie, miłości, różnicach kulturowych i konfliktach rasowych. Wszystko dzieje się w świecie ludzi owadów… fascynuje mnie to pewnie ze względu na fakt, że niewiele brakowało a byłabym specjalista od szkodników roślin czyli z owadami za pan brat :)

Poza tym na kredensie leżą sobie książki, które podczytuję po kawałku odpoczywając od fantastycznego świata, często z motywami kulinarnymi, oraz „Fizia Pończoszanka, którą czytam córce.




poniedziałek, 11 listopada 2013

Dobre, bo polskie? O polskiej literaturze słów kilka

Lubię porządkować rzeczy. Układać je w zbiory, różnicować pod kątem charakterystycznych cech, łączyć w pary, grupować. Tak już mam, że lubię poruszać się w przestrzeni, którą sama sobie układam. Chaos mnie męczy. 

Podobnie rzecz ma się z moimi książkami. Grupuję je na półkach (półka polska, szafka kulinarna, regał beletrystyczno-reportażowy, półka z poezją). A kiedy czytam – czytam autorami, seriami lub poruszam się w jednym temacie, aż nasycę ciekawość lub znajdę inny obszar zainteresowań. Jakieś 15 lat temu był czas, że czytałam wyłącznie książki jednego autora: Jonathan Carroll, William Wharton, Stephen King, John Grisham, Agatha Christie. Pojawiały się też lektury obrębie wybranego tematu przewodniego, np.: obozy koncentracyjne, Japonia (do tego tematu lubię wracać i go poszerzać), narkomania i nieco fantastyki (saga o Wiedźminie Sapkowskiego, Władca Pierścieni Tolkiena, kilka Pratchettów, by zarzucić temat na „Nigdziebądź” Gaimana, której swoją drogą nigdy już nie doczytałam do końca). Potem zakochałam się w powieściach kulinarnych (ten temat rozwinę przy okazji odrębnego wpisu) i reportażach (uwielbiam reportaże wydawnictwa Czarne). 

Jednak ostatnimi czasy skupiam się na współczesnej literaturze polskiej. I muszę przyznać, że mam do niej szczęście. Kiedyś zachwycałam się „Madame” Antoniego Libery, „Dziewczynką w czerwonym płaszczyku” Romy Ligockiej, „Koniem Pana Boga” i „Szkołą bezbożników” Wilhelma Dichtera, „Pestką” Anki Kowalskiej, zaczytywałam wyżej wspomnianym Andrzejem Sapkowskim i  Stanisławem Grzesiukiem. 

Obecnie celuję głównie w polskie obyczajówki. Spodobało mi się czytanie o Polsce, którą znam, w której dorastałam, nieprzypudrowanej i skażonej PRL-em. Fabule osadzonej w naszych realiach, opisującej losy i dylematy 30-latków. Dobrze jeszcze, kiedy dodatkowo rzecz dzieje się w Warszawie lub Wrocławiu. Stąd moja sympatia do powieści autorstwa: Joanny Bator, Grażyny Plebanek, Antoniny Kozłowskiej, Grażyny Jagielskiej. 


Ale to też jeszcze nie wszystko. Bo w innej klasie stawiam przecież ulubionego Jacka Dehnela, Dorotę Masłowską i początki z Sylwią Chutnik… może na nowo wrócę też do Tokarczuk? A w kolejce do poznania oczekują jeszcze m.in: Elżbieta Cherezińska, Zyta Oryszyn, Zośka Papużanka,  Agata Porczyńska, Zbigniew Białas, Ignacy Karpowicz, Wiesław Myśliwski, Kazimierz Orłoś, Jerzy Pilch, Andrzej Stasiuk, Szczepan Twardoch, Michał Witkowski, Krzysztof Varga. Uff, uzbierało się z tego niezłe grono ;)

Nie dziwne więc, że wyszukuję w sieci interesujące mnie rzeczy w tej tematyce. 
Dlatego właśnie wybrałam polską trasę podczas czerwcowej akcji „Czytamy gdzie indziej” na Powiślu (już za tydzień szykuje się jesienna edycja na Hożej). A także biorę udział w wyzwaniu „Polacy nie gęsi”. Śledzę Nagrodę Nike i literackie Paszporty Polityki, obserwuję profil „Czytajmy polskich autorów” i czytam bloga „pod tytułem”.

A Wy? Czytacie polską literaturę? Co w niej lubicie? Kogo polecacie? Chętnie poznam Wasze zdanie.


sobota, 9 listopada 2013

Kulinarni czytają. goh. - Amku Amku

Moja menadżer Karola (która przez 4 lata nie zdołała mi jeszcze wyciosać rzeźby z mydła malinowego) bardzo przejęła się tym, że potencjalni chętni jednak się wykruszają, i że frekwencja cyklu może w wyniku tego poważnie się obniżyć. W tym celu rozesłała swoje wici i oto dzisiaj przedstawiam Wam Gosię, która uległa mailowej sile przekonywania Karoli.

Być może ktoś zna blog Amku-Amku. Ja go poznałam jakiś tydzień temu, ale już zdążyłam przejrzeć go od początku do teraz i nawet znaleźć swoje kulinarne typy. Gosia stawia na różnorodność. Zatem znajdziecie tam propozycje m. in. na śniadania, dania główne  przetwory i coś, co lubię najbardziej - zupy.
Moim zdaniem sztandarowym daniem bloga powinna być fioletowa zupa kalafiorowa. A skoro już jesteśmy przy zupach, polecam zerknąć jeszcze na ogórkową curry i ślepe ryby.
Poza tym chętnie spróbowałabym pesto z botwinki. Jako że lubię placki cukiniowe bardzo spodobał mi się do nich dodatek łososia i śmietany. Kiedyś pewnie wykorzystam też pomysł na marynowanego camemberta i groszkowe kwadraciki. Bo oponki - wspomnienie dzieciństwa już od dawna mi się marzą :)

Wiecie na co zwracam szczególną uwagę, kiedy przeglądam blogi kulinarne? Na to, jak w miarę nabywania praktyki ćwiczy się fotograficzny warsztat. Moim ulubionym zdjęciem z Amku-Amku  jest zdecydowanie zdjęcie śniadaniowe. Poszukajcie swoich typów kulinarno-fotograficznych. Najpierw jednak przeczytajcie, jakie książki lubi goh.

Gosiu dziękuję za udział, a Tobie Karolu za wici ;)


1. Książki, które czytam najchętniej:

Od pewnego czasu najchętniej czytam fantastykę. Kiedyś myślałam, że jej nie lubię. Jednak gdy zrobiłam krótką retrospekcję okazało się, że po prostu nie czytam zwykłych, obyczajowych powieści i opowiadań. Większość z moich ulbionych książek zawierała jakiś surrealistyczny element. “Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa, “Fractale” Nataszy Goerke, powieści Kurta Vonneguta i Wiktora Pielewina, opowiadania Rolanda Topora, czy Etgera Kereta - to też rodzaj fantastyki. Dopiero gdy to sobie uświadomiłam zaczęłam celowo sięgać po “klasyki gatunku”. Zaczęłam od Siergieja Łukjanienki, zachęcona filmem, przeczytałam “Nocny Patrol” i połknęłam ten “fantastyczny” haczyk. Szybko pochłonęłam całą serię i wszystkie pozostałe dostępne książki tego autora. Potem przyszedł czas na “Autostopem przez Galaktykę” Douglasa Adamsa, “Ślepowidzenie” Petera Wattsa, “Piknik na skraju drogi” braci Strugackich i “Solaris” Stanisława Lema. Lista książek do nadrobienia ciągle się wydłuża.




2. Ulubiona książka kulinarna:

To zabawne, ale nie zrobiłam żadnego przepisu z książki, którą mogłabym uznać za jedną ze swoich ulubionych książek kucharskich. “Ladurée: Sucré. The Recipes” zobaczyłam po raz pierwszy na blogu Books For Cooks i zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia. To najpiękniej wydana książka w mojej biblioteczce. Jest tak elgaancka, że aż strach wziąć ja do kuchni, żeby nie pobrudzić;) Opakowana jest w kwadratowy kartonik, owinięta we fioletową bibułę, okładka w kolorze miętowy, jakby zamszowa, złocone brzegi, a w środku przepisy na pyszne makaroniki - istne cudo!



Zdecydowanie częściej korzystam z książki Jamiego Olivera “Każdy może gotować” - mimo iż zawiera dość podstawowe przepisy kulinarne, to nadal stanowi dla mnie źródło inspiracji. Przepisy są zręcznie poprowadzone, a to bardzo ważne, już tłumaczę o co chodzi. Ile razy przygotowując danie dowiadujesz się na końcu “nagrzej piekarnik do 200 stopni” - przecież to zajmie wieki, mogłam go nastawić, gdy zaczynałam przygotowania, nieprawdaż? Jamie nigdy nie zrobi wam takiego numeru. Kolejność czynności jest logiczna i można śmiało za nią podążać, a efekt końcowy, czyli gotowe danie, zawsze smaczne.


3. Książkowe wyznanie:
Literaturę polubiłam dopiero w piątej klasie podstawówki, wcześniej nie znosiłam czytać i olewałam wszystko, łącznie z lekturami. W trzeciej klasie musiałam zaliczyć test ze znajomości “Dzieci z Bullerbyn” - po lekcjach, w pokoju nauczycielskim i niejako za karę, bo zostałam przyłapana na braku znajomości fabuły tej lektury. Do dziś nie nadrobiłam tych braków, a przed tym “przesłuchaniem” poprosiłam kogoś z klasy, aby mi streścił tę historię i opowiedziałam ją naszej nauczycielce na tyle, na ile to było możliwe.

Do czytania zachęciła mnie babcia, gdy miałam 11 lat. Najpierw rozbudziła moją ciekawość mówiąc, że ma dla mnie super niespodziankę. Przez pół dnia trzymała mnie w niepewności, po czym wręczyła mi książkę - “Jana ze Wzgórza Latarni” Lucy M. Montgomery. Moje rozczarowanie nie miało granic. Jednak nie mając ciekawszego zajęcia zaczęłam czytać tę powieść. Początek był dość nudny, co potwierdzało moją tezę o bezużyteczności książek, jednak w pewnym momencie nastąpił zwrot akcji i przeczytałam resztę w mig. Mało tego! Chciałam więcej! Moja babcia była na to przygotowana i miała już w zanadrzu kolejne powieści Montogomery, a ja stałam się (umiarkowanym:) książkowym molem.


4. Książka, którą czytam obecnie:

“Życie, wszechświat i cała reszta”  Douglasa Adamsa, czyli kontynuacja “Autostopem przez Galaktykę” - przewodnika dla miłośników międzygalaktycznych podróży na gapę, który służy pomocą prawie w każdej sytuacji, z pewnym zastrzeżeniem, cytuję: “W przypadkach poważniejszych niezgodności stroną, która się myli, jest zawsze rzeczywistość. (...) Przewodnik jest ostateczny. Rzeczywistość jest często nieprecyzyjna.” Okazuje się, że o kosmosie można pisać bardzo zabawnie:)

“Głupie pytania” profesora Jana Hartmana - tytuł przewrotny, bo większość czytelników pewnie uznałaby te pytania za ważne. Ba! Filozofowie wszystkich epok traktowali je z pełną powagą i starali się dać na nie satysfakcjonujące odpowiedzi. Czy istnieje Bóg? Co będzie po śmierci? Co to jest prawda? Jak żyć? Profesor Hartman zmusza nas do intelektualnej gimnastyki, okazuje się bowiem, że pewne pytania są po prostu źle sformułowane i nie sposób udzielić na nie spójnej, logicznej odpowiedzi. A może niektóre z nich warto pozostawić bez żadnej odpowiedzi?




czwartek, 7 listopada 2013

Zakup Kontrolowany: Automat Murakamiego i Bibliomania na Powiślu

We wtorek w związku z premierą książki Harukiego Murakamiego w trzech miastach w Polce stanęły automaty z książkami. Z automatu zdarzało mi się kupować kawę lub czekoladę, nigdy - książki. Dlatego postanowiłam sprawdzić jak to realnie wygląda. Nadarzyła się okazja, bo i tak jechałam wieczorem do centrum na spotkanie Literatury Stosowanej w Teatrze Studio (tym razem tematem była twórczość tegorocznej noblistki Alice Munro). Zamiast więc od razu iść na pl. Defilad, weszłam uprzednio do holu głównego Dworca Centralnego, a tam napotkałam taki widok:


Mogą się zapewne pojawiać oburzone reakcje, że jak to tak można obdzierać książkę z duszy księgarnianej. Że przecież zamyka się coraz więcej księgarń, jak np. ostatnio MDM na Koszykowej i „Conrad” na Jerozolimskich. Fakt, trzeba przyznać, iż automat nie jest „naturalnym” miejscem dla książki, ale też wcale nie takim najgorszym. Ja to traktuję jako ciekawostkę i tylko ciekawostkę. Bo tak naprawdę najbardziej lubię antykwariaty. Księgarnie nie wywołują u mnie aż takiego bicia serca – może dlatego, że nowe książki głównie kupuję przez Internet. I również dlatego, że świeży zapach farby drukarskiej to nie to samo, co antykwaryczny zapach historii.

Kiedy kilka lat temu mieszkałam we Wrocławiu – lubiłam odwiedzać antykwariat na Szewskiej. Raz, że był blisko Rynku i Uniwerku, dwa – mieszka tam kot Dante (obecnie ma jeszcze „brata” Fufu vel Fuko).

W Warszawie też znalazłam swoje księgarskie miejsce – na Powiślu. W jednym z moich ulubionych rejonów miasta, cichym zakątku, mimo że znajdującym się niedaleko centrum. Mam tutaj kilka ulubionych punktów: warzywniak pod chmurką koło Carrefour’a, piekarnię na rogu Solca i Tamki, księgarnio-kawiarnię „Tarabuk” na Browarnej, restaurację wegetariańską „Vegdeli” na Radnej i wreszcie – „mój antykwariat” na Solcu.


Nazywa się Bibliomania. Oprócz sprzedaży książek pełni również funkcję przytuliska dla nich. Na samym początku korzystałam właśnie tej drugiej opcji, kiedy Pan R. zrobił przegląd swoich zbiorów. Dopiero później zaczęłam pojawiać się tam już nie z książkami, ale po książki.

Za każdym razem, kiedy wchodzę do środka, czuję się jak Daniel Sempere, którego ojciec przyprowadził do Cmentarzyska Zapomnianych Książek*. Stosy książek górują nade mną, a ja, aby dotrzeć do konkretnej kategorii przeciskam się wąskimi przejściami i mam wtedy wrażenie, że chodzę po malutkim labiryncie.



Tym, co najbardziej lubię w tym antykwariacie są ceny. Praktycznie nie zdarzyło mi się tam kupić książki za więcej niż 10 zł (choć i bywają takie). Raz nawet zupełnie przypadkowo upolowałam starą Joyce Carol Oates za złotówkę. Druga dobra rzecz - nierzadko pojawiają się tam książki, które wcale nie tak dawno miały swoją premierę w księgarni. I one również są w odpowiednio przyjemnej dla portfela cenie.


Jak poruszać się po antykwariacie? To proste – jest dział m. in. domowo-kulinarny, dziecięcy, historyczny, fantastyczny, obcojęzyczny. Mnie jednak najbardziej zawsze interesuje dział beletrystyczny, którego jeden stos jest ułożony tuż przy wejściu, drugi (ten jest bardziej detektywistyczny) - naprzeciwko kasy.
Aby dowiedzieć się ile kosztuje dana książka, wystarczy zerknąć na wewnętrzną stronę tylnej okładki. Jeżeli poszukujemy jakiejś konkretnej książki – zawsze można zapytać o nią zorientowanych w zbiorach właścicieli antykwariatu. Ale jeżeli zdajecie się na własne poszukiwania – zarezerwujcie sobie trochę więcej czasu i nie przychodźcie z siatami z jakiś zakupów. Nie będzie na nie miejsca, a Wam przecież będą potrzebne wolne ręce przy przekopywaniu się w stosach książek ;)

Gorąco polecam :)
____________
Antykwariat/Księgarnia  Bibliomania, ul. Solec 103 (Powiśle). 
Dojazd: pociągiem (stacja PKP Powiśle), tramwajem (przystanek Most Poniatowskiego) i autobusem (przystanek Topiel na Tamce, Jaracza na Dobrej i Most Poniatowskiego)

* Carlos Ruiz "Zafon – "Cień wiatru"


poniedziałek, 4 listopada 2013

Varia: Narodowy Program Rozwoju Czytelnictwa, książka w mieście, książki na stos

Pośród czytelniczego mroku, pojawia się światełko nadziei ;) Oto właśnie na ostatnich Targach Książki w Krakowie Bogdan Zdrojewski, Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego ogłosił rządowy Narodowy Program Rozwoju Czytelnictwa.


Rozpisany na sześć lat (począwszy od 2014 roku) projekt ma za zadanie sprawić, aby Polacy czytali chętniej, częściej i więcej. Ma temu pomóc większa promocja czytelnictwa, która ma pokazać, że czytanie jest fajne. Oprócz tego planuje się wydawanie więcej wartościowej literatury, modernizację bibliotek i centrów kulturalnych oraz stworzenie mechanizmów, które pozwolą na udostępnianie legalnej książki w Internecie (tadam!). Wszelkie te (i nie wymienione) działania pochłoną w sumie, bagatela, miliard złotych. 
Idea piękna, czyż nie? Każdy chciałby mieć super nowoczesną bibliotekę z bogatym księgozbiorem obfitującym w nowości wydawnicze, tanią książkę w księgarni i jeszcze tańszą książkę ściągniętą legalnie z Internetu. A jeszcze do tego na co dzień szereg atrakcji związanych z książką i czytaniem.
Taka piękna wizja się oto właśnie roztacza nad polską krainą, a mimo to podchodzę do tego dość sceptycznie. Mam bowiem w pamięci niedawne pomysły ministerstwa wysiudania bibliotek ze szkół oraz wysoki podatek VAT na e-booki. Obawiam się, że zakończy się na kilku nieudolnych akcjach i  ustawach- bublach, których zapisy i tak będą martwe.
Bo zwykle to jest tak, że programy rządowe swoje, a rzeczywistość kręci się w swoim kołowrotku.. Ale może widzę szklankę w połowie pustą? Chciałabym się mylić.

Może wobec tego zejdźmy na ziemię i pomówmy o tym, co dzieje się naprawdę.
Po pierwsze – na stronie Ambasady Szwecji w Polsce ogłoszono nominacje do Nagrody im. Astrid Lindgren (na stronie czytam: „jest największą na świecie nagrodą (pięć milionów koron szwedzkich) przyznawaną ilustratorom, autorom oraz osobom i organizacjom promującym literaturę dla dzieci i młodzieży”)
Po drugie – jutro, tj. we wtorek 5-go listopada o 19.15 w Teatrze Studio odbędzie się drugie spotkanie z cyklu „Literatury Stosowanej”. Przypomnę, że pierwsze spotkanie było z Joanną Bator i traktowało o nagrodach literackich. Jutrzejsze natomiast będzie traktować o twórczości tegorocznej Noblistki – Alice Munro.
Po trzecie – jutro w trzech miastach w Polsce będzie można zakupić premierową książkę Harukiego Murakamiego "Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa"  z… automatu. W Warszawie szukajcie go w holu głównym Dworca Centralnego (podobno w okolicach Rossmanna).



I jeszcze po czwarte – po 2 miesiącach posuchy znowu ustawiam książki na stos ;)


Część już znacie, bo pochodzi z wymiany w Herba Berba. Są łupy antykwaryczne za grosze, kilka egzemplarzy z taniej książki (Umberto Eco!) i jeszcze coś fajnego – moje prezenty urodzinowe. Jeden nawet z prawdziwym listem... (w dobie e-maili można rzec – analogowym ;))


Idziemy od góry:
Urodzinowe:
1. Haruki Murakami – Na południe od granicy, na zachód od słońca (prezent urodzinowy od koleżanki Justy)
2. John le Carre – Subtelna prawda (prezent urodzinowy od Pana R)
3. Dan Brown – Inferno (prezent urodzinowy od Pana R.)

Tania książka (czyli Dedalus):
4. Umberto Eco, Jean-Claude Carriere – Nie myśl, że książki znikną (polowałam na nią od dawna)
5. Shariar Mandanipour – Irańska historia miłosna. Ocenzurowano (przyznaję bez bicia, że głównym impulsem do kupna była… okładka ;) Będzie o tym niebawem)
6. Nigel Slater – Tost. Historia chłopięcego głodu (a potem będzie film)
7. Grażyna Plebanek – Płaskuda
8. Gwen Cooper – Odyseja Kota imieniem Homer (zachęciła mnie do niej Shinju)

Recenzencka:
9. Benjamin Alire Saenz – Inne zasady lata (recenzja tutaj)

Antykwaryczne:
10. Tadeusz Dołęga-Mostowicz – Znachor (sentymentalnie, z BUW-u za 3 zł)
11. Bora Cosić – Deklaracja celna (z mojego ulubionego antykwariatu na Powiślu - całe 4 zł)
12. Romain Rolland – Colas Breugnon (antykwaryczny łup za złotówkę, planuję od dawna przeczytać)

Na koniec wymiana w Herba Berba:
13. Agatha Christie – Nemezis
14. Witold Gombrowicz – Testament. Rozmowy z Dominique de Roux
15. Aleksandra Marinina – Ukradziony sen
16. Aleksandra Marinina – Kolacja z zabójcą
17. Jose Carlos Somoza – Przynęta
18. Erich Maria Remarque – Na zachodzie bez zmian
19. Piotr Siemion – Finimondo
20. Szymon Hołownia – Kościół dla średnio zaawansowanych.

Uff! Na bogato tym razem ;) Co Wam wpadło w oko? ;)



sobota, 2 listopada 2013

Kulinarni czytają. Lorentyna - Pistachio

Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że mogę zaprosić Was do lektury kolejnego odcinka w cyklu „Kulinarni czytają.” Muszę przyznać, że nieco rozczarowana brakiem odzewu na wiele wysyłanych zaproszeń i przypomnień o zaproszeniach - miałam się już poddać. Ale w końcu zaświeciło światełko nadziei i oto proszę – dzisiaj Gościem jest Lorentyna :) Chyba potraktuję to jako mały prezent urodzinowy ;)

Gdybyście poznali Lo na żywo, gwarantuję Wam, że z miejsca byście ją polubili. To niesamowita, ciepła kobieta, która nieustannie jest uśmiechnięta. Tak samo ciepły jest jej blog Pistachio, na którym opowiada o smaku świata na języku z entuzjazmem, który udziela się czytelnikowi. Kiedy go odwiedzam, mam wrażenie jakby otaczały mnie korzenne aromaty z jednej strony, a z drugiej cieszyło oko pole prowansalskiej lawendy. Bardzo lubię jej francuskie wycieczki, szwedzkie wypieki, zaskakujące połączenia zamknięte w słoikach konfitur i zdjęcia śniadań, przy których aż przyjemnie zacząć dzień. A to tylko mały wycinek tego, co Was czeka na Pistachio. Zerknijcie koniecznie – nie będziecie zawiedzeni.

Lo, bardzo serdecznie Ci dziękuję - za udział w cyklu i za dotrzymanie słowa :)


1. Książki, które czytam najchętniej:

Czytam książki fazami. Mam - miałam okres książek podróżniczych, literatury angielskiej, amerykańskiej, francuskiej, kryminałów skandynawskich, thrillerów medycznych, książek biograficznych... Jestem wierną członkinią dwóch lokalnych bibliotek. Mniej więcej raz w miesiącu wkładam do koszyka przeczytane książki i wyruszam po nowe. Limit biblioteczny to dziesięć pozycji, więc wracam z taką liczbą książek. Nie kupuję wielu książek, bo czytam ich bardzo dużo i nie mam miejsca, żeby je trzymać. Książki, które zawsze kupuję to przewodniki, kucharskie i książki, do których wiem, że będę chciała wracać. Na półkach mam ich trochę, ale ulubione to "Szkice piórkiem" Andrzeja Bobkowskiego (czytając ją kolejny raz, odkrywam w niej za każdym razem coś nowego), "Traktat o łuskaniu fasoli" Myśliwskiego, "Miasteczko nietoperzy" Dario Fo, "Dzieci z Bullerbyn" Astrid Lindgren, "Mały książę" Antoine'a de Saint-Exupéry,  "Chwała mojego ojca" i "Zamek mojej matki" Marcel'a Pagnol, "Pierwszy łyk piwa i inne drobne przyjemności" Philippe'a Delerm... Jest ich trochę.


2.  Ulubiona książka kulinarna:

Bardzo trudno mi odpowiedzieć na to. Mam około 300 pozycji kulinarnych i... ciągle ich przybywa. Większość to pozycje angielskojęzyczne.  Jakiś czas temu pozbyłam się wielu książek, których nie używałam, nie lubiłam, "wyrosłam z nich"... Zostały te, które są dla mnie cenne i ciekawe. Mam też książki kucharskie, do których mam stosunek sentymentalny. Starą "Kuchnię polską", którą moja mama dostała z okazji swojego ślubu. Książka nie ma już jednej okładki, kilkunastu stron, ale ciągle jest w użyciu. Książkę z 1885 roku "Kucharka szlachecka" Marciszewskiej z odręcznymi notatkami prababci mojego męża, "Ciasta, ciastka, ciasteczka" Jana Czernikowskiego, przy pomocy której stawiałam pierwsze kroki w wypiekach i "Potrawy z różnych stron świata" Macieja Halbańskiego, przy której opracowaniu i uaktualnieniu do współczesnych realiów pracowałam kilka lat temu.





Ciężko mi wybrać jedną ulubioną książkę kulinarną. Jest ich zbyt wiele. Na pewno bardzo lubię moje książki dotyczące wypieków autorstwa Pierre'a Hermé i Philippe'a Conticini. Lubię bardzo kuchnię francuską i mam wiele książek o tej tematyce. Do ulubionych należą "Country cooking" i "French regional cooking" Anne Willan, "Mes confitures" Christine Ferber". Z kuchni włoskiej najczęściej korzystam z " The Italian Baker" Carol Field i "The Italian cookery course" Katie Caldesi, a z kuchni skandynawskiej "The great Scandinavian baking book"  Beatrice Ojakangas. Lubię też bardzo "Salt, sugar, smoke" Diany Henry, "Jerusalem"   i "Plenty"  Yotam'a Ottolenghi i Sami Tamimi, "Tartine bread" Chad'a Robertsona, "One more slice" Leili Lindholm, "Tante Hertha's Viennese kitchen" M. Meehan i M. Von Baich.... i jeszcze dużo, dużo.


3. Książkowe wyznanie:

Jako dziecko chciałam zostać sprzedawczynią warzyw lub bibliotekarką. Miłość do książek została mi do tej pory i co najważniejsze udało mi się ją zaszczepić dzieciom. Czytanie to dla mnie przede wszystkim forma rozrywki, odprężenia i odpoczynku. Czytam praktycznie wszędzie. W środkach komunikacji, w wannie,  w podróży, na plaży, przed snem i o świcie przy porannej kawie. Na wakacje (a wakacje to zawsze pobyt w naszym domku nad morzem) zawsze zabieram spory stosik. Kiedy już wszystkie mam przeczytane, wyruszam do księgarni, lokalnej biblioteki, zaczynam przeglądać książki u znajomych lub zaglądam na półki z książkami w wakacyjnym domu. Można tam znaleźć miks pozycji z różnych dziedzin przywiezionych przez lata przez nas lub zostawionych przez znajomych. Wtedy czytam kolejny raz "Hrabiego Monte Christo" Aleksandra Dumas, książki historyczne Karola Bunscha, powieści Londona lub książki typu "zmienił/a swoje życie i wyjechał/a do Włoch, Francji, Wielkiej Brytanii...

W czasach, kiedy wyjeżdżałam na wakacje na 2-3 miesiące (co to były za cudowne czasy), w czasie wakacji zapisywałam się do wiejskiej biblioteki oddalonej od nas o kilka kilometrów. Pewnego roku, kiedy przybyłam tam z 1.5 miesięcznym synkiem, którego ulubionym zajęciem było spanie, szybko musiałam skorzystać z miejscowych zasobów. Nowości tam nie było za wiele. Do wyboru miałam romanse i stary księgozbiór. Postanowiłam wrócić do książek z lat dziecinnych. Ponownie przeczytałam całego Karola Maya, Alfreda Szklarskiego i jego serię o Tomku, cykl książek o Panu Samochodziku Nienackiego, Muminki, Dzieci z Bullerbyn, Pippi... Wspaniale wspominam te wakacje.

Jestem wielką miłośniczką akcji typu "przeczytaj i podaj dalej". Czasami znajduję świetne książki w metrze, w kawiarni, w hotelu... biorę je, czytam i przekazuję dalej. W tę drogę ruszają też kupowane przeze mnie książki.


4. Książka, którą czytam obecnie:

Ostatnia wizyta w bibliotece zaowocowała 10 pozycjami. Oto one:
"Miastowi" Anna Kamińska
"Dziewczyna ze śniegiem we włosach" Ninni Schulman
"Pępowina" Majgull Axelsson
"Wielka wyprawa" Ewan McGregor & Charley Boorman
"Ani tu, ani tam" Bill Bryson
"Skandynawia" Tony Griffiths
"Marsylski przekręt" Peter Mayle
"Grobowa cisza" Arnaldur Indridason"
"Pogranicze" Thomas Kanger
a w torebce noszę "Testament Nobla" Lisy Marklund

Kilka już przeczytałam. Obecnie kończę "Skandynawię" i "Marsylski przekręt".




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...