sobota, 31 maja 2014

Z okazji Dnia Dziecka. Ewa Świerżewska i Jarosław Mikołajewski - "Co czytali sobie, kiedy byli mali"

„JM: Natura pamięci. Pierwszą reakcją rozmówców były zgoda i przekonanie, że to będzie łatwa rozmowa. Drugą: nie pamiętam. Trzecią: radość ponownego odkrycia, a nawet zdziwienie, że dotyczy ono tak bogatego obszaru.
EŚ: Mnie zdziwiło, jak wiele tytułów, niezależnie od wieku rozmówców, się powtarza. Wygląda na to, że coś takiego jak kanon literatury, także tej dla dzieci istnieje i ma się całkiem dobrze.”


Zadziwiająca jest pamięć dziecka. Czasami zapamiętujemy z najmłodszych lat rzeczy, które nie są szczególnie dla nas istotne. Niekiedy zaś staramy się usilnie wyciągnąć coś z jej czeluści, a trafiamy tylko na marne szczątki. 
Jak dziś pamiętam, kiedy mając trzy lata wylałam na siebie talerz gorącej zupy szczawiowej (mimo to jest nadal moją ulubioną). Pamiętam nawet, że przedtem mama przestrzegała, żeby uważać, bo zupa jest gorąca. Tak samo, jak pamiętam to, że byłam wtedy ubrana w ogrodniczki w kolorowe pionowe paski. 
Wywołuję z pamięci moment, kiedy pierwszy raz przeczytałam całą stronę jednej z bajek z serii „Poczytaj mi mamo”, ale nie pamiętam, jaki był jej tytuł. Gdyby nie to, że dość lekkomyślnie oddałam kiedyś swoje zbiory do szkolnej biblioteki (nad czym utyskiwałam przy okazji wpisu o ilustracjach w książkach dla dzieci) – pewnie udałoby mi się odtworzyć całość. Pamiętam za to, jaka byłam dumna z nowej umiejętności – natychmiast przybiegłam ze swojego pokoju do kuchni, aby pochwalić się tym mamie.
I choć nie pamiętam tytułu pierwszej samodzielnie przeczytanej bajki, wiem za to, która książka otrzymała miano „pierwszej wypożyczonej z biblioteki”. Tak, to właśnie „Czarna owieczka”, która zapisana została na karcie biblioteki szkolnej. Udało mi się ją po latach zakupić na kiermaszu we wrocławskiej bibliotece przy ulicy Parkowej.

Czytając „Co czytali sobie, kiedy byli mali?” wielokrotnie kiwałam głową i uśmiechałam się pod nosem, odnajdując cechy wspólne. O tak – ja też czytałam pod kołdrą z latarką w dłoni, też zachwycałam się pomarańczową encyklopedią (u koleżanki Kasi P., bo w domu jej nie mieliśmy), sama po latach próbuję odtwarzać swój księgozbiór, a  mój szacunek do książek zabrania mi zaginania im rogów.


To, na co zwróciłam szczególną uwagę w tej książce, to fakt, że dla wielu pierwszym lektorem była babcia i inni członkowie rodziny, którzy wprowadzali młode pokolenie w świat literatury. Zazdroszczę im tego i żałuję, że ja te ścieżki musiałam wydeptać samodzielnie. 

Pokolenie dzisiejszych 30, 40, 50 – latków i dalej, bohaterów tej publikacji było zgodne, co do tytułów ulubionych książek: powieści Sienkiewicza, Tomki Szklarskiego, książki indiańskie, „Dzieci z Bullerbyn”, Tuwim, Brzechwa i seria Pana Samochodzika. Tak, te cztery ostatnie czytałam i ja, Sienkiewicza też trochę, pozostałe zaś nie leżały w kręgu moich młodych czytelniczych zainteresowań. Tym bardziej „Serce” Amicisa, o którym, do czasu lektury tych wywiadów – nie miałam pojęcia. Ale jak stwierdziła Julia Hartwig: „Przyczyny, dla których jakaś książka trafia do nas lub nie, ocierają się o tajemnicę” (s 113)

Czy trafialiście, jak bohaterzy rozmów, na biblioteczne książki obłożone w szary papier? W moich bibliotekach zdarzały się one już naprawdę bardzo sporadycznie, przeważała przezroczysta folia. Za to do bibliotek z opóźnieniem wkraczała informatyzacja, dlatego przez długi czas korzystania z ich zbiorów - w bibliotecznych książkach znajdowały się karty wypożyczeń.

Co czytałam sobie, kiedy byłam mała? Przede wszystkim książki: Ewy Szelburg – Zarembiny, Wandy Chotomskiej, Juliana Tuwima i Jana Brzechwy, baśnie skandynawskie i Andersena. Później była jeszcze Hanna Ożogowska, Adam Bahdaj, Edmund Nizurski i Zbigniew Nienacki . Lubiłam też słuchać u koleżanki Justyny "Pchły Szachrajki" - to był mój pierwszy audiobook puszczany z kasety magnetofonowej ;)


A dlaczego polecam tę książę? Co jest takiego fajnego w rozmowach Ewy Świerżewskiej i Jarosława Mikołajewskiego ze znanymi Polakami? Otóż samą przyjemnością jest poczytać, co w dzieciństwie interesowało innych i jaki wpływ miały dziecięce lektury na ich dorosłe życie.


Najbardziej spodobał mi się wywiad z Bohdanem Butenką, który rysował swoje obrazki w zeszytach szkolnych, opowieść Michała Rusinka o tym, co ma wspólnego książka z piszingerem („Czy książki w Pana rodzinnym domu służyły wyłącznie do czytania? Oczywiście, że nie. W moim domu książki służyły do produkcji piszingera – wafle trzeba było przygnieść.” s 217) i wyznanie Grzegorza Turnaua, że „do dziś rozmawia z kolegą gitarzystą cytatami z Niziurskiego".


Książce przyznaję szkolną szóstkę: zarówno za tok narracji, jak i za oprawę graficzną – świetne portrety rozmówców (które narysował Daniel de Latour), doskonale połączone z tekstem zdjęcia z rodzinnych archiwów, a także skomponowane z ilustracjami ze starych wydań omawianych książek i bajek. 
Książka utrzymana jest w niewydumanym i pozbawionym mędrkowania starszego pokolenia, o czasach swojej młodości, stylu językowo – obrazowym. 

Będę do niej wracać pewnie jeszcze wielokrotnie. A Wam na zachętę podaję kilka wybranych z niej cytatów:

„Czym we wspomnieniach z dzieciństwa są dla Pani książki – bardziej treścią, czy przedmiotem?
To jest połączone. Fascynujące w czytaniu jest to, że tekst przetwarzany w wyobraźni owocuje obrazami, a drugiej strony są ilustracje, które wzbogacają tekst.
Ale tak, jak wspomniałam wcześniej, książki są przede wszystkim podpowiedzią – jak się poruszać w świecie i jakim być człowiekiem. Dlatego tak ważne jest, by dzieci czytały dużo wartościowych książek, bo w nich zawarta jest ogromna mądrość życiowa, która przyswaja się wraz z lekturą – z przyjemnością i niepostrzeżenie.” (Aga Zaryan;  s 309)


Dla mnie książka to przedmiot ze stronami, zapachem, drukiem, ilustracjami. Ktoś mówi, że w tablecie można przewieźć tysiąc dwieście książek, a w walizce, tak normalnie, to ze trzy. No, ale przecież nikt nie przeczyta tysiąca dwustu książek na wakacjach, a trzy – owszem.” (Kazik Staszewski; s 241)


„Kiedyś brałem udział w jakimś konkursie w czasie imprezy mikołajkowej środowiska dziennikarzy – nie pamiętam dokładnie, czy trzeba było coś wyrecytować, czy też zrobić coś innego. W każdym razie tak się złożyło, że wygrałem, no i bardzo się ucieszyłem. Prowadzący wręczył mi nagrodę: książkę „O królu Arturze i Rycerzach Okrągłego Stołu” Rogera Lancelyna Greena – w ciemnozielonej podłużnej okładce. Na co ja tylko spojrzałem, powiedziałem: 'Już mam' i oddałem. Wówczas ten facet się do mnie nachylił i mówi: 'Bierz gówniarzu, nie ma innej'.” (Michał Rusinek; s 221)


„Czy ma Pan jeszcze jakieś czytelnicze obyczaje o znamionach nerwicy?
Owszem, niedoczytywanie książek.
Z nudów?
Przeciwnie, z nadmiaru oczekiwań. Wciągają mnie, aż nagle pojawia się lęk, że koniec będzie gorszy, niżbym się tego spodziewał. Dlatego świadomie nigdy nie skończyłem 'Anny Kareniny'”. (Grzegorz Turnau; s 254)


„Pyta mnie pan o moje dzieciństwo, i takie wspomnienia mają oczywiście swoją siłę, ale to wszystko zaciera się i blednie wobec wzruszeń, które budzi własne dziecko. Szliśmy na przykład z córką któregoś wieczoru, a ona nagle podnosi główkę, patrzy na gwiazdy i pyta: Tato, a co to są te światełka? A ja nagle zdałem sobie sprawę, że właśnie córka pyta mnie o kosmos, i że jestem bezbronny wobec takiego pytania.” (Janusz Gajos;  s 106)



Wszystkiego najlepszego z okazji jutrzejszego Dnia Dziecka ;)



6/6
__________________________
Wszystkie cytaty: „Co czytali sobie, kiedy byli mali” rozmowy Elżbiety Świerżewskiej i Jarosława Mikołajewskiego, Biblioteka Gazety Wyborczej, Literacki Egmont

PS. Moim zdaniem zdecydowanie lepiej brzmiałby tytuł w szyku następującym: „Co sobie czytali, kiedy byli mali”

Recenzję dodaję do czytelniczego wyzwania: Polacy nie gęsi, czyli czytamy polską literaturę


środa, 28 maja 2014

Varia: majowy wysyp nagród literackich

Maj to nie tylko Warszawskie Targi Książki, zakupy, spotkania z autorami i tłumy ludzi ;)
To również nagrody literackie – zarówno te, które się wręcza, ale również nominacje. Dzisiaj będzie właśnie o nich.


Po pierwsze: 
ogłoszono zwyciężczynię Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki. Nagrodę otrzymała szwedzka autorka Elizabeth Asbrink (oraz Irena Kowadło - Przedmojska za przekład) za książkę "W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa".


Pomimo tego, że Asbrink była jedną z moich faworytek - żałuję, iż ponownie wygrał autor zagraniczny (tutaj o nagrodzie z 2013 r.). Bardziej cieszyłabym się z nagrody dla Filipa Springera za „Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach" lub fenomenalne „Skrzydło anioła. Historia tajnego ośrodka dla koreańskich sierot” Jolanty Krysowatej, które właśnie czytam. 

Niemniej jednak - nagrodzoną książkę już od dłuższego czasu mam na swojej liście lektur obowiązkowych.



Po drugie: 
ogłoszono 20 nominacji do Nagrody Nike 2014 r. Pośród nich wytypowano osiem powieści, pięć tomów wierszy, trzy reportaże, dwa tomy esejów, autobiografię oraz dziennik.

Lista nominacji przedstawia się następująco:

Powieści
"Ostatnie rozdanie" Wiesława Myśliwskiego 
"Ludzka rzecz" Pawła Potoroczyna (W.A.B.) 
"Nocne zwierzęta" Patrycji Pustkowiak (W.A.B.)
"Ości" Ignacego Karpowicza (WL) – książka została uhonorowana tegoroczną  Nagrodą Literacką m.st. Warszawy w  kategorii „Literatura piękna – proza” (o czym wspomniałam tutaj)
"Małe lisy" Justyny Bargielskiej (Czarne) 
"Szczęśliwa ziemia" Łukasza Orbitowskiego (Sine Qua Non)
"Wiele demonów" Jerzego Pilcha

Poezja
"Nadjeżdża" Szymona Słomczyńskiego (Biuro Literackie). 
"Echa" Wojciecha Bonowicza (Biuro Literackie)
"Skarb piratów" Xawerego Stańczyka (Lampa i Iskra Boża)
"Rozmowy z głuchym psem" Dariusza Foksa (Dom Literatury w Łodzi)
"Jeden" Marcina Świetlickiego (EMG)

Reportaż
"Przyjdzie Mordor i nas zje" Ziemowita Szczerka (Korporacja Ha!art) - moja recenzja tutaj
"Bukareszt. Kurz i krew" Małgorzaty Rejmer (Czarne)
"Gogol w czasach Googla" Wacława Radziwinowicza (Agora) 

Esej
"Wiedeń 1913" Piotra Szaroty (słowo/ obraz terytoria) 
"Nie ma ekspresów przy żółtych drogach" Andrzeja Stasiuka (Czarne) - moja recenzja tutaj

Autobiografia
"Zajeździmy kobyłę historii. Wspomnienia poobijanego jeźdźca" Karola Modzelewskiego (Wydawnictwo Iskry)

Dziennik
"Drugi dziennik" Jerzego Pilcha (WL, Kraków)

Trzy uwagi do Nike:
1. Po raz pierwszy w historii Nagrody Nike ogłoszono nominację dla autobiografii
2. Po raz pierwszy w historii nagrody ten sam autor otrzymał dwie nominacje za dwie różne książki ( Jerzy Pilch )



Po trzecie: 
ogłoszono finalistki trzeciej edycji Nagrody Literackiej dla Autorki Gryfia 2014 przyznawanej przez "Kurier Szczeciński”. W gronie nominowanych znalazło się pięć książek:

"Kochałam, kiedy odeszła" Anny Augustyniak, 
"Papusza" Angeliki Kuźniak, 
"Dziunia" Anny M. Nowakowskiej, 
"Bukareszt. Kurz i krew" Małgorzaty Rejmer 
"Ciemność. Resort SPA" Katarzyny Ewy Zdanowicz 

Laureatkę Gryfii poznamy 28 czerwca.



Po czwarte: 
Kapituła Nagrody Literackiej Gdynia 2014 wyłoniła nominowanych w czterech kategoriach:

Poezja
1. Darek Foks, "Rozmowy z głuchym psem", Dom Literatury w Łodzi,
Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi, Łódź
2. Szczepan Kopyt, "Kir", Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i
Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, Poznań
3. Joanna Roszak, "Ladino", Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, Poznań
4. Michał Sobol, "Pulsary", Wydawnictwo Nisza, Warszawa
5. Marcin Świetlicki, "Jeden", Wydawnictwo EMG, Kraków

Proza
1. Krzysztof Jaworski, "Do szpiku kości. Ostatnia powieść awangardowa",
Biuro Literackie, Wrocław
2. Andrzej Muszyński, "Miedza", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec
3. Jerzy Pilch, "Wiele demonów", Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa
4. Paweł Potoroczyn, "Ludzka rzecz", Wydawnictwo W.A.B., Warszawa
5. Patrycja Pustkowiak, "Nocne zwierzęta", Wydawnictwo W.A.B., Warszawa

Eseistyka
1. Jan Balbierz, "A propos inferna". Tradycje wynalezione i dyskursy nieczyste w kulturach modernizmu skandynawskiego, Wydawnictwo Universitas, Kraków
2. Ewa Graczyk, "Od Żmichowskiej do Masłowskiej. O pisarstwie w nadwiślańskim kraju", Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk
3. Michał Książek, "Jakuck. Słownik miejsca", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec
4. Wojciech Nowicki, "Salki", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec
5. Arkadiusz Żychliński, "Wielkie nadzieje i dalsze rozważania", Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań

Przekład na język polski
1. Wawrzyniec Brzozowski, "Pamiętniki króla Stanisława Augusta. Antologia", autor oryginału Stanisław August Poniatowski, Muzeum Łazienki Królewskie w Warszawie, Warszawa
2. Jerzy Czech, "Wdrapałem się na piedestał. Nowa poezja rosyjska", wybór wierszy szesnastu poetów rosyjskich, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec
3. Ryszard Engelking i Tomasz Swoboda, "Śnienie i życie", autor oryginału Gérard de Nerval, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk
4. Grzegorz Franczak i Aleksandra Klęczar, "Poezje wszystkie", autor oryginału Katullus, Wydawnictwo Homini, Kraków
5. Ryszard Krynicki, "Psalm i inne wiersze", autor oryginału Paul Celan, Wydawnictwo a5, Kraków

Zwycięzców poznamy 28 czerwca.



Po piąte: 
ogłoszono finalistów drugiej edycji Nagrody Poetyckiej im. W. Szymborskiej:

Wojciech Bonowicz – „Echa” (Biuro Literackie)
Jacek  Dehnel – „Języki obce” (Biuro Literackie)
Mariusz Grzebalski – „W innych okolicznościach” (Wydawnictwo EMG, tomik zwyciężył w tegorocznej edycji wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius w kategorii Książka Roku)
Julia Hartwig – „Zapisane” (Wydawnictwo a5) 
Michał Sobol – „Pulsary” (Wydawnictwo Nisza)

Ogłoszenie laureatów nastąpi 25 października.



Po szóste: 
17 maja ogłoszono tegorocznych laureatów Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius

Nagrodę główną za całokształt twórczości otrzymał Dariusz Foks. 

W kategorii Książka Roku zwycięzcą został Mariusz Grzebalski za tomik „W innych okolicznościach” .


Nagrodę za najlepszy debiut wręczono Martynie Buliżańskiej za tomik „Moja jest ta ziemia” (Biuro Literackie) 







poniedziałek, 26 maja 2014

V Warszawskie Targi Książki - garść wrażeń po wydarzeniu

Było – minęło, a mnie jakoś szkoda, że się skończyło, bo V Warszawskie Targi Książki były fantastyczne. 
W piątek dziwiłam się, że w południe w dzień roboczy pojawiło się sporo ludzi. W sobotę to już było naturalne. Z niemałym trudem przedzierałam się przez tłumy, aby dojść do interesujących mnie stoisk i autorów. A w niedzielę, w którą to spodziewałam się apogeum - te tłumy jakby zelżały, mimo że teoretycznie właśnie w ostatni dzień targów powinno się pojawić najwięcej zainteresowanych.

Płyta w piątek

Płyta w sobotę

W piątek zrobiłam sobie rekonesans. Przeszłam całą promenadę, zorientowałam się (mniej, niż więcej ;)), gdzie są usytuowane stoiska interesujących mnie wystawców. A na koniec spotkałam się z przesympatyczną Elżbietą Cherezińską, której „Korona śniegu i krwi” została moim faworytem w zestawieniu lektur z ubiegłego roku.





Wielka Litera to mój zdecydowany faworyt w kwestii aranżacji swojego stoiska

W sobotę zaczęło się na dobre. Na miejscu pojawiłam się tuż przed otwarciem i nie byłam w tym jedyna ;) Mój drugi dzień Targów był głównie dniem spotkań.


Rozpoczęłam od interesującej rozmowy Justyny Czechowskiej z Filipem Springerem o jego „Zaczynie”, Hansenach i architekturze.


Filip Springer teorię architektury poniekąd nabył podczas samochodowych przejażdżek ze znajomym architektem. Ale temat tego, co nas otacza w betonowej dżungli na tyle go pochłonął, że z teorii próbuje wysnuć wnioski i zrozumieć twórców architektury, którzy kreowali naszą przestrzeń kilka dekad wcześniej. 
Fantastyczne spotkanie z bardzo merytoryczną rozmową, która odbywała się w ramach Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki (o tegorocznej nagrodzie będzie w osobnym wpisie).


Również w sobotę odbyłam bardzo miłe, tym razem prywatne, spotkanie z Krzysztofem Spadło – autorem „Skazańca”, którą to książkę wciąż Wam gorąco polecam. Rozmawialiśmy m.in. o kontynuacji „Skazańca”, o więzieniach, o self-publishingu i o tym, że jednorodny stos książek nie zawsze jest fortunnym meblem w małym mieszkaniu ;) Krzysztof, serdecznie dziękuję za spotkanie i prezent :)


Czas na spotkanie kolejne – z Michałem Witkowskim w ramach promocji jego najnowszej książki „Zbrodniarz i dziewczyna”. Nie ukrywam, że na to spotkanie poszłam z ciekawości dla samej osoby autora. Nie przeczytałam jeszcze żadnej jego książki, a ostatnimi czasy głośno o nim nie tylko w kontekście literatury, ale również stylu bycia. Media kreują go jako celebryckiego modowego błazna, więc chciałam sprawdzić, jakie to ma przełożenie do rzeczywistości. Faktycznie Witkowski ma specyficzny styl bycia, ale jest na tyle sympatyczny i rzeczowy, że przekonał mnie do tego, aby zapoznać się z jego książkami.


Zdobyłam również autografy, a przy tym odbyłam krótkie pogawędki. Z Sylwią Chutnik rozmawiałam o „Mundrym” spotkaniu w Feminotece, z Katarzyną Drogą o tym, że sagi rodzinne czytają nie tylko starsi wiekiem czytelnicy, z Jolantą Krysowatą o Korei Północnej, a z Jackiem Hugo – Baderem o... „Kiciach” ;) i kolejkach.

Słoneczko za "Oczko" ;)

A propos – nie zdarzyło mi się jeszcze stać w półgodzinnej kolejce do autora po autograf. Ale nie dziwię się tłumu chętnych – ten autor naprawdę świetnie pisze.

Jacek Hugo-Bader siedział na stoisku za tym pomarańczowym punktem.
Zwróćcie uwagę na pieczątkę ;)

A w niedzielę, zupełnie przypadkowo, przy stoisku, w którym swoje „Znaki szczególne” podpisywała Paulina Wilk – spotkałam Natalię. Natalia przyniosła autorce protokół z naszego piątkowego Sabatu Czarownic, czyli booklubu, na którym tym razem dyskutowaliśmy właśnie o książkowych i naszych „Znakach szczególnych”. Tutaj zapoznacie się ze skrótem rzeczonego.

Natalia towarzyszyła mi w pielgrzymkach ;) po autografy do: Joanny Bator, Grażyny Plebanek, Przemysława Wechterowicza i Marty Ludwiszewskiej.




Okazuje się, że „Oczko” - ksywka, którą mam już ponad ćwierć wieku jest dość charakterystyczną. Na ten przykład Joanna Bator dzięki temu zapamiętała, że już jakiemuś oczku kiedyś pisała dedykację.

Ten rysunek z Japończykiem po lewej został narysowany na poczekaniu przez autora ilustracji do "Rekina..." - Przemysława Trust Truścińskiego.

„Oczko” generalnie było poruszanym tematem na każdym ze spotkań z autorami, których autografy udało mi się uzyskać. Również kucharz stadionowej restauracji napomknął, aby nie rzucać okiem do jedzenia ;) z czego uśmiałyśmy się obie z Natalią.


Ech! Naprawdę żałuję, że tegoroczne Targi dobiegły już końca. Na przyszły rok mam plan zaopatrzenia się w skarbonkę, która będzie moim funduszem na szalone książkowe zakupy i w emerycką torbę na kółkach (tudzież torbę bagażową – również na kółkach), aby te kilogramy papieru nie targać (sic!) na zbolałych ramionach ;)
Natalia, wielkie dzięki za sympatyczne towarzystwo :)



Jeżeli dotrwaliście do tego momentu wpisu, to szczerze Wam gratuluję i nie nadużywając cierpliwości - kończę ten przydługi wywód ;)

Chętnie jednak tym razem ja poczytałabym o Waszych targowych wrażeniach. Byliście? Z czym wróciliście do domu? :)


Pozdrawiam
oczko


sobota, 24 maja 2014

Kulinarni czytają. Mirka - Gotowanie pod gruszą

Dzisiaj w cyklu „Kulinarni czytają” przedstawiam Wam Mirkę i jej blog „Gotowanie pod gruszą”.
Mirka właśnie przeprowadziła się za ocean, i jak tylko znalazła chwilę czasu – podzieliła się opowieściami o swoich książkach. Ale zanim o tym więcej opowie ona sama, ja Wam przedstawię jej blog.

„Gotowanie pod gruszą” jest zbiorem przepisów na dania słodkie i wytrawne. Szczególną jednak uwagę chcę zwrócić na Tag „Kuchnia irańska”. Ten rodzaj kuchni dość rzadko spotyka się na polskich blogach kulinarnych, dlatego warto przejrzeć propozycje Mirki. 
Inną ciekawostką są smażone ciastka, a wśród nich m.in.: niemieckie Futjes i żydowskie Fritelle de Hanukkah. 
A na koniec, coś na co właśnie zaczyna się sezon – domowe lody :) 

I taka ciekawostka – wpisy na blogu Mirki poprzedzają kuchenne aforyzmy. Wczytajcie się w nie – niektóre są naprawdę niezłe :)

Po resztę przepisów zapraszam na „Gotowanie pod gruszą”

Mirko, dziękuję za udział w cyklu i bardzo szybką odpowiedź :)


1. Książki, które czytam najchętniej:

Najchętniej czytam książki historyczne (ulubieni pisarze to Umberto Eco – uwielbiam książkę „Baudolino” oraz Arturo Pérez-Reverte, szczególnie lubię „Przygody kapitana Alatriste”), biografie (najlepiej z dużą ilością starych fotografii, które po prostu uwielbiam) oraz fantastykę (na pewno na czele z Andrzejem Sapkowskim). Chociaż bardzo lubię również niektóre kryminały (szczególnie Marka Krajewskiego, ze względu na historyczne tło oraz opis mojego ukochanego Wrocławia), science-fiction, powieści obyczajowe. Sięgam również po klasykę literatury w stylu na przykład „Madame Bovary” Flauberta, głownie w celach poznawczych. Lubię też czytać wywiady, najchętniej z osobami zaangażowanymi w ważne wydarzenia historyczne, jak np. Marek Edelman. Nie czytam poradników, reportaży oraz romansów, przynajmniej obecnie, pewnie kiedyś coś z tej kategorii przeczytałam, skoro stwierdziłam, że mi się nie podobają. Moje zbiory są obecnie dosyć skromne, ponieważ ze względu na liczne przeprowadzki w ostatnich latach nie kupowałam wielu książek, a część znajduje się w piwnicy u mamy.


Może kiedyś uda mi się połączyć je wszystkie w jedną kolekcję. Uwielbiam za to biblioteki i gdziekolwiek się przeprowadzę zaraz kieruje kroki właśnie w kierunku biblioteki. Nie wszystkie książki, które się czyta warto kupować, bo raczej się do nich nie wróci w przyszłości. Poza tym czasami brak miejsca. Natomiast są książki bez których nigdzie się nie ruszam (przeprowadzam), jak na przykład saga wiedzmińska czy śląska Sapkowskiego, ponieważ wracam do tych książek regularnie.


2. Ulubiona książka kulinarna:

Mój zbiór książek kulinarnych nie jest bardzo duży z wyżej wspomnianych powodów oraz z powodu kosztów ich zakupu.


Zazwyczaj wypożyczam książki kulinarne w bibliotece i skanuję interesujące mnie fragmenty (interesują mnie głównie przepisy, nie interesuję się fotografią kulinarną), ale jeżeli jakaś bardzo mi się spodoba to w końcu też ją kupuję. Lubię kupować książki kulinarne na wyprzedażach. Jedną z moich ostatnio ulubionych książek jest „Food of Life: Ancient Persian and Modern Iranian Cooking and Ceremonies” Najmieh Batmanglij, która nie tylko jest świetnym źródłem przepisów, ale i informacji o kulturze Iranu.


Niezmiennie od kilku lat korzystam z książki „W staropolskiej kuchni i przy polskim stole” Marii Lemnis oraz Henryka Vitry. Książka już właściwie się rozpada, ale nie mogę się bez niej obejść. 


3. Książkowe wyznanie:

Jako dziecko bardzo lubiłam czytać książki, takie jak „W Pustyni i w Puszczy” oraz „Przygody Tomka” Alfreda Szklarskiego. Potem zafascynowałam się kulturą Indian i moja ulubioną książką była książka „Złoto Gór Czarnych” Szklarskiego, ale przeczytałam wszystko o tej tematyce co było w tamtych czasach dostępne na rynku, czyli na przykład „Gwiazda Mohawka”, „Fort nad Athabaską”, itp. Potem przyszedł czas na pierwsze opracowania historyczne o tej tematyce, czyli np. „Pochowaj me serce w Wounded Knee” Dee Browna (świetna książka, muszę do niej wrócić). Wszystkie te książki wciąż posiadam, ale na razie znajdują się w piwnicy u mamy :) Jednocześnie namiętnie czytałam „Anię z Zielonego Wzgórza”, prawie znam tą książkę na pamięć. Mam do niej sentyment, ponieważ jest to pierwsza „duża” książka, którą sama przeczytałam. Pamiętam do dziś, jak na początku trudno było mi skończyć czytać pierwszą stronę. 


4. Książka, którą czytam obecnie:

Obecnie czekam na przesyłkę kilku polskich książek i w międzyczasie wypożyczyłam z biblioteki kryminał Jo Nesbo „Wybawiciel” (o autorze słyszałam, ale jak do tej pory nic nie czytałam) w języku angielskim.


Mimo, że mogę czytać zarówno po angielsku, jaki i po polsku, to jednak czytanie po polsku jest dla mnie znacznie przyjemniejsze i bardziej relaksujące. Po angielsku czytam zazwyczaj jakieś kryminały, bo nie trzeba się tutaj tak skupiać na słowach, a raczej na akcji. 



piątek, 23 maja 2014

V Warszawskie Targi Książki - kilka słów w trakcie

Na dworze patelnia, w tramwaju sauna, a na Narodowym przyjemny chłód, mimo że to nie lodówka ;)
I oto stoję u bram twoich i widzę napływających ludzi. 


Ano właśnie! Drugi dzień Targów, dzień, jakby nie było roboczy, samo południe, a ludzi mimo to sporo. Albo wszyscy, jak i ja  wzięli z okazji Targów urlop, albo to byli sami wolni strzelcy i emeryci ;)
W związku z tym, że przewinęło się ich od wczoraj sporo, to wykupili mi mapę Beskidu Niskiego, którą bardzo potrzebuję. Całe szczęście, stoisk podróżniczych było kilka.

Dzisiejsza wizyta to był rekonesans przed wyjściami weekendowymi połączony ze spotkaniem z Panią Cherezińską. Zysk i S-ka narobili mi nadziei, że na Targach zakupię kontynuację „Korony śniegu i krwi”, a tymczasem autorka powiedziała, że książka ukaże się dopiero w czerwcu, bo jeszcze trwają prace redakcyjne. I tym sposobem ze stoiska wydawnictwa odeszłam z autografem autorki, który poprzedziła miła z nią krótka pogawędka i z wciąż bogatszym portfelem z uwagi na brak zakupu książki ;)


Co jeszcze dzisiaj? Wyjątkowo wzięłam aparat (ciężko!) i zrobiłam kilka zdjęć stoisk, które przedstawię w poniedziałek. A poza tym wróciłam z trzema książkami, jedną mapą i apetytem na kolejne dwa dni. 




Więcej o Targach będzie w poniedziałek ;)


środa, 21 maja 2014

V Warszawskie Targi Książki - kilka słów przed wydarzeniem

Rozmawiałam ostatnio z Panem R. o czytelnictwie. Doszliśmy do wniosku, że trąbienie na alarm o tym, jakoby Polaków nie interesowały już książki - jest jednak trochę na wyrost. Być może wydawcy się ze mną w tej kwestii nie zgodzą (chociaż ciekawe jak odbiorą tegoroczne Warszawskie Targi Książki) – i być może nawet będą mieli rację. Ale to będzie ich wersja racji ;)

Ja na to patrzę swoim okiem. Czy tego byśmy chcieli, czy nie – świat pędzi do przodu. Razem z nim w parze w obłędnym tempie rozwija się technologia, narzucająca zmianę dotychczasowego utrwalonego sposobu spędzenia czasu i odbioru kultury.

Pośpiech, krótki czas życia informacji, kultura obrazkowa, Internet (sic!) – nie czarujmy się – nie sprzyjają długiemu i uważnemu czytelnictwu. Pewnie znacie to doskonale, tak samo, jak i ja – włączam po pracy komputer, wchodzę do Internetu, z zamiarem tylko przejrzenia bieżączki. Tymczasem okazuje się nagle, że dopada mnie wieczór. A przecież miałam w planach długą posiadówę z nosem w książce. „Wicie, rozumicie” – jak mawia przyjaciel Michał.

Z drugiej strony – gdyby z tym czytelnictwem było tak naprawdę źle – nie cieszyłyby się takim powodzeniem rozmaite okołoksiążkowe wydarzenia. W samym tylko maju i czerwcu, i tylko w Warszawie wymienić można: Ogólnopolski Tydzień Bibliotek, Warszawa Czyta, Warszawskie Targi Książki, Czytamy Gdzie Indziej (na Żoliborzu), Big Book Festiwal 2014, urodziny Jana Kochanowskiego i comiesięczna Wymienialnia Książek w Kordegardzie. To wcale nie jest tak mało.

A propos – V Warszawskie Targi Książki na Stadionie Narodowym startują już jutro i będą trwać do niedzieli (tj. w terminie 22-25 maja).
W zeszłym roku ubolewałam, że nie mogłam się na nich pojawić, gdyż spełnienie rodzinnego obowiązku nakazało mi wyjazd na Dolny Śląsk. Ale w tym roku jestem już przygotowana ;) Mam rozpiskę, co mnie interesuje, gdzie tego mam szukać i z kim chcę się spotkać. Wprawdzie nie planowałam już w maju żadnych książkowych zakupów, ale liczę na to, że Pan R. przymknie na to oko ;) Ukryć, nie ukryję, bo tak się składa, że on czyta bloga, więc teges... ;)

Wracając do WTK. Pełny program do przejrzenia wisi tutaj. Lista autorów, z którymi możecie się spotkać jest tutaj, a tutaj plan jak to jest wszystko poustawiane. Dojedziecie do Stadionu wszystkim, czym chcecie: samochodem, tramwajem, autobusem, pociągiem, rowerem, czy na hulajnodze. Nieważne jak – ważne, że wszystkie drogi prowadzą do z góry upatrzonego celu ;)


Ja liczę na kilka autografów moich ulubieńców, kilka spotkań i (licząc na to, że nie będę rozrzutna) 2-3 książki, które jeszcze nie wiem, gdzie postawię, bo właśnie brakuje mi już miejsca na półkach. Wiem! – dokupię jeszcze dodatkową półkę ;)

W poniedziałek zapraszam na relację po targach :) 


A Wy? Będziecie na V Warszawskich Targach Książki? Może się spotkamy?


poniedziałek, 19 maja 2014

Co myśli Niemiec o II wojnie światowej? Maria Nurowska - "Niemiecki taniec"

„M: To się zaczęło już w dnu jej wesela. A nic jeszcze nie zapowiadało dramatu… Może tylko ten taniec…
P: Taniec?
M: Na weselu się przecież tańczy, istnieje nawet zwyczaj, że pierwszy taniec należy do młodej pary. Ale Urlicha nie było na sali balowej, wszyscy go szukali, w końcu z panną młodą zatańczył mój najmłodszy brat… Oni… tylko we dwoje na parkiecie. Byli jakby stworzeni do tego tańca (…). I wie pan, jej welon jakoś tak zaczepił o ramię mojego brata i zaczął się wokół nich okręcać, był wyjątkowo długi… Patrzyłam na to z przerażeniem…
P: Dlaczego?
M: Nie umiem tego wytłumaczyć, kiedy ten materiał ich oplątywał, odczuwałam coraz większy niepokój… Chciałam, żeby walc się wreszcie skończył, ale on trwał i trwał… a gdy muzyka ucichła, oni oboje tak byli omotani tym tiulem, że nie mogli się rozdzielić…”


Ach ta Erika Steinbach, jej rewizjonizm i osławione Centrum Przeciwko Wypędzeniom. Jak ona może mówić, że Niemcy ucierpieli podczas II wojny światowej, skoro sami byli jej sprawcami. Jak mogą domagać się zadośćuczynienia i rekompensaty, skoro są odpowiedzialni za szkody wojenne. Tak się myśli i mówi, nieprawdaż? Tymczasem racja, jak języczek u wagi, zwykle wskazuje ciężar odpowiedzialności na przeciwną stronę od tej, która waży na szali krzywdy i winy. Prawda bowiem jest taka, że nie wszyscy Niemcy byli źli, nie wszyscy byli agresorami, zło nie zawsze ma jedną twarz.

Dwie strony dramatu świetnie przedstawił w „Miedziance” Filip Springer. Podobną próbę podjęła w jednym z rozdziałów „Zaginionej Atlantydy” Zyta Oryszyn.
O samych Niemcach - zwykłych ofiarach wojennej kampanii, wrzuconych w tryby wojennej machiny napisała też Maria Nurowska. I chociaż główny wątek powieści osadziła w czasach współczesnych, to jego rozwinięcie związane jest z II wojną światową. 

Dwie kobiety: Eliza i Marianna (alias siostra Elżbieta). Jedna jest dobrze sytuowaną mieszkanką domu spokojnej starości, druga misjonarką w Afryce. I chociaż są rodziną (Eliza wyszła za mąż za starszego brata Marianny), od ponad 50 lat, czyli od czasu zakończenia II wojny światowej nie utrzymują ze sobą kontaktu. Dopiero będąc na łożu śmierci jedna z nich postanawia wrócić pamięcią do trudnych czasów i wytłumaczyć nie tylko sobie, ale i drugiej z kobiet, co tak naprawdę sprawiło, że ich wzajemne relacje w zasadzie nie istnieją. Kobiety dzieli mur zbudowany z upiorów z przeszłości, a także niedopowiedzeń, pretensji i skutków decyzji podjętych pół wieku wcześniej.

W zasadzie to powieść, która dotyka wielu problemów: trudnych relacji rodzinnych, niespełnionej miłości, niezawinionych krzywd wojennych, wypędzeń, ale również polityki Jana Pawła II wobec Afryki i problemów, z jakimi zmagają się na Czarnym Lądzie misjonarze. 

I chociaż przemyśleń, co do tej książki mam wiele, to jednak trudno mi je ubrać w słowa. Bo z jednej strony historię wymyśloną przez Nurowską czytało się gładko, szybko i z zainteresowaniem, to jednak z drugiej strony mam wrażenie, że nie wszystko mi w niej grało. Niektóre wątki były zbyt naciągane (związek młodego Niemca z afrykańską dziewczyną), inne zaledwie muśnięte (powojenna tułaczka Mariany, Elizy i jej córki Julii) lub miałko przedstawione (pozamałżeński związek Elizy z Wolfgangiem), a jeszcze inne, hmmm, za mało kontrowersyjnie zbudowane, aby móc o nich więcej debatować (konflikt zakonnicy z papieżem). 

I pomimo tego, że powieść nie była szczególnie porywająca, to nie zmienia to jednak faktu, że książkę czytało się dobrze. Spokojnie mogę ją wrzucić w szufladkę dobrego czytadła, ale jednak – tylko czytadła. Tak, to dość lekka powieść, pomimo pozornie ciężkiej treści.


„Jest takie powiedzenie, że nie przesadza się starych drzew. A co z młodymi? Czy nie jest to jeszcze bardziej niebezpieczne? Czy takie wyrwanie z korzeniami ze znajomej gleby nie może skończyć się katastrofą? Byłam tego dobrym przykładem…”

4/6
________________
cytaty: Maria Nurowska - "Niemiecki taniec"; wyd. W.A.B.




sobota, 17 maja 2014

Kulinarni czytają. Agata - Pożeracze czasu

W dzisiejszym odcinku weekendowego cyklu „Kulinarni czytają” witamy Agatę z jej „Pożeraczami czasu”.

Pożeracze, to dość młody blog, bo w blogosferze pojawił się dopiero dwa miesiące temu. Ale nie myślcie sobie, ze Agata raczkuje w roli kulinarnej blogerki. Możecie ją kojarzyć z „Gotowania niezbyt pracowitej”, który istnieje od 2011 r. Ów blog wyewoluował właśnie w Pożeraczy łącząc w sobie pasje naszego dzisiejszego Gościa, tj.: kulinaria, książki, film i fotografię.

„Gotowanie niezbyt pracowitej” jest zbiorem dań słodkich i wytrawnych, obiadowych, deserowych, ale i przekąsek. Moje typy to: Dyniowe blondie, czyli brownie na białej czekoladzie. Właściwie to nie lubię białej czekolady, ale zdjęcie jest takie smakowite, że mnie przekonuje. Następnym niech będą bułeczki kaiser rolls. A na śniadanie popularna ostatnio i nieustannie zdrowa kasza jaglana z jabłkami i morelami.

Zaś na Pożeraczach czasu nie mogę oprzeć się czekoladowym ciastkom bezglutenowym (na mące kasztanowej) i zupie-krem z batata na mleku kokosowym oraz z olejem rydzowym. Szczególnie, że ma taki piękny kolor.

Agato, dziękuję za udział w cyklu :)



1. Książki, które czytam najchętniej:

Kryminały, typowo babskie, reportaże. Z pierwszych uwielbiam Nesbo, jest moim guru w tej dziedzinie. Z babskich czytam Szwaję - w gimnazjum/liceum uczyłam się od niej świata i dzięki niej mam jedno ogromne marzenie, które pozostaje do zrealizowania kiedy będziemy już mieć własny dom. Za reportaż uwielbiam Swietłanę Aleksijewicz. "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" pomogła mi w uzyskaniu najlepszego w klasie wyniku z matury ustnej z polskiego ;)




2. Ulubiona książka kulinarna:

Wow, to dopiero trudne pytanie. De facto nie mam takiej książki - jak tylko jakąś dostanę czy kupię - ona dostaje ten zaszczytny tytuł i obiecuję sobie ugotować z niej masę przepisów - kończy się na pełnej półce, a w kuchni i tak kombinuję sama lub z blogów.

 


3. Książkowe wyznanie:

Zafascynowana czytaną w Trójce fragmentami książką Chrisa Niedenthala "Zawód: Fotograf", postanowiłam ją kupić. Wydałam na nią grube pieniądze, wciąż jej jeszcze nie przeczytałam, ale nie żałuję że ją kupiłam. Na razie pręży się wśród innych fotograficznych książek i czasopism na półce i dumnie czeka aż w końcu znajdę czas i miejsce na takie przeczytanie jej, żeby nie dźwigać i nie zniszczyć.

Chociaż teraz nie chcę się do tego przyznawać - w liceum przeczytałam sagę "Zmierzch". Co prawda nie całą, ostatni tom czytałam w tłumaczeniu fanów, zanim jeszcze pojawił się na polskich półkach, a później było mi żal wydawać na nią pieniądze, ale przyznam że podobało mi się. Teraz już bym po nie nie sięgnęła, ale liceum to czas, kiedy można sobie pozwolić na taką lekką lekturę ;)
    

4. Książka, którą czytam obecnie:

Jo Nesbo "Pentagram"



środa, 14 maja 2014

Skok na głęboką wodę. Joanna Woźniczko – Czeczott – „Macierzyństwo non – fiction. Relacja z przewrotu domowego”

„A kilka dni temu Blejk fotografował nas w łazience. Fallon pluskała się w wannie, a Kristal, wykończona godzinami babysittingu, przysiadła na zamkniętym kiblu z piwem w dłoni i miną kobiety wypranej.
Zdjęcia wyszły bardzo udane.
Pomyślałam, że to tak właściwie powinien wyglądać prawdziwy fotoreportaż z macierzyństwa. Opowieść złożona ze zdjęć, które pokazują najczęstsze, niepozowane sceny. Fotoreportaż, sesja non – fiction.
(...)
Rozmyślając o tych fotografiach , uświadomiłam sobie, że to właśnie próbuję zrobić. Opisać macierzyństwo bez fikcji. Prawdziwe.
Chociaż to tylko moja prawda.”*


Kocham czytelniczą miłością wydawnictwo Czarne za reportaże. Wspominałam o tym wiele razy, ale powtórzę to jeszcze raz ;) Jeszcze żadna z książek z serii reporterskiej mnie nie zawiodła, a to oznacza, że wydawnictwo dba o dobór tego, co chce wypuścić na rynek.
Reportaże to jedno, ostatnio jednak do grona lubisiów mogę jeszcze dodać serię „Bez fikcji o...”. Jedną z nich – „Mundrą” Sylwii Szwed o polskich położnych przedstawiłam ostatnio. Dzisiaj pora na kolejną. Tym razem w rolach głównych Kristal, Blejk i mała Fallon, czyli Joanna Woźniczko -  Czeczott o swojej wersji macierzyństwa bez lukru.

Kristal i Blejk żyją w szczęśliwym, poukładanym życiu współczesnych DINKsów**. Otaczają ich jednak ludzie z klanu, którzy usilnie namawiają ich na przejście na drugą stronę mocy. Roztaczają wizje przyszłej sielanki, ale nie wtajemniczają przy tym, że nie zawsze będzie słodko i różowo. Klan, to Ci znajomi, którzy zostali już rodzicami. A namawiają wiadomo – do rodzicielstwa. Kristal i Blejk w końcu postanawiają, że w sumie na nich też już jest pora. Po pierwszych niepowodzeniach, Kristal w końcu jest w stanie błogosławionym.

„Wieczorem po wykonaniu testu zasiadają na ławce przy plaży. Kristal ma obsikaną pałeczkę w dłoni, ale jeszcze nie sprawdziła wyniku. Słońce jest autentycznie pomarańczowe. A nawet zatapia się, jakby to powiedzieć, w lśniącej tafli oceanu.
- No, jesteś w ciąży – mówi w tej scenerii Blejk.
And they kiss.
To be continued.
W następnym odcinku Kristal wymiotuje rano, a po południu stanowczo żąda cheesburgera, który, jak wiadomo, zawiera plasterek kwaszonego ogórka.
I spodziewa się rewolucji."

Zanim urodzi – musi się sporo nauczyć. Przede wszystkim opanować słownik wyrazów obcych:

„Chodziłam więc na przyśpieszone kursy do koleżanek matek z podróbką moleskine’a w torbie i zamiast reporterskich treści zapisywałam w notesie obce słowa.
Linomag, emmaljunga, oilatum.
Tantum rosa, frida, bugaboo
Octenisept, weleda, baby sense.
Et cetera, et cetera, et cetera."

Dziewięć miesięcy później wyjdzie na to, że  to był tylko szybki rozbieg do skoku na główkę do zimnej, głębokiej wody. Kiedy Kristal powiła Fallon ... nagle wychodzi na jaw, że wśród matek panuje zmowa milczenia. Nie puszczą pary z ust o cieniach słodkiego macierzyństwa, póki sama nie zostaniesz matką. Twój słodki mały bobasek, nie jest tylko słodkim małym bobaskiem, ale małym, domowym tyranem, który nie tylko przeorganizuje twoje życie na swoją korzyść, ale sprawi, że matka niepostrzeżenie znika dla świata, popada w frustrację, a najchętniej zapadłaby w sen zimowy, aby przeczekać trudne czasy.

„Więc lukier, wszędzie lukier. Wszystko było polukrowane tak obficie, że nie bardzo wierzyłam koleżankom i kolegom z pracy, którzy głosili, że temu, kto nazywa ciążę stanem błogosławionym, życzą podobnych błogosławieństw przez całą wieczność. Bo personel mojego zakładu pracy tworzyła w doskonałych proporcjach dobrana mieszanina sceptyków, ironistek i ludzi pobłażliwych. I kiedy przestrzegali mnie przed macierzyństwem, myślałam sobie, że w tej kwestii pokazują oblicze sceptyków.
- I co, nadal jesteś fanką macierzyństwa? – zapytała mnie koleżanka z pracy, gdy odwiedziłam zakład już bez brzucha.
- Pewnie, jest super! – odparłam na fali hormonów.
- Zadaj jej pytanie pomocnicze – poradził kolega, zakładowy doktor House.
- Ile razy wstajesz w nocy? – spytała więc M. krótko i celnie.
Tu mnie mieli. To było apogeum nocnych pobudek.
Za dużo lukru. Macierzyństwo to w końcu nie pączek.”

Owszem, Kristal nie jest sama. Ma jeszcze Blejka, ale Blejk musi codziennie udawać się na swoją plantację, aby cała dynastia miała za co żyć. Więc matka frustratka zostaje sama z małym tyranem. Pociesza ją teściowa, mówiąc, że najgorsze jest pierwsze sześćdziesiąt lat – potem już jakoś leci ;) A międzyczasie trzeba sobie jakoś przeorganizować czas i życie, aby nie zwariować.



Teoretycznie to książka o tym, jak nie zostać rodzicem. Ale czytając tę demistyfikację macierzyństwa, naprawdę świetnie się bawiłam. Nawet sobie pomyślałam, że to doskonały materiał na słuchowisko, tudzież sztukę teatralną. A tak w ogóle to rozbudziło ciekawość, jak jest naprawdę. Tak, wiem – nie jestem z klanu, więc jeszcze dużo o życiu nie wiem, ale autorka tak zgrabnie ubiera myśli w słowa, że skok do zimnej wody, mimo że może wywołać szok, wydaje się być czymś ekscytującym.

„Macierzyństwo...” to pewna forma autoterapii dla autorki. Sama zresztą przyznaje, że zawarta tu ironia i przerysowania są po to, aby lepiej dostrzec to, co gryzie i uwiera. Bo ona sama wie już, że nie zawsze jest słodko. Z drugiej strony zauważa, iż nie jest tak dokumentnie beznadziejne, aby nie było możliwości łapania pięknych chwil. A skoro w obecnych czasach mamy wybór i możemy decydować o tym, czy chcemy się z tym zmierzyć, czy nie – warto wcześniej przemyśleć ten długi i kosztowny życiowy projekt "Dziecko" pod kątem zysków i strat.

Naprawdę zabawna, mimo sporej dawki frustracji, książka  do połknięcia na jeden wieczór. Myślę, że dobra zarówno dla tych spoza klanu, jak i już uświadomionych. Ja się nie przestraszyłam ;)


6/6 ( i drugie 6/6 za genialną, bardzo odpowiednią do treści okładkę)
__________
* Wszystkie cytaty: Joanna Woźniczko – Czeczott – „Macierzyństwo non – fiction. Relacja z przewrotu domowego”; wyd. Czarne
Projekt okładki i rysunki wewnątrz książki – Marianna Sztyma

Autorka książki prowadzi(-ła) blog www.metamecierzynstwo.pl

Recenzję dodaję do czytelniczego wyzwania: Polacy nie gęsi, czyli czytamy polską literaturę


poniedziałek, 12 maja 2014

Nie tylko dla matek, nie tylko dla kobiet. Sylwia Szwed - "Mundra"

„Położna to pierwszy zawód kobiecy. Różnie nazywano kobiety go wykonujące: babki, akuszerki, mądre. Myślę, że to zawsze były bardzo silne osoby. Cieszyły się szacunkiem środowiska, bo przychodziły nie tylko do porodów, ale były tez doradczyniami kobiet. Takim źródłem informacji o kobiecości, niezależnie od swojego wykształcenia czy przygotowania. To były tak zwane „mądre kobiety”. Zresztą tak kiedyś się mówiło na położną: mundra czyli mądra. W języku francuskim wciąż położną nazywa się sage-femme, czyli mądra kobietą.” 
(Sylwia Szwed – „Mundra”; wywiad z Ireną Chołuj, s. 158)


Im dłuższy okres czasu mija od przeczytania „Mundrej”, tym więcej mam przemyśleń. I paradoksalnie im więcej chciałabym o niej opowiedzieć, tym mniej znajduję słów, które pozwoliłyby ubrać w słowa, to, co układa mi się w głowie. Zastanawiam się przy tym, jak odebrałabym treść tej książki, gdybym zamiast wyobrażenia porodu, miała już jego doświadczenie.

„Mundra” dla mnie to fascynujący zbiór ciekawostek. O życiu, kobiecie, narodzinach, emocjach, o tym, co nieznane lub już poznane. Ale gdybym miała ją opisać tylko pod tym kątem, to byłby zaledwie ułamek tego, co mi ta książka dała. A więc czym jest ta książka? Można ją rozpatrywać na wielu płaszczyznach: historycznej, biologicznej, emocjonalnej, politycznej (sic!).

Te dziesięć, dość osobistych, wywiadów Sylwii Szwed z polskimi położnymi obrazuje, jak wyglądało położnictwo kiedyś i dzisiaj, zarówno podczas wojny i pokoju – na przestrzeni, bagatela, ostatnich ośmiu dekad. Wtedy, kiedy położne były bardzo samodzielne, i kiedy ich status się marginalizował. I dlaczego obecnie mówiąc położna, myli się ją z pielęgniarką.

Dziesięć kobiet – położnych, to dziesięć różnych historii o tym, jak i dlaczego położnictwo w PRL-u można było przyrównać do taśmy produkcyjnej. Dlaczego było tak sterylnie i bezdusznie i jak w tym odnajdywały się same położne? Skąd wzięła się potrzeba zmian, jak ona przebiegała, i co ona dała kobietom. „Mundra” podejmuje też próbę wytłumaczenia fenomenu różnych zdarzeń, tak dalekich od siebie jak dwa bieguny, a jednocześnie na siebie wpływających. Bo oto notuje się coraz więcej porodów domowych i porodów naturalnych w szpitalu, ale w opozycji wzrasta również ilość cesarskich cięć i dążenie do medykalizacji porodu.

To również  przekaz, jaki stosunek położne mają do swojej pracy i jak ich praca postrzegana jest przez innych. Jest o tym, że myli się położną z pielęgniarką, że położna często stawiana jest w sytuacji między młotem a kowadłem, między rodzącą, a lekarzem. O działaniu według procedur i schematów, ale również o płynięciu pod prąd. I o tym, że pomimo trudności, odpowiedzialnej, ciężkiej i fizycznej jednak pracy, braku prestiżu i marnych zarobków, zwątpienia i wypalenia, to jest jednak zawód, który się kocha, którym się żyje, i który daje mnóstwo satysfakcji.

Są też wspominane wcześniej ciekawostki m.in. o warsztatach szycia kurczaka ;), o grenlandzkim porodzie przez Skype’ a, o porodach w Tanzanii, o tym, dlaczego mąż skandynawskiej położnej nie musi pracować i o zapłodnieniu in vitro oczami położnej, która wcześniej była embriologiem.


„Mundra” jest wielowątkową, wielowymiarową, bardzo emocjonalną książką. Pokuszę się o stwierdzenie, że poruszony w niej temat nie dotyczy tylko tych kobiet, które planują ciążę, już w niej są albo poród mają za sobą. Adresatką może być każda kobieta bez względu na wiek, status, doświadczenie życiowe. Ba! powiem więcej – ona, jakkolwiek kobieca, jest również książką dla mężczyzn. I nie tylko dlatego, iż może pokazać kobietę mężczyźnie w inny sposób (choć i może tak być), a dlatego, że poród dotyczy każdego - bez względu na płeć. Każdy z nas przecież kiedyś się urodził i może nie każdy jest matką, ale każdy matkę ma. A skoro o matce mowa – zbliża się 26 maja. Jeżeli jeszcze nie wiecie, co wręczyć mamie w prezencie, to już macie odpowiedź ;)

No i co? Tyle już napisałam, a mam wrażenie, że ledwie musnęłam temat. Teraz już chyba wiecie, dlaczego na spotkaniu z autorką nawiązała się taka długa i ożywiona rozmowa. Przeczytajcie ją, bo warto. Właśnie takich „mundrych” książek nam potrzeba.

Dla mnie osobiście to bardzo fascynująca, osobista i ważna książka. Będę do niej wracać jeszcze nie raz.


„We wszystkich społeczeństwach, nie tylko w naszych wysoko rozwiniętych, jest coś takiego jak lęk przed porodem. W każdej kulturze ma inne przyczyny. Lek przed porodem może wynikać ze strachu przed bólem, ale też z prawdziwych lub nieprawdziwych relacji porodowych, czyli z tego, co nam naopowiadały inne kobiety. Może też brać się z uwarunkowań społecznych. Odeszliśmy od rodzin wielopokoleniowych, w których matki i babki rodziły razem w czerwonym namiocie. Nie wiemy, jak się rodzi. Możemy też bać się z najbardziej podstawowego i odwiecznego powodu: narodziny to wydarzenie ślizgające się na granicy życia i śmierci. Można użyć różnych słów, że to jest mistyczne, że to jest duchowe, że to jest niebezpieczne, ale na granicy pierwszego i drugiego okresu porodu, w tym słynnym kryzysie siódmego centymetra rozwarcia, wyrzut adrenaliny jest tak duży jak w sytuacji zagrożenia życia.”
(Sylwia Szwed – „Mundra”; wywiad z Marią Romanowską, s. 19)


W pełni zasłużone 6/6 (i drugie 6/6 za okładkę ;))
 ___________________
Sylwia Szwed – „Mundra”, wyd. Czarne

Recenzję dodaję do czytelniczego wyzwania: Polacy nie gęsi, czyli czytamy polską literaturę


sobota, 10 maja 2014

Kulinarni czytają. Ania - Naturalne dziecko

Blog Ani - dzisiejszego Gościa cyklu „Kulinarni czytają” znam od jakichś powiedzmy niecałych dwóch miesięcy. I na dobrą sprawą nie bardzo pamiętam, jaką ścieżką dotarłam do „Naturalnie dziecko”. Być może przeglądałam żywieniowe artykuły na Slow Day Long lub gdzie indziej. Wiem jednakowoż, że trafiłam na blog za sprawą chipsów z brukselki. Od razu skarciłam się w myślach, że po pysznych chipsach z jarmużu sama nie wpadłam na tę brukselkę. 

Kiedy już przejrzałam wspomniany przepis, przeszłam do kolejnego, i kolejnego i jeszcze jednego, aż przepadłam, bo „Naturalnie dziecko” to odzwierciedlenie mojej filozofii żywieniowej, którą wyznaję i do której tym bardziej dążę, im więcej tak gotuję. Dlatego tak bardzo zależało mi, aby poznać Was z blogiem Ani.

Z zasady blog „Naturalne dziecko” jest o tym, „jak wychować dziecko NATURALNIE w naszym SZTUCZNYM świecie”. Owszem, mamy znajdą tutaj sporo ważnych dla nich wiadomości – ot chociażby o BLW i diecie dziecięcej. Ale niech tych z Was – niedzieciatych, to nie zniechęci. To nie tylko blog dla eko-mam, ale przede wszystkim skarbnica cudownych, zdrowych i nieprzekombinowanych pomysłów na smaczne, naturalne jedzenie.

Ja jestem zakochana w ekspresowych, amarantusowych ciasteczkach z żurawiną, które robi się bez żadnego wysiłku, za to zjada ze smakiem (zrobiłam – polecam). Po tym, jak zasmakowałam w awokadelli – mam ochotę na tę domową, zdrową nutellę. A jako, że wpadłam w koktajlową fazę – zaznaczam jeszcze koktajl z quinoa. Jak sami możecie zauważyć – same dobre rzeczy ;)

Aniu, dziękuję, że dałaś się namówić na udział w cyklu. Pamiętaj, że czekam na wpis o mlekach roślinnych ;)


1. Książki, które czytam najchętniej:

Przed napisaniem tego postu trochę obawiałam się że będę monotematyczna, po prostu nudna. No ale jak się tak zadumałam, to okazało się, że trochę tych pozycji książkowych już przerobiłam i to całkiem rozmaite. Hmm…  od czego by tu zacząć.

Zacznę od tego, że mnogość rozmaitych pasji jakie posiadam przekłada się na rozmaitość książek, jakie czytam. Wachlarz tytułów jest tak szeroki, że sama się temu dziwię :) Począwszy od dietetyki, poprzez książki kulinarne, thrillery medyczne Robina Cooka, trochę historii, klasyki, poradników, technologii chemicznej (z racji zawodu), aż po przewodniki i mapy, które są zdecydowanie moim największym konikiem. I żeby nie było – wszystko to mnie interesuje :)


Dietetykę i książki kulinarne pochłaniam jak najciekawsze sagi… Przewodniki i mapy to najcudowniejsza chwila relaksu w ciągu doby, a jeśli jeszcze do tego dołączę muzykę w tle, lampkę dobrego wina i męża obok, który wysłucha moje relacje podróżnicze, to nic mi więcej nie trzeba do szczęścia ;) 
Chemia, fizyka, inżynieria, technologia… hmm… opasłe tomiska zalegają regały ale obecnie sięgam po nie rzadko. Ten temat pasjonował mnie dawno, na studiach, na początkach mojej pracy zawodowej, a teraz… hmm… pasja minęła, książki zostały. Czasem zerknę w którąś z nich, np. „Metody spektroskopowe i ich zastosowanie w identyfikacji związków organicznych” i uśmiecham się do siebie mówiąc sobie: „dzielna byłaś, dziewczyno!” :)



Przewodniki i książki podróżnicze zajmują u mnie w domu miejsce szczególne bo taki też mam do nich stosunek. Podróże to nasza rodzinna pasja, a ja jestem wielką planistką i marzycielką podróżniczą :) Specjalna półka, specjalne miejsce tuż przy sofie, a na mapy specjalny wiklinowy kosz…  to mój mały świat :)




2. Ulubiona książka kulinarna:

I tu się rodzi problem bo tych ulubionych kulinarnych mam całkiem sporo. Z uwagi na obecne zainteresowania skoncentrowane wokół odżywiania dzieci najczęściej sięgam po przepisy dedykowane właśnie najmłodszym. I tak jest to m.in. pozycja „Jedz smacznie razem z dzieckiem” Małgorzaty Makarowskiej z całą masą super przepisów na pyszne i zdrowe dania. Ponadto cenię sobie starsze wydania książek kulinarnych, bo to właśnie w nich można znaleźć całkiem sporo „mądrości” nt. gotowania, podstaw przyrządzania potraw, podawania itp. (720 – stronnicowa Kuchnia Polska tradycyjna autorstwa Marzenny Kasprzyckiej). 



3. Książkowe wyznanie:

Moje wyznanie czytelnicze?... hmm... trudno opisać co czuję kiedy czytam relacje z wypraw w najwyższe góry świata. Czuję się tak, jakbym tam była, wędrowała razem z autorem, czuła i widziała wszystko dookoła – majestatyczne góry, piękne zachody słońca nad Himalajami, srebrne lodowce, trudne szlaki, zielone doliny… Ostatnie takie fascynacje dzięki Januszowi Kurczabowi „Himalaje Nepalu”.  Lubię chwilami żyć marzeniami i to są właśnie takie chwile. Choć kto wie może kiedyś, może kiedyś… przecież marzenia są po to żeby je realizować. 


4. Książka, którą czytam obecnie:

Obecnie przeprawiam się przez poradnik Heleny Ciborowskiej i Anny Rudnickiej „Dietetyka – Żywienie Zdrowego i Chorego Człowieka”. Opasłe tomisko naszpikowane fachową wiedzą nie pozwala na szybkie wertowanie kartek, a raczej mozolne ich przewracanie ;)  Czytam, odkładam, wracam, znów czytam, znów wracam 100 stron i tak już trzeci miesiąc. Mega ciekawe i pasjonujące, ale wymagające sporej uwagi, skupienia i wolnego czasu, którego tak mało w ciągu dnia. Na tą pozycję dałam sobie rok i mam nadzieję zmieścić się w tym terminie :)


Dziękuję za uwagę i pozdrawiam :)
Ania 



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...