poniedziałek, 30 grudnia 2013

Literatura od kuchni, czyli rzecz o powieściach i cytatach kulinarnych

Jakiś czas temu, przy okazji wpisu o polskiej literaturze, wspominałam o moim tematycznym czytaniu. Podałam wtedy również przykład powieści kulinarnych.


A wszystko zaczęło się niewinnie od „Amerykańskich apetytów” Joyce Carol Oates. Potem trafiłam na „Przepiórki w płatkach róży” Laury Esquivel (jedzenie i magia – tam to jest możliwe) i „Herbaciarnię pod Morwami” Sharon Owens (słodka, lekka powieść cukiernicza).

Ale moje kulinarne czytelnictwo tak naprawdę rozwinęło się na dobre, kiedy zaczęłam pisać bloga kulinarnego. Wtedy przeczytałam m.in. francuską serię powieści Petera Mayle’a, „La Cucinę” Lilly Prior (zmysłowa kuchnia włoska), „Zupę z granatów” Marshy Mehran (kuchnia perska), „100 odcieni bieli” Preethi Nair (kuchnia indyjska), „Pod słońcem Toskanii” i „Rok w podróży” Frances Mayes (idealna dla tych, co lubią podróżować) oraz „Miłość, zdrada i spaghetti” Giulii Melluci (o niepowodzeniach w miłości i miłości do jedzenia). Nawet „Spóźnionych kochanków” Williama Whartona potraktowałam jako opowieść o odkrywaniu nie tylko cielesności, ale przede wszystkim smaku jedzenia. Po drodze pojawiła się jeszcze dość dobrze rozreklamowana filmem „Julie & Julia” Julii Powell i „Dziennik toskański” znanej czytelnikom „Kuchni” Tessy Capponi – Borawskiej.

W międzyczasie pojawiły się jeszcze edukacyjne książki kulinarne w postaci „Kuchni Leonarda da Vinci” Dave’a Hewitta (o tym jak wyglądała kuchnia włoska, zanim pojawiły się w niej pomidory) oraz „W krainie fast foodów” Erica Schlossera (o przemyśle spożywczym i żywności sprzedawanej w fastfoodach - mocna pozycja). Do tego nurtu zalicza się również niedawno recenzowane „Tatarskie ziele w cukrze, czyli staropolskie słodycze” Jarosława Dumanowskiego oraz "Tradycje kulinarne Japonii" Magdaleny Tomaszewskiej - Bolałek.

Oto garść tytułów, którą przypomniałam sobie "na gorąco". Po dłuższym zastanowieniu zapewne dopisałabym jeszcze kilka innych tytułów ;)


I chociaż powieści kulinarne czytam już teraz tylko z doskoku, to w zwykłych powieściach bardzo lubię wynajdywać cytaty o jedzeniu. Czasami są zabawne, innym razem przedstawiają dość zdumiewający zestaw dań, a niekiedy obrazują zaskakujące uczucia bohaterów względem jedzenia. Zapisuję je potem w moim kajecie – przyjemnie jest je potem czytać i przypominać sobie fabułę książki w kontekście jedzenia ;)

Oto kilka wybranych:

„Hans Castorp zacierał świeżo umyte ręce, gestem wyrażającym zadowolenie oczekiwanie; robił tak zawsze, siadając do stołu – może dlatego, że jego przodkowie modlili się przed podaniem zupy. Usługiwała im uprzejma dziewczyna w czarnej sukni i białym fartuszku (…) Zamówili u niej butelkę Gruaud Larose, ale Hans Castorp odesłał flaszkę z powrotem, by jej nadano właściwą temperaturę. Jedzenie było doskonałe. Podano zupę szparagową, faszerowane pomidory, pieczeń suto garnirowaną, wyjątkowo smaczną leguminę, sery i owoce. Hans Castorp jadł bardzo wiele, chociaż apetyt nie dopisał mu w tym stopniu, jak się tego spodziewał; ale ponieważ dbał o swoje zdrowie, przeto jadał dużo nawet wtedy, kiedy nie był głodny.”
(Tomasz Mann – „Czarodziejska Góra”)


„Ciotka się skrzywiła. Białko jajek na twardo przyprawiało ją o mdłości. Oddzieliła je od żółtka i położyła bez słowa na talerzu męża. On z kolei, z powodu kłopotów z wątrobą, źle znosił majonez. Zeskrobał go starannie nożem i przełożył na talerz żony. Podczas całego posiłku w głębokim skupieniu wymieniali się korniszonami i tłuszczem z szynki, oliwkami i skórkami kiełbasy, galaretą i skórkami sera. (…) Jakoś przeżyli przytłaczającą ciszę i przy deserze mieli już mniej ponure miny, nabrali trochę rumieńców, przepełnieni błogim spokojem za sprawą czerwonego wina.”


"Rozległo się pukanie do drzwi i wkroczyła groźna Florence z tacą.
- Miło, że ma pani gościa – powiedziała do panny Marple. - Zrobiłam moje specjalne scones, które pani zawsze lubiła.
- Florence zawsze robiła przepyszne ciastka do herbaty – pochwaliła panna Marple.
Usatysfakcjonowana Florence zmięła twarz w zupełnie niespodziewanym uśmiechu i opuściła pokój.
- Myślę, moja droga, że teraz przy podwieczorku, nie będziemy rozmawiały o morderstwie – zdecydowała panna Marple. - To taki niemiły temat."
(Agatha Christie – „4.50 z Paddington”)


„Ojciec Goriot podniósł głowę wąchając kawałek chleba, który miał pod serwetą: przyzwyczajenie kupieckie, wracające mu niekiedy.
- No co!? – krzyknęła ostro pani Vanquer głosem, który pokrył hałas łyżek, talerzy i rozmów – chleb wydaje się panu niedobry?
- Przeciwnie, pani – odparł. – To chleb z etampskiej mąki pierwszej jakości.
- Po czym pan to poznaje? – spytał Eugeniusz.
- Po białości, po smaku.”
(Honoriusz Balzac – „Ojciec Goriot”)


„’Życie – stwierdził Emerson – jest dla nas tym, czemu przez cały dzień poświęcamy każdą naszą myśl’. Jeśli to prawda, to moje życie jest wyłącznie długim przewodem pokarmowym. Nie dość, że całymi dniami myślę o jedzeniu, to jeszcze śni mi się ono po nocach.”
(Henry Miller – „Zwrotnik Raka”)


„Komura wsypał do kawy trochę cukru i delikatnie zamieszał. Wypił łyk. Kawa była słaba i bez smaku. Nie miała treści, a jedynie formę.”
(Haruki Murakami – „Wszystkie boże dzieci tańczą”)


A Wy jakie czytaliście powieści kulinarne? Może coś konkretnego polecicie, co koniecznie trzeba przeczytać? A może macie ulubione cytaty? Chętnie poznam Wasze zdanie w tym temacie :)

A już niebawem na blogu pojawi się recenzja trzech niedawno przeczytanych przeze mnie kulinarnych powieści ;)



sobota, 28 grudnia 2013

Kulinarni czytają. Magda - Konwalie w kuchni

Sekret dobrego jedzenia niewątpliwie tkwi w dobrym przepisie i umiejętnym odzwierciedleniu go na talerzu. Przy czym „przepis” można zastąpić słowem „improwizacja”, bo ona w kuchni jest bardzo pożądana. Ale aby drugie mogło być konsekwencją pierwszego - niezbędne są do tego produkty. Dobre produkty. Tutaj zaś kryje się kolejny kulinarny haczyk pod nazwą „sezonowość”. Wszak nie zjemy dobrych truskawek lub pomidorów w grudniu, ani brukselki w lipcu. I o ile ogórki małosolne są wyśmienite latem, o tyle kiszona kapusta bardziej kojarzy się z zimowym, gorącym i sytym bigosem lub kapuśniakiem.

Niby to takie oczywiste, a w restauracjach bywa różnie. A dlaczego o tym piszę? Bo dzisiejszy Gość w cyklu „Kulinarni czytają”, czyli Magda z Konwalie w kuchni na blogu ma specjalny Tag, który od razu mi się rzucił w oko, mianowicie Sezonowość do A do M (a tam obiecująco zapowiadający się krem z brukselki - mojej dotychczasowej zmory ;)).

Co jeszcze jest ciekawego na blogu? Wędrówki po kuchniach świata: arabska, indyjska, hiszpańska, grecka, francuska i włoska. Ale to też nie wszystko, bo są jeszcze pięknie wyrośnięte chleby. A skoro już o chlebie mowa oraz w związku z tym, że cykl zawsze startuje w sobotni poranek - polecam jeszcze zerknąć na Magdy blogowe śniadaniowe propozycje.

Dodam, że zdjęcia na blogu tylko pobudzają apetyt. Lepiej nie przeglądajcie go z pustym żołądkiem ;)

Magdo, dziękuję za udział. Życzę Ci wszystkiego najlepszego i najpyszniejszego w nowym roku! :)



1. Książki, które czytam najchętniej:

Czytać lubiłam od dziecka. Nawet lektury szkolne nie potrafiły mnie do tego zniechęcić. Książki, prócz dostarczania mi rozrywki, zawsze były również odzwierciedleniem moich zainteresowań na określonym etapie życia. Był więc etap fascynacji starymi cywilizacjami Ameryki Południowej. Czytałam wtedy wszystko, co dotyczyło Azteków, Majów, Inków, Machu Picchu, Peru i Andów. Później przyszedł moment na poznanie tajemnic wszechświata, zarówno z czysto naukowego punktu widzenia, jak i tego bardziej metafizycznego. Seria wydawnicza +/- nieskończoność, dotycząca tych zagadnień, była wtedy najbardziej pasjonująca lekturą, jaką mogłam sobie wyobrazić, podobnie jak niestworzone teorie E. von Danikena. Kiedy zakochałam się w teatrze, pochłaniałam m.in. F. Dostojewskiego, W. Szekspira i ukochanego S. Becketta.  Poszukując odpowiedzi na pytanie, co dzieje się z nami po śmierci, czytałam książki z zakresu filozofii religii. Szukałam odpowiedzi na nurtujące pytania u A. Donimirskiego, K. Borunia, czy O. Nydhala. Zawsze z zainteresowaniem podchodziłam też do ludzkiego geniuszu i czytałam biografie Dalego, Van Gogha, czy Einsteina. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim był J. Carroll, K. Vonnegut, W. Wharton, J. Fowles, G.G. Marquez, J. Cortazar, P. Coelho, S.Lem...


Obecnie z przyjemnością  sięgam po książki dotyczące zdrowego żywienia, makrobiotyki, kuchni pięciu przemian i naturalnych metod leczenia.  Częściej też czytam dla przyjemności niż zdobycia konkretnej wiedzy i wybieram książki, które przenoszą mnie do innych krajów, opowiadają o podróżach mniej lub bardziej ekstremalnych, o ludziach, którzy przekraczają granice swojej wytrzymałości i podejmują niesamowite wyzwania. („Zew Natury”, „Moje życie na krawędzi”). Uwielbiam książki, które opowiadają o jedzeniu, pachną ulubionymi przyprawami i wybornie smakują („W miasteczku długowieczności”, „Ostatni kucharz Chiński”). Często nie pamiętam tytułów, ani autorów, ale w głowie pozostają przemierzone szlaki i smakowite potrawy. Częściej też  sięgam po kryminały, czy książki sensacyjne. Czytam D. Browna i A. Christie.  Dałam się przekonać do przeczytania trylogii S.Larssona i zamierzam poznać innych skandynawskich pisarzy tego gatunku.

Jedyne książki, których unikam, to typowe romanse i książki stricte historyczne.


2. Ulubiona książka kulinarna: 

Jest wiele książek kulinarnych, które cenię za zawarte w nich przepisy, czy zdjęcia.


Z niektórych korzystam często, inne nie doczekały się jeszcze  premiery w mojej kuchni, ale z czystym sumieniem mogę przyznać, że jestem uzależniona od ich kolekcjonowania. Jeżeli jednak miałabym wybrać tę jedną jedyną, to bez wahania wybiorę „Mediterranean the Beautiful Cookbook”.


Jest to książka pełna smaków, które uwielbiam, książka, dzięki której odkryłam pasję do gotowania. Wszystko, co było przed nią, było gotowaniem w celu zaspokojenia głodu, wszystko, co zdarzyło się potem, było zaspokajaniem potrzeby tworzenia i odkrywania nowych smaków. Jest ze mną już około 13 lat i jeszcze nigdy mnie nie zawiodła.



3. Książkowe wyznanie:

Po pierwsze, nie lubię pożyczać książek innym osobom, chyba, że jestem pewna, że dana osoba będzie dbała o nią, tak jak ja. Wiem, że książki są do czytania, a nie do patrzenia na nie, ale przecież nie trzeba ich dotykać tłustymi palcami, zaginać im rogów, pisać po nich, a zakładki wymyślono po to, aby książka nie leżała otwarta grzbietem do góry.

Po drugie, kiedy zaczynam czytać, muszę skończyć. Nawet, jeżeli lektura nie jest porywająca. Wiem, strata czasu, ale nic na to nie poradzę ;)

Po trzecie, zawsze czytam kilka książek naraz.


4. Książka, którą czytam obecnie:

„Słodki jak miód kwaśny jak cytryny”
„Morderstwo w Boże Narodzenie”
„Ucieknij z więzienia”
„Smakując Toskanię”
„Dziecko w czasie”
„Blondynka Tao”
„W drodze na Hokkaido”


W kolejce czekają już:
„Szatańskie wersety”
„Jakuck”
„Traktat o łuskaniu fasoli”
„Ostatnie Rozdanie”



środa, 25 grudnia 2013

Koty Prawdziwe i Koty Książkowe. Terry Pratchett - Kot w stanie czystym

„– Chciałem powiedzieć (…) że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć.
Śmierć zastanowił się przez chwilę.
KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE.”
(Terry Pratchett, Czarodzicielstwo, tłum. Piotr W. Cholewa)


W przyrodzie występują podobno zarówno nudne, ociekające zdrowiem i odżywczymi witaminami masowo produkowane koty, jak i Koty Prawdziwe. Ale ponieważ ta druga rasa umyka często uwadze - Kampania na rzecz Prawdziwych Kotów ma pomóc je lepiej zauważyć. 

Czym charakteryzują się Prawdziwe Koty? Jadają tarty, podroby, masło i inne rzeczy, na które uda im się zapolować ze stołu. Słyszą również dźwięk otwieranej lodówki dwa pomieszczenia dalej (zapewne nierzadko będąc pogrążonymi w słodkiej drzemce). Zachowują się tak, „jakby ludzki świat był tym, w którym akurat przypadkiem się zatrzymały w drodze do czegoś być może o wiele ciekawszego”. Występują w wielu odmianach (koty sąsiadów, koty wędrowne, czarne koty z białymi łapkami, koty z kreskówek i koty zielone) i rasach – niektóre z nich utraciliśmy (chimiaumiaua, dachkatz, pussky, kotweiler, pręgowany retriver). 

Prawdziwe koty mają zmysł artystyczny. „Nie polują dla zdobycia jedzenia, ale dlatego, że was kochają. A ponieważ was kochają, zdają sobie sprawę, że z jakiegoś powodu zapomnieliście umieścić w swoim domu te wszystkie niewielkie osobiste drobiazgi, które czynią go przytulnym. Starają się więc, by je dostarczyć. Bezgłowe ryjówki są popularne. Jeśli idzie o dodatkowy akcent kolorystyczny, nic nie przebije miniaturowego zestawu wnętrzności. Dla lepszego efektu obiekty takie najlepiej zostawić gdzieś, gdzie przez kilka dni nie zostaną wykryte, dzięki czemu zyskują szansę rozwinięcia własnej osobowości.” Wadą ich jest to, że upierają się przy noszeniu naturalnych futer. 

Prawdziwe koty lubią jeść. Pewnie z tego powodu są surwiwalistami. „Jakie inne zwierzę może liczyć na karmienie nie dlatego, że jest pożyteczne, że pilnuje domu albo śpiewa, ale dlatego, że kiedy się je nakarmi, to wygląda na zadowolone? I mruczy. Mruczenie jest bardzo ważne. Mruczenie wygrywa za każdym razem.” 



Oczywiście oprócz jedzenia lubią też zabawy, np. kocie szachy, mokry cement, tamta strona (zwana u nas „prawem zamkniętych drzwi”), uporczywe bycie grzecznym oraz gapienie się na lodówkę. Ale żeby nie było tak słodko – warto wiedzieć, że zapadają na różne choroby, w tym na niecierpliwość łap i jedzenie trawy, a czasem nawet na siedzenie i cichą czkawkę.

To tak w skrócie. Jeżeli chcecie się dowiedzieć, czy Wasze koty są Kotami Prawdziwymi – koniecznie przeczytajcie „Kota w stanie czystym” ;)


Przy okazji zastanawiam się, czy poniższe Koty Książkowe mają coś z Kota Prawdziwego? ;) Pewnie ich właścicielki wiedzą najlepiej na czym stoją, lub ściślej – z kim mieszkają.

A propos Kotów Książkowych – serdecznie dziękuję za przesłanie zdjęć. Publikuję je w kolejności, w jakiej je otrzymałam. Jak możecie zauważyć, mamy tutaj:


Puszkina, który ma wielkie serce do książek



Rudych Marchewkę i Ryszarda, którzy sięgają tylko po literaturę fachową



Tymianka, który lubi dużo...


 ...bardzo dużo czytać


Z uwagi na to, iż nie mogłam się zdecydować, który z kotów jest Prawdziwym Kotem Książkowym – książkę o Homerze otrzymają wszystkie właścicielki mruczących modeli ;)
Dziewczyny, dziękuję za udział w konkursie - sprawdźcie proszę swoje skrzynki mailowe :)


edit 06.01.2014 r. - Poza konkursem do kocio-książkowego grona dołączyła jeszcze mała Hela :)



_____________________________
cytaty: Terry Patchett - "Kot w stanie czystym", rysunki: Gray Jolliffe;  wyd. Prószyński i S-ka
4/6


poniedziałek, 23 grudnia 2013

Twarz Książki, czyli rzecz o okładkach

Uzmysłowiłam sobie któregoś razu to, jak bardzo wizualnie nierówny jest poziom plakatów filmowych. Okazało się, że plakaty, które zapowiadały filmy w PRL-u były swoistymi perełkami. Obecnie - są sklejką zdjęć i krzykliwego tekstu. Całe szczęście plakaty teatralne wciąż jeszcze trzymają poziom.

Różnie bywa również na księgarskim rynku w Polsce. Dokonałam, od dawna planowanego, przeglądu swojej biblioteczki pod kątem twarzy książki i posegregowałam je na kilka kategorii. Poniżej ich reprezentanci.

1. Okładki, których nie lubię.
W tym gronie są okładki, które nazywam „gazetowymi”. To moim zdaniem bardzo dobry przykład pójścia na łatwiznę przez wydawcę. Wystarczy ładna buzia, tytuł oraz ewentualnie informacja o bestsellerze z wyimkiem recenzji bardzo znanej osoby.



Dopełnieniem okładek „gazetowych” są okładki filmowe. Jestem w stanie zrozumieć tutaj motywację wydawcy – nie każdy najpierw czyta książkę, a dopiero później idzie na ekranizację do kina. A jak mu się jednak film spodoba – łatwiej przecież odnajdzie pierwowzór na półce w księgarni. Tworzy się jednak w związku z tym pewien dysonans: co jest pierwsze: najpierw była książka, na podstawie której nakręcono film, czy odwrotnie?



2. Okładki, które toleruję.
Z kategorii „gazetowych” wyłączam okładki tzw. „rodzinne”, kiedy książka zawiera wspomnienia, dzienniki lub zbeletryzowaną historię prawdziwej rodziny, a na okładce zamieszczono zdjęcie z rodzinnego albumu.


Okładki „bezpieczne” lub „poradnikowe”, zwane przez Pana R. okładkami „klasycznymi”.
Są poprawne, nie narzucają się, ale mają mniejsze szanse, że je zapamiętam.



3. Okładki, które lubię i które mi się podobają.
Rzadko mi się zdarza kupić książkę przez okładkę, ale czasem jednak tak bywa. Takimi szczęściarzami są trzy pierwsze okładki na górze zdjęcia.


Lubię również, kiedy okładka jest spójna z treścią lub się do niej odwołuje chociażby metaforycznie. To dla mnie znak, że wydawca wie, co wydaje. Oraz, że zależy mu na dobrze dobranej okładce, ewentualnie ma szczęście do dobrego grafika ;)


Mam jeszcze inną klasyfikację okładek:
1. Okładki z recyklingu - sytuacja, kiedy dwie różne książki, ba – nawet dwóch różnych wydawnictw posiadają taką samą, albo bardzo podobną okładkę. Printscreen pochodzi z bloga Dziennik Pokładowy, zdjęcie po prawej powieści Somozy pochodzi z mojej biblioteki.


Po więcej przykładów zapraszam na stronę Kulturą w płot. Możecie się nieco zdziwić.


2. Ładne/brzydkie, czyli ten sam autor, ten sam tytuł, inna okładka. Górne zdjęcie, to książki z moich zbiorów, dolne - okładki, które wolałabym mieć.





3. Różnorodność - ten sam autor, różne tytuły, nierówność pod kątem wizualnym. Przykład książek, których już nie mam na regale, ale zanim je wymieniłam na inne – zdążyłam zrobić zdjęcie okładkom: zdjęcie po lewej - znienawidzony typ filmowy, po prawej – okładka, o której mogłabym powiedzieć, że mi się podoba.


Przykładem szczęśliwca niech będzie Haruki Murakami. Na polskim rynku jego książki z reguły mają dobre, eleganckie lub barwne okładki. Ale i zagraniczne wcale nie są gorsze.



Na koniec zostawiam Was z garścią ciekawych linków:


A Wy? Zwracacie uwagę na okładki książek? Macie jakieś ulubione lub które Wam się wyjątkowo nie podobały? Chętnie o tym poczytam :)

_____________________________________________________
P.S. Przepraszam za jakość zdjęć - niestety robione telefonem ;)


sobota, 21 grudnia 2013

Kulinarni czytają. gin - Raz a dobrze

Prawdę mówiąc blog gin - dzisiejszego Gościa w cyklu „Kulinarni czytają” odkryłam jakiś czas temu dzięki książkom. Trafiłam na jedną recenzję książki, następnie przeczytałam kolejną, a później zainteresowałam się stroną kulinarną Pożeraczki, czyli raz a dobrze. I z różnych względów podczytuję nadal – na przykład dla chlebów, pośród których prym wiedzie dyniowy na poolish oraz dla skandynawskich akcentów – przykładowo takich jak bułeczki duńskiej babci i lussekatter

Po cichu liczę na specjalny tag skandynawski i więcej przepisów w tym temacie oraz na rozwinięcie cyklu o książkach kulinarnych :)

Co znajdziecie na blogu Ani ? Przede wszystkim dużo słodkich wypieków: torty, tarty, ciastka i bułeczki, ale też wytrawne tarty i wspomniane już chleby. Zapraszam do odszukania swoich typów.

Aniu, dziękuję, że przyjęłaś zaproszenie :) Życzę Ci wszystkiego dobrego :) 


1. Książki, które czytam najchętniej:

Zdecydowanie te z kartkami. Nie mogę przekonać się do ebooków - książka musi "pachnieć". Każda nowa pozycja, która znajdzie się w moich łapkach, jest najpierw dokładnie obwąchana - sprawia mi to jakąś dziwną, niemal fetyszystyczną przyjemność...


Uwielbiam powieści, w których akcja dzieje się na granicy świata rzeczywistego i fantastycznego. Dlatego już wiele lat temu serce skradł mi Jonathan Carroll - jego "Krainę Chichów" przeczytałam ponad dziesięć razy... I przeczytam pewnie jeszcze nie raz. U niego bohaterowie żyją w szarej codzienności, takiej jak moja. I nagle bum! - dzieje się coś zupełnie nieoczekiwanego, pojawiają się duchy, psy mówią, a postaci z książek ożywają... Nie potrafię oprzeć się tej magii. 
Na tej samej zasadzie "zdobyli mnie" Bułhakow - "Mistrz i Małgorzata" na zawsze pozostanie jedną z moich ukochanych pozycji, Łukjanienko czy Zafon.
Lubię też dobre obyczajówki - nie nudne i ckliwe, ale z bohaterami z krwi i kości. 
Lubię książki pobudzające do marzeń - takie, o których myślę, kiedy nie mogę czytać.
Uwielbiam zabawne powieści - ostatnio przeczytałam "Stulatka, który wyskoczył przez okno i zniknął". Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak się ubawiłam przy książce.
Lubię książki, które zaskakują mnie zakończeniem - tu Carroll jest moim mistrzem. Bo nawet po przeczytaniu ostatnich zdań czy nawet stron okazuje się, że miałam błędne pojęcie o zakończeniu, które przewidział dla swoich bohaterów...


2. Ulubiona książka kulinarna:

To pytanie z kategorii: trudne. Nie mam chyba swojej ulubionej, mam za to takie, do których zaglądam częściej niż do innych.


"Saved by cake" Marian Keyes uwielbiam za śliczne, słodkie zdjęcia i ciekawie historie. Przerażają mnie jej skłonności do perłowych ozdób na niemal każdym cieście, jednak korzystam z jej przepisów z ogromną przyjemnością, i jeszcze żaden mnie nie rozczarował.
"The hummingbird bakery cake days" lubię po prostu sobie oglądać. Zdjęcia są śliczne, a przepisy ciekawe i oryginalne.
"Ciasta" Michela Roux to podstawy - tam jest przepis na najlepsze kruche ciasto i prawdziwe lody waniliowe.
Moja ulubiona książka o pieczeniu chleba jest po duńsku, i z tego co wiem, nie została przetłumaczona na angielski, tak samo ogromna księga pełna przepisów na najrozmaitsze ciasteczka.

Z tych korzystam najczęściej, chociaż na mojej półce znajduje się zdecydowanie więcej. A jeszcze więcej tytułów jest na liście "do kupienia"...



3. Książkowe wyznanie:

Hmm... Pisałam już o tym, że tylko "papierowe" książki mnie interesują. W dzisiejszym świecie to pewnie wada, ale cóż, taka już ze mnie konserwatystka...
Zaglądam na koniec - dlatego nie mogę czytać kryminałów. W tej chwili robię to zdecydowanie rzadziej niż kiedyś, jednak ciągle mi się to zdarza. A co to za przyjemność czytać wiedząc, kto zabił...?
Książki są ze mną od zawsze, i nie wyobrażam sobie bez nich życia. Czytam jednak zrywami: kilka książek w tygodniu, a potem nawet miesiące "posuchy"... Nie potrafię jednak i nie chcę się zmuszać - bo co to za przyjemność, jeśli "musisz" coś zrobić...?


4. Książka, którą czytam obecnie:

"Powrót Wolanda albo nowa diaboliada" Witalija Ruczinskiego. Jest ciekawa, napisana zdecydowanie bułhakowskim językiem, jednak strasznie wolno mi to idzie... Jest to książka do smakowania - niektóre zdania trzeba przeczytać kilka razy, żeby je do końca rozszyfrować. Czegoś mi w niej niestety brakuje... Chyba ręki mistrza.




środa, 18 grudnia 2013

O potrzebie zmian. Susan Wiggs - A między nami ocean

„Problemy. Nie potrafiła ani dobrze ich zdefiniować, ani stwierdzić, kiedy się zaczęły. Wykluwały się prawdopodobnie już od dawna. Zamiar kupna domu nie był kością niezgody. Steve’owi bardziej nie podobało się to, że postawiła sprawę na ostrzu noża. 
Nie chciał ani domu, ani nie zamierzał zaakceptować planów dotyczących zawodowej kariery żony. Wiele lat temu rzeczywiście uznali, że lepiej nie osiedlać się w jednym miejscu. Uważali własny dom za kulę u nogi. Postanowili, że zdecydują się na taki krok, gdy zechcą radykalnie odmienić swoje życie.
Ona już od dawna pragnęła tej zmiany, a Steve zupełnie tego nie rozumiał.” *


Po rozczarowującej lekturze "Mistrza" (która jednak przyczyniła się do ciekawej dyskusji na fejsie w grupie "Czytamy polskich autorów") zabrałam się za kolejną książkę okupującą mój regał. Również i tym razem jeszcze przed lekturą miałam co do niej mieszane uczucia. Wydawca, w tym przypadku Harlequin, wszak jednoznacznie określa typ literatury, jaką firmuje. Zaryzykowałam, mając do dyspozycji dwa wyjścia: przemęczyć do końca lub rzucić w połowie. Ostatecznie jednak nic z tego nie wynikło. Bo książki nie zmęczyłam, ani nie odłożyłam w połowie. Przeczytałam do końca z przyjemnością i zainteresowaniem. Żaden z niej romans. To ten typ powieści, który był mi właśnie potrzebny po irytującym "Mistrzu": ciepłej, kojącej, emocjonalnej zwyczajnej - obyczajówki wygodnej jak ciepłe kapce, które z przyjemnością wkłada się po całym dniu spędzonym poza domem. Opowieści nie o seksie, kasie i władzy, ale o zwyczajnych ludzkich radościach, smutkach, dylematach i wyborach.

Rodzina Benettów - Steve, Grace oraz ich trójka dzieci: 18-letnie bliźniaki Brian i Emma oraz 15-letnia Katie. Steve, zastępca dowódcy Grupy Lotniczej otrzymał właśnie kolejny rozkaz i lada moment znowu musi wypłynąć w morze, aby przez większą część roku stacjonować na lotniskowcu. Kolejna misja jakich wiele przez ponad 20 lat wojskowej służby w barwach ojczyzny. Zdawać by się mogło, że to dobrze znana i oswojona rzecz dla rodziny marynarza. Tymczasem oprócz każdorazowego, w takiej sytuacji, nagromadzenia smutku, obaw i tęsknoty, u każdego członka rodziny rodzą się nowe emocje. Najmłodsza córka właśnie rozpoczyna naukę w nowej szkole, bliźniacy przygotowują się do klasy maturalnej i coraz bliżej są podjęcia decyzji o wyborze colleg’u, który w dalszej perspektywie zdeterminuje ich dorosłe zawodowe i być może rodzinne życie. Steve wraz z tą misją łączy nadzieje na upragniony w całej wojskowej karierze awans na komandora. Natomiast Grace - spokojna, serdeczna żona, która ponad własne marzenia przez całe lata stawiała dobro rodziny i zajmowanie się domem, umożliwiając tym samym mężowi swobodne pięcie się po szczeblach kariery -  uświadamia sobie, że kończąc właśnie 40 rok życia stoi w miejscu. Jest stłamszona przez codzienność i brak realizacji własnych marzeń. Zdaje sobie sprawę, że jest nieco zaniedbaną, zwyczajną kobietą z nadmiarem kilogramów, za to bez własnego domu. Rodzina Benettów z uwagi na specyfikę pracy Steve’a przeprowadzała się dość często w różne rejony świata. Każdorazowo było to związane z miejscem, w którym on wypełniał swoje obowiązki służbowe na pływającym lotniskowcu. Nie mieli zatem możliwości zakotwiczyć w jednym miejscu na stałe, a tym samym zakupić własnego domu. 
Ciągłe przeprowadzki sprawiły, że Grace wyspecjalizowała się w ich organizacji, dzięki czemu swoją wiedzę charytatywnie przekazywała innym rodzinom marynarzy. Częste zmiany miejsca spowodowały również niemożność nawiązywania głębszych relacji z rówieśnikami (w przypadku dzieci), zawiązywania przyjaźni i oswojenia miejsca, w którym się żyło.

W momencie, kiedy Grace podzieliła się swoimi wątpliwościami i marzeniami z mężem - natrafiła na mur niezrozumienia z jego strony. Każde z nich miało swoje racje, których nie dało się pogodzić. Oliwy do ognia dodała wiadomość o synu Steve’a z pierwszego małżeństwa. Syna, o którym nie miał pojęcia, że istnieje. Grace natomiast nie wiedziała, że jej mąż był już kiedyś żonaty. Przelało to czarę goryczy skumulowanych wzajemnych pretensji i żalów. Steve wyruszył w morze ze świadomością, że jego małżeństwo właśnie rozpada się w drobny pył.

„Z powodu ostatniej przeprowadzki i natłoku nowych obowiązków nie miał czasu, aby wszechstronnie omówić z Grace ważne sprawy. Dawniej to ona znajdowała na to spokojne pół godziny w ciągu dnia i wtedy rozmawiali o różnych rzeczach. Steve nigdy nie powiedział jej, jaki jest wdzięczny za te chwile. Uważał, że ona o tym wie. Ale ostatnio nawet Grace nie miała na nic czasu i z powodu szaleńczego tempa ich życia dawne półgodzinne sesje rozpłynęły się we mgle. Steve’owi brakowało tych chwil. Ale nie wiedział, jak to wyrazić.
Chyba bez niczyjej winy w ich małżeństwie pojawiły się cieniutkie pęknięcia. Właściwie nie wiadomo skąd, a przynajmniej tak się Steve’owi wydawało.”

Grace, jak przystało na silną charakterem, żonę marynarza postanawia - z mężem lub bez niego - wszystko postawić na jedną kartę. Zapisuje się na aerobik, kupuje upragniony dom, zakłada firmę specjalizującą się w tym, w czym jest specjalistką - doradztwie ds. przeprowadzek, przynosi do domu psa i gorączkowo zastanawia się, w którą stronę podążyć na obecnym etapie życia. 
W tym samym czasie rozgrywają się również dramaty jej męża, dzieci oraz bliskich znajomych: którą szkołę wybrać, czy porzucić swoje marzenia na rzecz ambicji rodzica, czy i jak powiedzieć rodzicom o gwałcie, czy nowo powstały związek z marynarzem ma szansę przetrwać, czy pozwolić sobie na romans, jak oswoić się z myślą o "nowym" pierworodnym?


Ocean żalu, niezałatwionych spraw, niewypowiedzianych słów, tęsknoty. Będą pretensje, żale, obawy, zdarzą się wypadki, ale również będzie miejsce na kilka sukcesów, dużo szczęścia, pojawi się satysfakcja i wiara, że wystarczy się tylko odważyć, a już można przenosić góry. Oraz konkluzja, że w związku trzeba mieć dla siebie wzajemnie czas, rozmawiać i słuchać, a nie tylko słyszeć. Dobra lektura na świąteczny czas, kiedy szczególnie zwraca się uwagę na więzy rodzinne, niż podczas zwykłych codziennych dni w roku.

Cieszę się, że wydawca nie kombinował z tytułem. Brzmi on dokładnie tak, jak w oryginale. Dodatkowo bardzo trafnie opisuje książkę – zarówno dosłownie, jak i metaforycznie.

4/6 
_____________
* wszystkie cytaty: Susan Wiggs - A między nami ocean; Wydawnictwo Harlequin Enterprises Sp. z o. o.
Recenzja bierze udział w wyzwaniu: Czytamy powieści obyczajowe

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Dlaczego szkoda mi kolorowych karteczek? Katarzyna Michalak - „Mistrz”

"O co dokładnie chodziło tajemniczemu zleceniodawcy, nie miała pojęcia. Na pewno nie chodziło li tylko o wyhaczenie Raula, to byłoby zbyt proste. Zleceniodawca nie życzył sobie także jego śmierci - Andżelika nie była morderczynią. Ona lubiła jedynie - lub aż, zależy jak na to patrzeć - seks. Seks w każdej postaci: klasyczny, oralny analny... Byle męsko - damski i bez zboczeń. Nastoletni chłopcy odpadali. Zwierzęta też. Może kiedyś spóbuje z jakąś apetyczną kobitką, ale to kiedyś. Do tego trzeba pewnie dojrzeć. Na razie rajcowały Andżelikę duże twarde fiuty. Ot co!" *


Jakiś czas temu wygrałam w konkursie blogowym książkę. Kiedy już ją otrzymałam – odłożyłam na półkę, aby oczekiwała na swoją kolej. W międzyczasie trafiłam na kilka opinii dotyczących wydanych książek Pani Michalak i przyznam się bez bicia – do lektury „Mistrza” podchodziłam uprzedzona. 
I cóż się okazało? Moje uprzedzenie w trakcie czytania nie tylko się pogłębiało, ale wzbogaciło się również w serię nudnych westchnięć, zirytowanie i znużenie powtarzalnością.

Wyobraźcie sobie – oto zgrabna i całkiem ładna Andżelika Herman otrzymuje zlecenie na niejakiego Raula de Lucę. Ma go nie tyle uwieść, co w sobie rozkochać, aby wyciągnąć ważne informacje. Dotarcie do niego ułatwia jej przypadkowe spotkanie z przystojnym blondynem – niejakim Vincentem de Lucą. Ten zaś okazuje się być bratem (adopcyjnym, ale zawsze bratem) tego pierwszego. Raul natomiast – zabójczo przystojny i barrrdzo (och jak bardzo!) męski macho o uwodzących czarnych oczach więzi w swojej bogatej i pięknej rezydencji na Cyprze pewną Sonię. Przy okazji prowadzi gangsterskie interesy: przemyt broni, narkotyki, pranie brudnych pieniędzy – wszystko pod przykrywką własnych linii lotniczych i biura podróży. A do tego jeszcze dodajcie sobie jeszcze sekret z niebieską kopertą i złotym pyłem.

Wszystko na razie brzmi nawet sensownie – nieprawdaż? Dziewczyna ma misję, której celem jest szef północno-cypryskiej mafii (więc pewnie jest tą dobra), mężczyźni mają swoją  do wykonania brudną robotę (więc pewnie są źli), no i jeszcze ta więziona kobieta. Nic szczególnego. Taki tam thriller.

A teraz zerknijcie na pewien obrazek, który swego czasu znalazłam na Wykopie:


Oto saga „Pieśni lodu i ognia” Georga R. R. Martina, a każda wystająca z niej kolorowa kartka oznacza, że jakiś bohater właśnie w niej zginął. Kiedy zobaczyłam to zdjęcie od razu sobie pomyślałam, jak mogłaby wyglądać trylogia „Millenium” Larssona , gdyby tak samo zaznaczyć we wszystkich trzech tomach każdą pojawiającą się kawę - niezależnie, czy dopiero parzoną lub właśnie pitą (z kubka, z filiżanki, z termosu), czy dopiero zamawianą. Kawa to kawa.
Jednak po lekturze „Mistrza” zmieniłam zdanie. Bo właściwie to jego powinnam analogicznie obkleić kolorowymi karteczkami, tylko zmienił by się im przedmiot/czynność, którą miałyby zaznaczyć. I może nawet bym to zrobiła, gdyby nie to, że… szkoda byłoby mi tych kolorowych karteczek, bo musiałabym zużyć ich naprawdę sporo.

Zastanawiacie się zapewne, co niby miałyby zaznaczać w „Mistrzu”? Nic specjalnego, ot zwyczajną ludzką rzecz – seks. Tego w recenzowanej książce jest akurat pod dostatkiem: oralny, waginalny, prężące się i zawsze gotowe do boju penisy, mokre od pożądania (za przeproszeniem) cipki, ekstatyczny orgazm pogania kolejny ekstatyczny orgazm, seks brutalny, seks powolny, romantyczny, pośpieszny, w łóżku, na plaży, na fotelu, pod biurkiem… To tak na przykład. A kiedy o tym się czyta na co drugiej stronie,  to aż się może ulewać od jego nadmiaru. 

Zestawienie wyzywającej i bezczelnej Andżeliki, cnotliwej i naiwnej Sonii, napalonego Vincenta i z pozoru zimnego jak lód gangstera Raula (który w głębi skrywa skrzywdzonego, emocjonalnego chłopca, marzącego o żonie i gromadce dzieci) również nie ubarwia fabuły, wręcz przeciwnie - tworzy razem przesłodzony tort ociekający spermą jak lukrem.

Pruderyjna nie jestem i potrafię odróżnić erotykę od pornograficznej rąbanki. Autorka zdaje się nie. Śmiem więc przypuszczać, że albo ma tak wybujałą fantazję, albo koniecznie chciała zaszokować odbiorcę. Ewentualnie za dużo naczytała się, popularnej ostatnimi czasy, greyowszczyzny i chciała udowodnić, że ona też potrafi tak pisać.


Książkę oczywiście przeczytałam do końca. Masochistka – powiecie? Być może, ale tak już mam w zwyczaju, że rozpoczętą książkę czytam do końca. Z drugiej strony nie byłabym fair wobec autorki, gdybym postawiła książce tak niską notę – nie przeczytawszy jej całej. Domyśliłam się zatem, że autorka miała ambicje napisania erotycznego thrillera, ale zagalopowała się w swojej seksualnej wizji. Z "Mistrza", który owszem mógłby mieć zadatki na niezłą erotyczną powieść sensacyjną - zrobiła wątpliwej jakości pornograficzną powiastkę z cukierkowym i sentymentalnym zakończeniem rodem z harleqinów. Zgorszona nie jestem, ale ubolewam, że autorka nie pozostawiła w książce pola do wyobraźni.

Komu może spodobać się książka? Na pewno napalonym nastolatkom, oraz tym, których kręci władza, pieniądze i seks. No dobra – ewentualnie sam seks. I tym, którym spodobała się trylogia o śpiącej królewnie Anne Rice.

Ja zdecydowanie wolę już takie starocia jak „Pamiętniki Fanny Hill” J. Clelanda i „Zwrotnik Raka" H. Millera, czy zupełnie niewinne „Konające zwierzę” P. Rotha i "Nudę" A. Moravii. Bo na książki pokroju „Mistrza” jestem już chyba za stara ;)

W gąszczu minusów przyznaję plus - dla wydawcy za nienarzucającą się i niezbyt oczywistą okładkę bez twarzy.

Moja nota dla książki: 1/6


______________
* cytat: Katarzyna Michalak - "Mistrz", wyd. FILIA, s. 78
Recenzja bierze udział w wyzwaniu:  Polacy nie gęsi, czyli czytamy polską literaturę


sobota, 14 grudnia 2013

Kulinarni czytają. Deli - Delimamma

Deli, czyli dzisiejszy Gość w cyklu „Kulinarni czytają” styl swojego gotowania określa mianem "Z ziemi włoskiej do Polski". Chyba od razu można się domyślić, że obiektem jej kulinarnej miłości jest kuchnia włoska. Taką też prezentuje na blogu Delimamma. Ale nie zamyka się na inne smaki, stąd znajdziecie u niej różnorodność, a każdy na pewno wybierze dla siebie coś dobrego. Zwłaszcza, że piękne zdjęcia obfotografowanych dań naprawdę działają na kulinarną wyobraźnię.
Przy okazji zdradzę Wam, że Gosia czaruje tak już dwa lata, bo właśnie dzisiaj jej blog obchodzi kolejny rok istnienia w blogosferze.

Ja dałam się zaczarować ziołowym, aromatycznym, suszonym schabem, który na pewno będzie niebawem dojrzewał również w mojej kuchni. Dla Pana R. wybrałam tartaletki z karmelem, soloną czekoladą i pistacjami. A skoro mam w kuchni słój z własnoręcznie ukiszoną kapustą - nie mogłam również nie wskazać dobrze zapowiadających się pieczonych pierogów drożdżowych z kapustą i grzybami.
Pełny indeks dań znajdziecie tutaj, ale koniecznie przejrzyjcie potem przepisy ze zdjęciami :)

A jeżeli przyjemność z jedzenia skutecznie zasłania Wam dieta i zbędne kilogramy – koniecznie zerknijcie do zakładki FITmamma.

Gosiu wszystkiego najlepszego z okazji 2-lecia blogowania
Karolu :*
  

1. Książki, które czytam najchętniej:

Czytając książki rzadko kiedy skupiam się na określonej tematyce czy też autorze. Oczywiście, gdy jakiś autor zasieje we mnie ziarno ciekawości sięgam po jego kolejne dzieła, tak było np. z Markiem Krajewskim, którego wszystkie książki przeczytałam jednym tchem a potem za każdym rogiem widziałam złoczyńców, bo książki bardzo działają na moją wyobraźnię. Czasami, gdy jest mi źle sięgam do literatury lekkiej, łatwej i przyjemnej i po raz kolejny wertuję „Słodkie życie w Paryżu”, wraz z nadejściem wiosny, gdy wszyscy krzyczą „zakochaj się” odkurzam „Spóźnionych kochanków” Wiliama Whartona albo z racji mojej miłości do kuchni, na półkach w księgarni czy bibliotece, odnajduję pozycje z kulinariami w tle.




2. Ulubiona książka kulinarna:

Książki kulinarne to mój nałóg, tak jak notoryczne kupowanie pojedynczych miseczek, pater czy talerzyków. Potem czekają na swoją kolej a ja narzekam, że nie poświęcam im wystarczającą ilość czasu. Kilka kupionych okazało się niejadalnym cukierkiem opakowanym w śliczne złotko, ale większość to pozycje godne polecenia.


Ciężko mi wybrać ulubioną książkę kulinarną, ale nie mam już problemu z wyborem ulubionego autora książek kulinarnych. To Gino D'acampo – mistrz nowoczesnej kuchni włoskiej. Jego publikacje są kwintesencją włoskiej kuchni a przepisy, które testowałam zaliczam do najlepszych. Jest autorem m.in. „Włoskich dań makaronowych”, „Diety Italiana” czy „ Fantastico modern Italian food”. Jego książkę „Fantastico!” uznano za najlepszą włoską książkę kucharską świata i uhonorowano nagrodą Gourmand Word Cookbook w kategorii włoskich poradników kulinarnych, moim zdaniem bardzo zasłużenie :)



3. Książkowe wyznanie:

Zawsze kolekcjonowałam książki i nie mogłam sobie wyobrazić żeby część z nich oddać innym, jednak przy okazji organizacji Opolskiego Pikniku Kulinarnego wpadliśmy an pomysł organizacji akcji „Przeczytałeś – podaj dalej”. Każdy przyniósł swoje książki, które już zostały przeczytane, i tym sposobem osoby, których może nie stać na zakup, mogły wyjść z imprezy z torbami pełnymi książek. Tak sobie myślę, że książka jest po to, aby żyć, aby ją czytać i przekazywać dalej. Co jej przyjdzie 
z leżenia na półce… taką wymianę bardzo serdecznie polecam!


4. Książka, którą czytam obecnie:

I tu jest problem, bo notorycznie zaczynam czytać kolejną książkę, zanim jeszcze zakończę czytanie poprzedniej. I tym sposobem na szafce nocnej oczekują na zakończenie:
1. Steve Jobs – Walter Isaacson 
2. Uczta Babette – Karen Blixen 
3. Po raz kolejny „Potęga podświadomości” – Josefp Murphy
4. Ostatni kucharz chiński - Nicole Mones
5. Powrót nauczyciela tańca – Henning Mankell
6. Żona_22 - Melanie Gideon
7. Rio Anaconda - Wojciech Cejrowski 




piątek, 13 grudnia 2013

Moje Koty Książkowe


W ostatnim wpisie z recenzją książki o kocie Homerze, obiecałam, że pokażę Wam moje koty książkowe. Jako że nie rzucam słów na wiatr – voila! Oto one :)

Na dobry początek domownicy:
Aleks – od początku wykazywał zainteresowanie książkami. Ze mną czytał „Braci Karamazow”. Następnie udał się na samodzielne poszukiwania. Przy okazji – kto powiedział, że na półkach mogą być tylko książki? ;)






Domownik drugi - Misia. Kiedy poszukiwałam kandydatki na siostrę dla Aleksa i przeglądałam zdjęcia fundacyjne oraz z domów tymczasowych – zakochałam się w Misi właśnie z tych poniższych zdjęć. Jeszcze tego samego dnia podjęłam kroki zmierzające do jej adopcji.
Sami widzicie, że u nas ona się świetnie odnajduje – leżakowanie z książką to przyjemne zajęcie – wiedzą o tym nie tylko ludzie ;)




Kalendarz z kotem Simona podpowiada mi, że dzisiaj obchodzony jest Dzień Księgarza. Jakże mogłabym zatem nie wspomnieć o kotach księgarnianych i antykwarycznych?

„Cień wiatru” Carlosa Ruiza Zafona to obowiązkowa lektura każdego mola książkowego. Oprócz ciekawej książkowej fabuły, powieść kryje w sobie również zdjęcia, które kiedyś wykonał Francesco Catala Roca. Między innymi to zdjęcie:


Pierwszym z napotkanych na żywo kotów księgarskich był Dante z Antykwariatu Naukowego na ulicy Szewskiej we Wrocławiu. Zdjęcie wprawdzie pochodzi sprzed 6 lat, ale Dante wciąż tam króluje, ostatnio mając za towarzysza kota Fuko (wcześniej zwanego Fufu).


Drugim był Docent z Leksykonu (który teraz przemianował się na Matras) na warszawskim Nowym Świecie. Docenta możecie kojarzyć z głównego zdjęcia na facebookowym profilu Czytelniczego :)


W Warszawie w księgarni na Bagateli mieszka zaś Rudolf. Do niego akurat nie mam szczęścia. Albo słońce świeci w szybę, albo kota nie ma w witrynie, a jak już jest, to odwraca się grzbietem… A pukać w szybę przecież nie będę...





Skoro już mowa o kotach księgarskich, to warto jeszcze wspomnieć o bibliotecznych. W Noworosyjsku kot Kuzia jest pracownikiem biblioteki na pełen etat. Do jego obowiązków należy spanie, zabawianie czytelników i spacery po salach. Uposażenie przyjmuje w postaci karmy. Więcej tutaj.

Swoją drogą - Koty Książkowe to wcale nie taki młody mariaż. Już nawet w średniowieczu koty interesowały się książkami. Nawet dla potomnych zostawiły cenne rękopisy, o przepraszam – łapopisy ;) Zobaczcie sami.


A jeżeli jeszcze Wam mało kotów – oprócz żywych są jeszcze drewniaki. Też książkowe ;)


A jak wyglądają Wasze Koty Książkowe?
Pamiętajcie o konkursie. Na zdjęcia czekam do niedzieli 22. grudnia.

Pozdrawiam (z Misią siedzącą na biurku)
oczko


środa, 11 grudnia 2013

Zobaczyć niewidzialne. Gwen Cooper - "Odyseja kota imieniem Homer"


„Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam tego kociaka, był maciupeńkim kłębkiem puchu w wyciągniętych dłoniach młodej kobiety. Nie różnił się niczym od innych kociąt, to jest, dopóki nie podniósł łebka i nie zamiauczał – doprawdy imponująco, jak na kilkucentymetrowe (od czubka głowy do końca ogonka) stworzonko.
Chociaż taki malutki, obracał się w kierunku mojego głosu. Właśnie wtedy zobaczyłam jego oczy. Dwutygodniowy podrzutek wyraźnie cierpiał z powodu poważnej infekcji, która z pewnością odebrałaby mu wzrok, jeśli nie życie.” *


Kilka lat temu zapragnęłam mieć kota. To dosyć dziwne, zważywszy, ze przez większość życia byłam zdeklarowaną psiarą dzielącą mieszkanie z upartą jamnicą. Marzenie o kocie udało mi się zrealizować dopiero w 2012 roku, kiedy w pewną kwietniową środę żółtym samochodem w szarym transporterze przybył do nas niebieski Aleksander. Natomiast w tym roku w sierpniu dołączyła do nas mała ciałem, ale wielka duchem biało - czarna Misia. W tej sytuacji chyba nie dziwne, że interesuje mnie wszystko, co kocie? ;) Właśnie dlatego, od momentu, kiedy Shinju – mój Gość w cyklu "Kulinarni czytają" napisała o książce, której autorką jest Gwen Cooper – widziałam, że i ja muszę ją przeczytać.

„Odyseja kota imieniem Homer” to książka (auto)biograficzna. Opisuje 12 lat z życia autorki i jej 3 kotów: Scarlett, Waszti i Homera. Już po tytule łatwo się domyślić, kto jednak z tej trójki jest jej głównym bohaterem.
Homer przez swoje upośledzenie (utrata wzroku) spisany na straty przez innych - wolą życia i walki zawładnął sercem swojej przyszłej „mamy”. Jego adopcja  wiązała się z mnóstwem dylematów. Ale kto ich by nie miał biorąc pod opiekę kota bez oczu? Trudno przecież przewidzieć, w jakim stopniu kot będzie samodzielny i na ile wnętrze samego mieszkania będzie dla niego bezpieczne. W tym przypadku pozostawała jeszcze kwestia dwóch rezydentek i ich wola akceptacji nowego mieszkańca.
Ku zdumienia Cooper – Homer od samego początku radzi sobie doskonale. Kot będąc ślepym od urodzenia – zapewne nie zdaje sobie sprawy, że natura poskąpiła mu jednego zmysłów. Sprawiła jednak, że koci wyczulony słuch i wibrysy pozwoliły mu samodzielnie funkcjonować w niewidocznym świecie.

Książka jest hołdem dla kota, który zaskakuje nie tylko właścicielkę i ludzi, którzy zetknęli się z Homerem. Jest również świadectwem motywacji, którą nieświadomie zaszczepił w Gwen mały, niewidomy kociak. Jego silny charakter nie tylko skłonił ją do podwyższenia poprzeczki na gruncie zawodowym, ale również pobudził do większej odpowiedzialności, samodzielności i odwagi. I nie – książka wbrew zapowiedzi na okładce – wcale nie jest romansem. Wątek miłosny autorki jest niejako dopełnieniem wykonanego szeregu małych kroków od decyzji o adopcji Homera, przez poszukiwania pracy, regres związany z koniecznością ponownego zamieszkania z rodzicami, po przeprowadzkę do Nowego Jorku, zamach na WTC i nawiązywania świadomych relacji z innymi ludźmi.

„I nagle przyszła mi do głowy kolejna prawda, której nauczyłam się od Homera: czasem, żeby zdobyć coś, czego pragniesz, musisz wykonać skok w ciemno.
To od Homera pochodziła większość moich wniosków na temat związków z mężczyznami w ciągu ostatnich kilku lat. To dzięki niemu zrozumiałam, że miłość jednej osoby, która w ciebie wierzy i w którą ty także wierzysz, może natchnąć cię do zupełnie nieprawdopodobnych rzeczy.” **


Najbardziej emocjonującymi dla mnie fragmentami książki były pierwsze dni Homera w nowym domu oraz nowojorski 11. września 2001 r. i te kilka kolejnych ciężkich dni po zamachu. Natomiast niezłym smaczkiem są motta zaczerpnięte z "Odysei" Homera, które poprzedzają każdy z rozdziałów i współgrają z ich treścią.


Gdybym nie miała  kotów - zapewne zazdrościłabym autorce emocjonalnej więzi, jaka połączyła ją z Homerem. Sama jednak z własnego doświadczenia wiem, jak ciekawe może być życie z kotem pod jednym dachem. Tym milej czytało mi się tę książkę. Gorąco polecam nie tylko kociarzom.
Tutaj i tutaj możecie natomiast zobaczyć jak wygląda autorka i oczywiście Homer :)


Przy okazji zapraszam do fotograficznego konkursu pn. "Koty książkowe", w którym nagrodą jest recenzowana książka. 
Interpretacja tematu jest dowolna, ważne, aby na zdjęciu pojawił się kot i książka - łącznie. Powyższe zdjęcie jest przykładem. W piątek zapraszam po więcej książkowych kotów :) Oprócz Misindy, będzie również Aleks i kilka bardziej lub mniej znanych kotów ;)
Na Wasze zdjęcia czekam do niedzieli 22. grudnia  do godz. 23.59. Zwycięzcę (subiektywny wybór) ogłoszę 25. grudnia. Spośród nadesłanych zdjęć nagrodzę jedno, ale opublikuję wszystkie zdjęcia. Stąd prośba, aby w treści maila (mój adres: zemfiroczka@gmail.com) napisać wzmiankę o zgodzie na publikację zdjęcia na Czytelniczym. Zapraszam i proszę – udostępnijcie link o konkursie innym kociarzom :)


„„Odyseja Homera” bez wątpienia będzie znaczyła co innego dla różnych osób. Mnie ta bardzo osobista przygoda zawsze przypomina do czego zdolna jest medycyna weterynaryjna w połączeniu z idealizmem młodości. A także o tym, że weterynarz, kochający opiekun i jeden niepoddający się pacjent potrafią razem wszystko.
Historia Homera przeznaczona jest dla wszystkich, abyśmy ją sobie wzięli do serca.” 
(z Przedmowy - Patricia Khuly, VMD, MBA)

_________
*, ** Gwen Cooper - "Odyseja kota imieniem Homer", wyd. Prószyński i s-ka
Recenzja bierze udział w wyzwaniu: Czytamy powieści obyczajowe


poniedziałek, 9 grudnia 2013

Zakup kontrolowany. Wymienialnia Książek w Kordegardzie


Nie jestem typem chomika. Nie gromadzę nadmiaru przedmiotów. Często robię przegląd stanu posiadania i dzielę rzeczy na te, które chcę zatrzymać oraz na te, z którymi już związana nie jestem. W ten sposób ubrania, których już nie noszę, bo są za duże/za małe, bo już mi się nie podobają, bo ich nie założyłam przez ostatnie pół roku – lądują do worka, który potem przeznaczony jest na zbiórkę (szczęśliwie odbiór ich jest dość często, ewentualnie zawsze jeszcze pozostaje kontener PCK). Przedmioty natomiast lądują na gumtree lub allegro. 

Podobnie jest z książkami. Jeżeli jakiś egzemplarz z księgozbioru nie jest dla mnie ani pożyteczny, ani ciekawy, ani nawet sentymentalny – po przeczytaniu przeznaczam go na sprzedaż, wymianę lub oddaję komuś chętnemu. Nie wychodzi mi to tylko z niepotrzebnym już stosem kilku roczników magazynu Kuchnia, dla którego bezskutecznie szukam nowego właściciela.

Wymiana książek (oprócz, rzecz jasna - prezentów) to jest to, co lubię najbardziej w kontekście powiększania domowej biblioteki. Wiąże się z elementem zaskoczenia („co znajdę ciekawego i czy w ogóle znajdę?”) i jest bardzo ekonomiczną formą gromadzenia książek. To proste – oddaję książki, których już nie potrzebuję, a w zamian zabieram te, które mnie zainteresują.

Sobotnie wydarzenie w Kordegardzie, to moja kolejna udana wymiana po Targach Książki Kulinarnej i Drugim Obiegu Książki w Herba Berba (tam udało mi się wymienić największą do tej pory ilość książek).

Tak to wyglądało na miejscu:



Do Kordegardy zaniosłam trzy książki i z trzema innymi egzemplarzami wyszłam z galerii. Zainteresowanie wymianą było spore - tym lepiej, bo jest większa szansa na rotację książek.

Oto książki, które wróciły ze mną do domu:


Na kolejną wymianę również się piszę. Wy też zróbcie „wietrzenie półek” i przyjdźcie na Krakowskie Przedmieście już za dwa tygodnie, w sobotę 21. grudnia :)

A  może sami też znacie jakieś miejsca, w których można wymieniać książki? Pochwalcie się tutaj.

_______________________________
Galeria Kordegarda, Warszawa - ul. Krakowskie Przedmieście 15/17 (vis-à-vis Pałacu Prezydenckiego); terminy kolejnych wymian warto śledzić za pośrednictwem FB


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...