wtorek, 30 września 2014

Kiedy Polka rodzi Polkę. Manuela Gretkowska - "Polka"





"- Jak to jest nosić w sobie człowieka? Musi być niesamowite, nie mógłbym się przyzwyczaić – Janos zajada sałatkę i usiłuje wczuć się w rolę ciężarnego z pełnym żołądkiem tego czegoś, obcego.
- Myślisz, że ja mogę? Tez nie rozumiem, czasem czuję, ale nie rozumiem. Co z tego, że jestem kobietą i to powinno być naturalne, wymoszczone hormonami. Równie dobrze ty mógłbyś być w ciąży i pytałabym cię, jak to jest.
- Przerażająca jest oczywistość tajemnicy.
- Strasznoje."




Na ostatnim sabatowie u Natalii, omawiając „Polkę” zastanawiałyśmy się, po co Gretkowska napisała i opublikowała tak intymną książkę. Wiadomo przecież nie od dziś, że to pyskata (ale w pozytywnym znaczeniu), świadoma swoich potrzeb kobieta, przez niektórych postrzegana jako wojująca feministka – nie jest typem słodkiej idiotki, której marzy się celebryckie wystawanie na bankietowych ściankach. A w związku z tym, nie oczekuje poklasku i uwielbienia, aby móc funkcjonować ze swoim wyolbrzymionym ego. Więc po co?

Na upartego można stwierdzić, że odpowiedzią na to pytanie jest zawarta w samej książce wypowiedź Pietuszki, czyli partnera Gretkowskiej:



Ów „Ciążownik Pietusznik”, czyli „Polka” właśnie jest zapisem ciąży Gretkowskiej. Bynajmniej nie jest to cukierkowa opowieść o uroczym macierzyństwie, różach i słodkim pierdzeniu, ale o pierdzeniu w sensie fizjologicznym a i owszem. Upierdliwej i typowej dla ciąży fizjologii, odruchów (różnych) i odczuć jest tu sporo.

„Czyste, niesplamione fizjologią ja uciekło gdzieś na czubek głowy. Stamtąd ogląda skręcające się z obrzydzenia i wstydu ciało. Nie należące już tylko do mnie. Zasiedlone przez kogoś o innych zmysłach. Karzącego natychmiast za nieposłuszeństwo czy zwykła pomyłkę. Sikam, rzygam i płaczę. Jestem w ciąży, dokładnie. Nie ona we mnie, ale ja w niej. Poddana niezrozumiałym wymaganiom i karom.”

Ale oprócz tego przewija się tez codzienne życie: pisanie scenariuszy, przepychanki z producentami i wydawcami, liczne podróże nie tylko na trasie Szwecja – Polska – Szwecja, ale również przeprowadzka, zakup mieszkania i związane  z tym nie tylko nadzieje, ale i niedogodności (zupełnie jak w ciąży ;))

Ale oczywiście Gretkowska nie byłaby Gretkowską, gdyby wszystko to przedstawiła w uładzonej formie. Ta kobieta ma swój styl, który ja bardzo lubię. W jej książkach jest miejsce na zaskakujące metafory, zadziorną złośliwość i na z pozoru dziwne skojarzenia, na intelektualne wolty i językową plastyczność. Tę ostatnią cenię chyba najbardziej.


„Do sali operacyjnej jedzie łóżko z zapłakaną kobietą. Wchodziłyśmy razem do szpitala. Wloką się za nią plastikowe wnętrzności kroplówek.”


„Zagapiłam się, postawiłam filiżankę w powietrzu. Chwilę zawisła, nie dowierzając, że można ją, kruchą krewną Rosenthalów, tak brutalnie potraktować. Zemdlała z wrażenia, zrobiła się jeszcze przezroczystsza i rozsypała w porcelanowy proch.”


„W salonie choinka do sufitu. Srebrnoniebieska. Bombki w ulubionych przez Wodników kolorze szlamu. (...) Wyjmuję z szuflady swój obcięty warkocz, wyciągam z niego kilka pasemek i obsypuję drzewko.
- Jezu, thriller – Pietuszka nie rozumie koncepcji.
- Anielski włos, brakowało – zapalam lampki.”


„Maleństwo mogło powstać kiedykolwiek w naszym miłosnym eksperymencie, trafiając do odpowiedniej szczeliny. Jednak miało zaplanowaną chwilę na „uścisk dłoni wszechświata”, powtarzającego erotyczny uścisk rodziców.”


„U nas w łazience zwisa ze sznurów ministrancka komża Siostrzeńca. Białe ubranko niewyrośniętego księdza. Lniany pancerzyk ni to owada, ni to anioła. Obok suszą się moje koronkowe majtki. Przy śnieżnobiałej komży każda dziurka ich koronki jest haftowana perwersją.”


„- Wiecie, kto powinien być patronem wydawców?
- Nie... – ostrożne, podejrzliwe „nie” wydawczyni, słusznie podejrzewającej złośliwość.
 - Judasz, on wydał najlepiej.”



A dlaczego Gretkowska opublikowała swój dziennik ciąży? Przecież o ciąży napisano i wciąż pisze się wiele. Wiem, bo (można tak stwierdzić) teoretycznie jestem w tym nawet dobrze ogarnięta. „Teoretycznie” zasługuje tutaj na podkreślenie.

Może zrobiła to dla zmiany zaszufladkowanego już wizerunku (w co wątpię), może dla kasy (bardziej prawdopodobne), a może po to, aby inni się właśnie nad tym zastanawiali? Z drugiej strony, czy odpowiedź jest na to aż taka istotna? Ważne, że książka była przyjemną lekturą.

5/6
___________
Manuela Gretkowska - "Polka", WAB 2001

Recenzja bierze udział w wyzwaniu: 
Grunt to okładka - edycja wrzesień: erotyzm, 
Czytamy powieści obyczajowe, 

Polacy nie gęsi, czyli czytamy polską literaturę


sobota, 27 września 2014

Varia: nagrody literackie, nowe wydawnictwa i spotkania autorskie


Oprócz maja, początek jesieni to chyba najbardziej intensywny czytelniczo i literacko czas. Po wakacyjnym sezonie ogórkowym wysypuje się wór z nowościami na rynku księgarskim, kumulują nagrody literackie, ruszają pełną parą różne atrakcyjne wydarzenia, powstają wydawnictwa, a na spotkania autorskie zjeżdżają pisarze. Kalendarz można wypełnić po brzegi ;)


Zacznijmy od nagród:

1. Ogłoszenie listy nominowanych do literackiego Nobla uaktywniło bukmacherów. Wprawdzie najmniejsze szanse dają J.K. Rowling, ale wysoko znowu uplasował się ponownie Murakami. Ja stawiam, że nagrodę otrzyma Philip Roth za całokształt twórczości. To byłoby dobre podsumowanie zakończenia kariery, które zapowiedział już jakiś czas temu. A kto zdobędzie nagrodę ostatecznie, dowiemy się tradycyjnie w któryś z październikowych czwartków.

2. Znany natomiast jest już laureat Nagrody im. Kościelskich przyznawanej młodym polskim twórcom. Jury w tym roku przyznało ją Krzysztofowi Siwczykowi za poemat „Dokąd bądź”. Wręczenie nagrody nastąpi 11 października w majątku Kościelskich w Mirosławiu.



3. Również kapituła nagrody im. Jerzego Żuławskiego za dzieła w kategorii literatury fantastycznej ogłosiła już tegorocznych laureatów.
Główną Nagrodę otrzymał Cezary Zbierzchowski za powieść „Holocaust F”. Złote Wyróżnienie za powieść „Cienioryt” trafiło do Krzysztofa Piskorskiego, a Srebrne Wyróżnienie przyznano Adamowi Przechrzcie za książkę „Gambit Wielopolskiego”.



A teraz nominacje:

1. Ogłoszono listę nominowanych do tegorocznej Nagrody im. Beaty Pawlak.  Jak podano na Facebooku Nagrody „znaleźli się na niej Aleksandra Gumowska, Mateusz Janiszewski, Michał Książek, Adam Lach, Małgorzata Rejmer i Ela Sidi.
Nazwisko Laureata poznamy podczas uroczystości w Fundacji Batorego w dniu 13 października 2014 o godz. 17.00.
Wręczeniu Nagrody będzie towarzyszyła debata Dialog – nadal możliwy? z udziałem nominowanych autorów.”


2. Nominacje ogłosił również komitet Nagrody im. Józefa Mackiewicza. W gronie dziesięciu nominacji znalazły się: dwa tomy wierszy, dwie powieści, trzy monografie, zbiór reportaży historycznych, tom wywiadów i książka eseistyczna.
A oto lista nominacji, którą opublikował Rynek Książki
- powieści „Legion” Elżbiety Cherezińskiej (Zysk i S-ka) i „Ślady krwi” Jana Polkowskiego (Wydawnictwo M), 
- tomiki wierszy: „Łączka” Przemysława Dakowicza (Arcana) i „Ballada o utraconym domu” Stanisława Wiatr-Partyki (Narodowe Centrum Kultury), 
- zbiór reportaży historycznych Grzegorza Górnego „Ludzie z doliny śmierci” (wyd. AA), 
- zbiór wywiadów „Intelektualna historia III RP” Andrzeja Nowaka (Sic!) 
- eseje Tomasza Antoniego Żaka „Dom za żelazną kurtyną. Listy do pani S.” (Agencja Fotograficzno-Wydawnicza Olszewski)
- monografie historyczne: „Przeciwko dwóm zaborcom. Polityczna konspiracja piłsudczykowska w kraju w latach 1939-1947” Marka Gałęzowskiego (IPN), „Sokrates. Filozofia męża sprawiedliwego” Ryszarda Legutki (Zysk i S-ka), „Dzieci operacji polskiej mówią” Tomasza Sommera (Wydawnictwo 3S Media).”


3. Po zmianach, dopuszczających do Nagrody Bookera, wszystkich twórców piszących w języku angielskim, w tym Amerykanów, tegoroczna lista nominacji przedstawia się następująco:

Richard Flanagan -„The Narrow Road to the Deep North”
Karen Joy Fowler – „We Are All Completely Beside Ourselves”
Howard Jacobson – „J”
Neel Mukherjee – „The Lives of Others”
Ali Smith – „How to be Both”

Ogłoszenie tegorocznych wyników odbędzie się 14 października w Londynie.

W zeszłym roku laureatką została Eleanor Catton za powieść "The Luminaries", której przekład  (w tłumaczeniu Macieja Świerkockiego - "Wszystko, co lśni") właśnie ukazał się na polskim rynku nakładem Wydawnictwa Literackiego. Wywiad z autorką do przeczytania w najnowszym numerze Książek. Magazynu do czytania.



Przejdźmy do nowo powstałych wydawnictw:

1. Na początek to, któremu będę mocno kibicować, czyli wydawnictwo duetu Mariusz Szczygieł i Wojciech Tochman – „Dowody na Istnienie”. 

Według informacji podanej w Gazecie Wyborczej „Przewidziane są cztery główne serie książek:

W serii Faktyczny Dom Kultury ukażą się ważne książki reporterskie - polskie i zagraniczne. Każdy wielbiciel non fiction powinien je mieć w swojej bibliotece. To książki głośne, które warto przeczytać na nowo, ale również książki zapomniane. Chcemy je przywrócić czytelnikom. To seria, dzięki której możemy poznawać różne sposoby opisywania świata. Sposoby się zmieniają, emocje pozostają te same. 

Seria Reporterska obejmie premiery. Autorzy uznani i debiutanci. Książki polskie, ale także tłumaczenia książek zagranicznych. O tym, co nas dziwi, co boli, czego nie rozumiemy, o czym nie mamy pojęcia, choć wydarzyło się tuż obok - lub na drugim końcu świata, na który nigdy nie dotrzemy. 

W serii albumowej oko/ucho spotkają się dwa sposoby narracji: fotografia i opowieść. To nie są ilustracje do historii ani podpisy pod zdjęciami. To dwa niezależne sposoby opowiadania, które się uzupełniają, tak jak uzupełniają się zmysły wzroku i słuchu, za pomocą których poznajemy świat. 

Seria Stehlik to seria niezwiązana z non fiction. Mariusz Szczygieł jako najbardziej znany polski czechofil, autor reportaży z Czech, będzie proponował najciekawszą czeską beletrystykę - klasykę współczesności i książki najnowsze. A stehlik - to po czesku "szczygieł".

Na rok 2015 planujemy też cztery inne serie reporterskie. Wiosną ukaże się wydawnictwo specjalne poświęcone twórczości Hanny Krall.”




2. Drugim wydawnictwem, któremu na pewno będę się przyglądać, to Czwarta Strona będąca imprintem Wydawnictwa Poznańskiego. W planach ma książki literatury popularnej, biografie i książki z wyższej półki idealne na leniwe popołudnia z kubkiem herbaty, długą podróż pociągiem lub coś w tym stylu, czyli jakby to określił Szczygieł - literaturę wypoczynkową ;)
Tutaj do przeczytania wywiad z Robertem Falewiczem, Redaktorem Naczelnym Wydawnictwa Poznańskiego o nowej wydawniczej marce.




Na koniec warszawskie spotkania autorskie, które odbędą się w najbliższym tygodniu:


1. 30 września spotkanie z Benjaminem Barberem na temat książki „Gdyby burmistrzowie rządzili światem”. Książka, po której sporo się spodziewam. Myślę, że to dobry materiał przede wszystkim dla samorządowców oraz zainteresowanych przestrzenią miejską. Spotkanie poprowadzi Jacek Żakowski. Obowiązują zapisy na barber@muza.com.pl



2. 2 października spotkanie z Beatą Chomątowską na temat jej książki „Lajchert i Szanajca. Architekci awangardy”. Spotkanie poprowadzi Filip Springer.



3. 3 października spotkanie z Andrzejem Stasiukiem związane z jego nową książką „Wschód”.





Coś przegapiłam? ;)



środa, 24 września 2014

Kura z wolnego wybiegu pisze biografię, czyli co piszczy "Książkach"?


O "Książkach" miałam napisać już 3 miesiące temu. Nie o książkach sensu stricte, ale o magazynie Agory, który przywrócił mi nadzieję na to, że są jeszcze jakieś gazety trzymające odpowiedni poziom. W zalewie tabloidyzacji trudno teraz trafić na perełkę, która zamiast ogłupiających plotek pobudzi do własnych przemyśleń i zainspiruje do szukania analogii. 

W czasach licealnych zaczytywałam się „Cogito”, w okresie studiów, co tydzień w środę meldowałam się w kiosku po „Politykę”, a co miesiąc kupowałam „Film”. Później była jeszcze „Kuchnia”, ale zmiana szaty graficznej pociągnęła za sobą również zmiany w treści – moim zdaniem in minus.

Obecnie, od dobrych kilku lat nie kupuję prasy w ogóle. To taki mój sprzeciw na to, że poziom dziennikarski spada, że artykuły są subiektywne zamiast obiektywnie przedstawiać pewien punkt widzenia będący dopiero przyczynkiem do wyciągania własnych wniosków, a na dodatek pomiędzy plotkami roi się od reklam zajmujących połowę objętości całego egzemplarza gazety. Nie wspominając już o korekcie. Miałam dość!

O „Książkach” usłyszałam trzy lata temu, kiedy na rynku wystartował właśnie pierwszy numer.
Planowałam go nawet kupić, ale ponieważ mój stosunek do prasy był już spaczony – ciekawość ustąpiła miejsce zaniechaniu. I taki stan rzeczy trwał do tegorocznych wakacji, kiedy to któregoś czerwcowego popołudnia Pan R. wrócił z pracy z trzynastym numerem „Książek”.


Takiej gazety było mi trzeba! Być może pomyślicie: „Była właśnie w Agorze, to chwali”. Nic z tych rzeczy! Nawet mi za to nie płacą ;) Dodam jeszcze, że od dawna jestem już fanką coniedzielnej audycji w tok.fm „Książki. Magazyn do słuchania”, będącej odnogą dla papierowej wersji, więc coś musiało być na rzeczy ;)

Prawda z tym wybuchem czytelniczej miłości jest następująca – stałam się entuzjastką papierowego tytułu z prozaicznego powodu: czuję się, jako czytelnik, traktowana poważnie. I mam też wrażenie, że autorzy tekstów tak samo poważnie podchodzą do ich pisania. 
Nie jest to gazeta z recenzjami książek, raczej felietony, dla których temat danej książki jest tylko punktem wyjścia do rozprawki. Duży punkt za to, że artykuły są obszerne, co sprawia, że mogę się nimi delektować. Prawdę powiedziawszy, czerwcowego numeru do tej pory jeszcze nie „wyczytałam” do końca. A tu proszę – właśnie leży przede mną nowe, nieco podrasowane czternaste wydanie. 



A co w nim ciekawego? Przejrzałam cały numer już kilkakrotnie, a nawet na potrzeby wpisu przeczytałam dużo szybciej, niż zakładałam, kilka artykułów. Wśród nich ten autorstwa Miłady Jędrysik „Drukarka, biurko, żandarm, ścianka” (s 62 - 65), traktujący o korpożyciu białego kołnierzyka. 


A w nim wyjaśnienie od czego ukuł się w ogóle taki zwrot, ale też o kurach chowu klatkowego i tych z wolnego wybiegu i co z tym wspólnego ma Google, o „naukowym” sposobie organizacji pracy w biurze, o męskich zabawach biurowych mężczyzn za Oceanem w połowie XX wieku związanych z… majtkami, oraz czego uczył pracujące kobiety podręcznik dla sekretarek z 1919 roku.
Cały tekst związany jest z książką Nikil’a Saval’a - „Cubed. A Secret History of the Workplace”. Już żałuję, że jeszcze nie została przetłumaczona na polski. Liczę, że stanie się to niebawem, bo to temat bardzo na czasie.




W innym artykule, tym razem Mileny Rachid Chehab, pn. „Kto dopisuje życiorysy gwiazdom” (nawiązującej do książki Andrew’a Croft’sa „Confessions of a Ghostwriters”) garść informacji o autorach widmo (s 38-48). 


Obecnie każda gwiazdka, celebryta, aktor, sportowiec, polityk, a nawet biznesmen ma ciśnienie na własną książkę. Stąd zalew w księgarniach biografii różnej maści, za którymi kryją się anonimowi autorzy. Na „Autorze widmo” Polańskiego usnęłam, ale artykuł przeczytałam z zainteresowaniem. Bo na ten przykład Jerzy Andrzejczyk, jeden z ghostwriterów wyjaśnia, dlaczego określa się mianem „murzyna”, ile zebrał teczek gwiazd i gdzie je przechowuje, ile czasu zajmuje mu napisanie biografii, dlaczego zrzeczenie się praw autorskich w Polsce jest nielegalne i kogo biografii nie napisze nigdy. Swoje wypowiedzi dołączyli jeszcze Łukasz Orbitowski i Piotr Adamowicz (autor głośnej biografii Danuty Wałęsy).


Co jeszcze w „Książkach”? Świetny tekst Mariusza Szczygła „Skamlenie o seks” (s 12), który po niezwykłym, sobotnim spotkaniu, przeczytałam jako pierwszy. 
Do tego nowości wydawnicze z kraju i ze świata, kalendarz literacki, kupony zniżkowe ;) oraz nowinka (od bieżącego numeru), czyli kącik z literaturą dziecięcą, który jest we władaniu Joanny Olech.

Nie lubię w gazetach reklam, ale książkowe w „Książkach” zupełnie mi nie przeszkadzają. Kto zgadnie dlaczego? ;)
Serio, nie mam się do czego przyczepić, bo nawet Harukiego Murakamego z wizerunkiem Mo Yana traktuję, jako zabawny redaktorski chochlik. 

Nie pozostaje mi nic innego, tylko powiedzieć: Czytajcie „Książki”. Bo to „Magazyn do czytania” ;)


ps. A do słuchania archiwalnych audycji „Książek. Magazynu do słuchania”, zapraszam pod ten link.



poniedziałek, 22 września 2014

Sobota przez wielkie S, czyli czym kończy się randkowanie z Książkami? ;)


Kiedy w Gazecie padł pomysł, aby powstało czasopismo traktujące o książkach, Adam Michnik odrzekł: „W tym kraju? To się nie uda”. Okazuje się jednak, że się mylił, bo kwartalnik „Książki. Magazyn do czytania” skończył 3 lata i póki co widoki na dalszą działalność ma dobre.
Bo wbrew wielu utyskiwaniom, książki w Polsce się czyta. Niech potwierdzeniem będzie to, że książkowa blogosfera rozwija się w szybkim tempie i coraz częściej tę część blogosfery zauważają pisarze, wydawcy i czytelnicy.
A propos blogerskiego środowiska – na początku roku popełniłam tekst, w którym to napisałam, że w 2014 roku chciałabym poznać na żywo blogerów książkowych. I oto – tadam! Marzenie się spełniło. Najpierw poznałam Natalię i Magdę. A wczoraj grono powiększyło się dziesięciokrotnie. 


Spotkaliśmy się wszyscy w Agorze na Czerskiej, aby dowiedzieć się, co nowego wykombinowała redakcja „Książek. Magazynu do czytania” w nowym, czternastym już numerze.
O historii powstania, 3-letniej pracy nad gazetą i wszystkich najnowszych zmianach opowiedzieli nam w pierwszej części spotkania Paweł Goźliński, Juliusz Kurkiewicz i Łukasz Grzymisławski. Leży mi teraz na biurku świeżutki i pachnący numer, który Wy w kioskach będziecie mogli nabyć już jutro. A w środę, postaram się zrobić na blogu małą prasówkę.




Świeżutki egzemplarz magazynu już w domu :)

Ale to dopiero 1/3 całego spotkania. Bowiem po małej przerwie na kawkę, Juliusz Kurkiewicz przepytał Ignacego Karpowicza o „Sońkę”. Ponieważ nie przeczytałam jeszcze żadnej książki Karpowicza (30 stron „ości” się nie liczy), nie odczuwam (być może póki co) czytelniczego stosunku emocjonalnego do pisarza i jego książek. Mimo to, z chęcią posłuchałam, co ma do powiedzenia. Bardzo mi i Natalii z Kroniki Kota Nakręcacza spodobało się jego stwierdzenie, że „na każdym spotkaniu literackim trafi się jakiś świr” ;) Hmm, no cóż ;))


Po Karpowiczu i małym obiedzie (ach ten mus czekoladowy z wiśnią i miętą!) przyszedł czas na deser spotkania, czyli Mariusza Szczygła. Tak swoją drogą, nawet nie wiecie, w jakie zdziwienie wpadłam z jakieś siedem lat temu na wieść o tym, że napisał książkę (chodzi o „Gottland”). Bo ja poznałam go, jako dziecię z podstawówki, które z rodzicielką z wypiekami na twarzy oglądało wieczorami na Polsacie jeden z pierwszych talk-show „Na każdy temat”, który rozpoczynał się tekstem, że oto właśnie na dachu wieżowca wylądował helikopter z prowadzącym.

Mariusz Szczygieł, który broni się przed nazywaniem go pisarzem (woli być autorem), na spotkaniu w Agorze miał nam opowiadać o tym, jak uwodzić czytelnika. Na wstępie padło zdanie, które sam kiedyś usłyszał od starszej kobiety, przeprowadzając z nią wywiad do jednego z reportaży – „Pisanie, to nie takie proste czas komuś zajmować”.

To było coś, co go olśniło i co ma zawsze na uwadze tworząc kolejne teksty. Zasiadając do pisania zawsze ma głowie nie tylko pierwsze i ostatnie zdanie, ale dokonując uprzednio inwentaryzacji zebranego materiału, układa sobie drabinkę myśli, które potem otrzymują formę tekstu. To podobnie jak ja :) Uważa też, że najważniejszy jest początek, bo to właśnie on ma uwieść czytelnika. I obrazując to na przykładzie konkretnych książek – uwiódł swoich słuchaczy, czyli nas - blogerów.

Po spotkaniu i rozmowach z autorem w kuluarach, byliśmy zgodni w tym, że Szczygieł jest świetnym oratorem opowiadając nie tylko o tajnikach tworzenia tekstu (a wiedzcie, że nie zdradziłam Wam wszystkiego ;)), ale i o literaturze wypoczynkowej (nasz ulubiony zwrot po spotkaniu).

A oto my z Mariuszem Szczygłem :), zdjęcie dzięki Ann RK

Autograf dla Oczka być musi ;)



Po wszystkim, wraz z Elą Z. – odpowiedzialną za całe zamieszanie ;) wybraliśmy się grupką do Złotych Tarasów na afterek przy piwku i innych napojach (niekoniecznie wyskokowych). Pogoda dopisała, było ciepło, więc przyjemnie siedziało się w ogródku i rozmawiało na tematy bardziej lub mniej związane z blogami i książkami. 

Trochę żałowałam, że wydarzenie w Agorze zbiegło się w czasie ze spotkaniem autorskim Elżbiety Cherezińskiej w Juniorze na Marszałkowskiej. Ale, ale! Kiedy dobiegło ono końca, Taterka (o dzięki Ci kobieto!) ściągnęła Panią Elżbietę do naszego już bardzo kameralnego, bo pięcioosobowego grona wciąż przesiadującego przy stoliku w Złotych Tarasach. 

To było jak wisienka na torcie! Cherezińska to dopiera fascynująca persona. Z natury jestem osobą małomówną, ale bardzo lubię gawędziarzy, którzy mają dużo ciekawego do powiedzenia. A ona, wierzcie mi na słowo, jest w tym fantastyczna. Zwłaszcza, kiedy opowiada o festiwalu Wikingów w Skandynawii, o jedzeniu surowego serca renifera, śledziach, mięsa foki i słodkich kiełbas do piwa. A także o wojennych historiach związanych z jej „Legionem” i o dalszych planach pisarskich (będzie kontynuacja Korony! :))

Zdjęcie rodzinne :), z aparatu Ann RK
I tak właśnie minęła mi sobota przez wielkie S. Do domu wróciłam późnym wieczorem w nastroju, jakbym była na jakiejś niesamowitej randce, pełna dobrych emocji z nowymi znajomościami i obietnicą spotkania przy kawie ;) Możecie mi zazdrościć ;))



piątek, 19 września 2014

Jeżeli jutro sobota, to spędzamy ją z Książkami ;)


Myśl o tym, że muszę wybrać się na pocztę odpędzam od siebie jak natrętną muchę. Zdecydowanie wolę już iść do lekarza, czy załatwić sprawę w urzędzie niż wysłać ekonomiczny polecony, tudzież inną paczkę. Bo nie wszystko przecież da się wysłać e-mailem.
Wchodzę więc, niczym skazaniec do budynku, pobieram automatycznie wypluty numerek. 10 osób przede mną – super, poczytam książkę. Zasiadam na krześle, omiatam wzrokiem okienko, a moim oczom ukazuje się taki widok:


No, no! – myślę sobie. Skoro już i na poczcie, oprócz rajstop i kobiecych gazet, przemyconych pomiędzy znaczkami i kopertami, dołączyły książki – to tylko się cieszyć. Niech jeszcze w polskich serialach zaczną pokazywać, że książki się czyta, a nie stawia jednakowe grzbiety na półce, aby dekorowały segment, to jest szansa, że książki w końcu zaczną być czymś naturalnym, a nie nadzwyczajnym zjawiskiem lub skaraniem boskim.



To taki wstępniaczek mały, bo ja o czym innym miałam dzisiaj, ale ta poczta mnie skołowała ;) Dzisiaj piątek, a to oznacza początek dwóch wolnych od tyrki dni. A jeżeli jeszcze nie macie planów na warszawską sobotę, voila!

1. Zalegają Ci książki na półce, a Ty potrzebujesz przestrzeni? Kopsnij się za tydzień na Ursynów i zostaw je w Instytucie Onkologii. Pacjenci będą Ci wdzięczni.


Tymczasem w najbliższą sobotę...

2. A co jeśli chcesz mieć zawalone regały, ale akurat nie tymi tytułami, co posiadasz? Obierz jutro kierunek na Trakt Królewski. Po wakacjach znowu rusza comiesięczna Wymienialnia Książek w Kordegardzie.

3. Jeżeli jednak masz ochotę książkę zakupić, a do niej jeszcze zdobyć autograf – skieruj swoje kroki do Juniora na Marszałkowskiej. Tam spotkasz się z fantastyczną Cherezińską i nie mniej fantastyczną książkę Cherezińskiej.

4. Możesz też zabrać ze sobą dzieciaka i odwiedzić Arkady Kubickiego na Zamku Królewskim - od dzisiaj trwa tam Festiwal Książki dla Dzieci i Młodzieży.



O niedzieli nic nie wspomnę, bo w niedzielę wolny czas lepiej przeznaczyć na książek czytanie ;) Bo dzień później, wiadomo – poniedziałek, czyli znowu pięć dni tyrki. Na osłodę porannej pobudki przybędę z wpisem o blogerskim spotkaniu z Książkami w Agorze, na które wybieram się jutro. 

Stay tuned :)


środa, 17 września 2014

Od deski do deski? Małgorzata Chaładus - "Dziewczyny z PRL-u"

Błogosławię fakt, że czytam książki od początku do końca. Wprawdzie zdarzało mi się ostatnimi czasy trochę z nich napocząć, a potem zostawić w takim stanie niedoczytania, ale to i tak nikły promil czytelniczych wyrzutów sumienia, jeśliby zestawić je z tymi przeczytanymi od deski do deski. 
Zaczęło się od „W pustyni i w puszczy” - lektury w podstawówce, którą męczyłam w czasie wakacji. Męczyłam jednak do pewnego momentu, aż w końcu trybiki zaskoczyły i dzięki temu do dzisiaj afrykańskie przygody Stasia, Nel i Saby wspominam jako miłą szkolną lekturę.

Czytając „Dziewczyny z PRL-u” poczułam się znowu szkolnie. Wszystko dlatego, że autorka z maniakalnym uporem dziecka pytającego wciąż „a dlaczego”, co drugie zdanie przypominała mi jak ma na imię stworzona przez nią bohaterka. A to skojarzyło mi się z nieudolnym pisaniem wypracowań na język polski. Chcecie próbkę?



„Trochę wody wychlusnęło się na podłogę. Anna roztarła ją papuciem i poszła w stronę łazienki. Wanna wypełniona była wodą. Brązowawy osad pokrywał dno. Anna odkręciła kran nad umywalką. Rozległo się bulgotanie, ale nie pokazała się choćby jedna kropla wody. Jak zwykle.
Anna śmiejąc się, szorowała zęby proszkiem. Przypomniała sobie, jak wściekała się gospodyni, kiedy przyłapała ją i matkę na myciu zębów solą.”



Czy wiecie już jak na imię bohaterce? Zapamiętaliście? Nie bójcie, się nie zapomnicie, bo autorka zapobiegawczo wcisnęła imię jeszcze wielokrotnie tu i tam w fabule. Więc spokojna głowa ;)


Moja głowa jednak nie była spokojna, bo po kolejnej „ Anna to, Anna tamto i Anna siamto” miałam ochotę cisnąć e-bookiem w najbliższą ścianę. Oczywiście tego nie zrobiłam, bo szkoda byłoby mi telefonu, na którym tę elektroniczną książkę czytałam. 
Zaplanowałam więc po ok. 40-ej stronie grzecznie się z nią rozstać, zwyczajnie wykasowując z karty pamięci. Nie zrobiłam tego natychmiast, bo primo: miałam w pamięci casus Stasia i Nel oraz secudno: to była jedyna książka, która miałam w torbie. A jako że właśnie wracałam z pracy do domu, bez sensu byłoby bezproduktywnie gapić się ponad 40 minut w okno. 
Dlatego też książka otrzymała chwilowe odroczenie kary. Wyobraźcie sobie, że była na tyle cwana, iż udało się jej uratować od stryczka ;) Postanowiła wziąć mnie sposobem. Najprostszym! Zwyczajnie zainteresowała mnie fabułą! Wiem, brzmi skandalicznie, ale tak dokładnie było!

Fabuła jest banalna, tak jak banalne potrafi być nasze codzienne życie, a jednocześnie porywająca jak tornado. Oto mamy trzy pokolenia kobiet: babka Marta, córka Anna (tak, to ta z cytatu) i wnuczka Basia. Marta była żoną wojskowego, ale podczas II wojny światowej młodo owdowiała, a córkę z tego małżeństwa wychowywała z drugim mężem – Antonim. 
Zamieszkała na ziemiach odzyskanych, w dolnośląskim Dzierżoniowie do którego przeprowadziła się ze zrujnowanej Warszawy. Oczywiście wciąż tęskniła za rodzinnym miastem, tym bardziej, że zginęli tam jej wszyscy najbliżsi. Starała się jednak ułożyć życie na nowo w dużym gronie rodziny drugiego męża. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie PRL i sprawiająca wychowawcze kłopoty córka. 

Anna to niezłe ziółko – młoda smarkula chcąc wyrwać się z rodzinnego gniazda, kłamie, że zaszła w ciążę ze swoim chłopakiem Władkiem. Po ślubie prawda wyszła na jaw, ale klamka zapadła. Dziewczyna wiedząc już, jaki mąż jej się trafił - szybko zaczęła żałować swojej decyzji. Życie jednak płynęło dalej. W krótkim czasie urodziła córkę Basię, ale podobnie jak matka - również dość szybko została wdową, a potem ponownie mężatką. Musiała się przy tym nauczyć asertywności i nie zrażania się niepowodzeniami w kontaktach z nową teściową. 
Utworzenie nowej rodziny sprawiło, że podobnie jak ona w nastoletnim okresie buntu poluzowała emocjonalną więź ze swoja matką, tak teraz powtórzyło się to w relacjach z córką.

Basia nie została zaakceptowana przez teściową swojej matki. W związku z tym zamieszkała z babcią i przyszywanym dziadkiem, z matką, ojczym i młodszym rodzeństwem widując się okazjonalnie. To oczywiście nie było bez związku na jej nastoletnie, a później dorosłe życie, które rozpoczęło się nie tylko z indeksem wyższej uczelni w kieszeni, ale również ciążą, a potem w nieoczekiwanych okolicznościach nielegalną emigracją do Szwecji.

Te skomplikowane relacje rodzinne, osadzenie fabuły w okresie PRL-u na dodatek na ziemiach odzyskanych i trudny temat emigracji, przypomniały mi moją ulubioną „Piaskową Górę” Joanny Bator, którą co jakiś czas tutaj wychwalam. Znalazłam tutaj wiele podobnych zdarzeń, a w wielu fragmentach odnajdywałam nowe wcielenia Jadzi, Dominiki, a nawet babci Kolomotywy.

W istocie te dwie powieści mają ze sobą wiele wspólnego i obie pochłonęły moją uwagę całkowicie. W przerwach między czytaniem zastanawiałam się, co będzie dalej i cieszyłam się na myśl, że wsiadam już do tego tramwaju, by kontynuować lekturę. 
I mimo tego, że zarzucam autorce zbyt uczniowską formę (patrz cytat) prowadzenia narracji, to cieszę się, że przebrnąwszy przez te 40-stron nareszcie porwała mnie fala przedstawionej historii. Bo później było już tylko lepiej. A jeszcze później zdarzył się koniec, a ja wciąż o niej miło myślę. 

Świetnie skonstruowana fabuła, dobrze opowiedziana, warto byłoby tylko popracować nad warsztatem. Posługując się szkolną skalą – Dziewczyny z PRL-u" oceniam na mocną czwórkę. A to prawie jak słaba piątka ;) Też tak to sobie tłumaczyliście po sprawdzianach? ;)


Za książkę dziękuję Wydawnictwu Psychoskok

4/6
________________________
Małgorzata Chaładus – „Dziewczyny z PRL-u”, wyd. Psychoskok 2014

Recenzja bierze udział w wyzwaniu:


poniedziałek, 15 września 2014

Jak zostałam fanką Starszej Pani? Dariusz Zaborek - "Czesałam ciepłe króliki. Rozmowa z Alicją Gawlikowską - Świerczyńską"






„- Potem, nie pamiętam przy czyjej pomocy, na trzy miesiące dostałam się do hodowli królików rasy angora.
- Jakiego koloru były te króliki?
- Białe. Piękne. Niemcy je strzygli i sprzedawali futro. Esesman Friedrich Opitz miał własną hodowlę. Pamiętam, jak chodził i obserwował pracę więźniarek (...)
- Co pani robiła?
- Czesałam króliki. Szorowałam klatki. Karmiłam. A króliki były ciepłe. Trzymałam je i mnie grzały. (...) Wieczorem wracaliśmy, w obozie był głód, a króliki miały dobre kartofle, gotowane z ziarnami, a nie zgniłe, tak jak my. (...) Od tamtej pory nie zjem królika. To dla mnie osoba święta. Te kochane stworzenia dały mi w obozie tyle subtelnych przeżyć.”




W latach licealnych miałam fazę na literaturę obozowo - łagrową. Zaczęło się od „5 lat kacetu” Stanisława Grzesiuka, a potem na tapetę poszły jeszcze m.in. „Dymy nad Birkenau” i „Za drutami Stutthofu”. Dwa lata temu uzupełniłam wszystko jeszcze lekturą trzech tomów „Archipelagu GUŁ-ag” Sołżenicyna, a ostatnio dołożyłam obozowe wspomnienia więźnia z Korei Północnej.
Przyznaję - nie były to lektury łatwe, lekkie i przyjemne. Wręcz przeciwnie – przedstawiając ciemną stronę człowieczeństwa, dołują i zabierają nadzieję, że każdy gdzieś tam w sobie skrywa jakieś pokłady dobra.
Więc dlaczego? Może dlatego, że warto dowiadywać się o każdym kolorze historii, może przez zwyczajną ludzką ciekawość, a może aby uświadomić sobie, że mimo wszystko mamy dobrze w życiu? Pewnie wszystkiego po trochu. 

Wywiad - rzeka przeprowadzony przez Dariusza Zaborka rozpoczęłam czytać z nastawieniem, że opisze on los więźniarki obozu koncentracyjnego, która wcześniej będąc łączniczką w konspiracji wpadła podczas jednej z akcji. Rzeczywiście od tego zaczęły się wspomnienia, ale to tylko część książki. I to było jedna z rzeczy, którymi mnie ta książka zaskoczyła.

Pani Alicja opowiedziała o tym jak wyglądała jej praca w konspiracji. Zaakcentowała przy tym dość powszechny patriotyczny zryw ówczesnej rzeszy polskiej młodzieży. Zastanowiłam się, czy w czasach nam współczesnych byłoby to możliwe i stwierdziłam, że jesteśmy już innym pokoleniem. Słowo „Ojczyzna” brzmi dla nas zupełnie inaczej niż ówczesnej młodzieży 75 lat temu. 

Konspiracja została, całkiem przypadkowo, przez esesmanów wykryta - Pani Alicja najpierw trafiła na Pawiak, gdzie była przesłuchiwana, a następnie została wywieziona jednym z pierwszych transportów do kobiecego obozu koncentracyjnego w Ravensbrück. Już sam pobyt na Pawiaku był udręką: pobyt w celi z 17 osobami (normalnie przeznaczonej dla 3), wyczerpujące przesłuchania, brak higieny oraz szeroko rozumiany dyskomfort psychiczny i fizyczny. 
Prawdziwe piekło jednak zaczęło się obozie: głód, brud, choroby, brak intymności, zimno, tęsknota za dawnym życiem, ludzie traktowani jako króliki doświadczalne – są to fakty znane z przekazów osobistych i historycznych. Ale tutaj Pani Alicja zaskakuje! Koloruje czarną rzeczywistość obozowego piekła mówiąc, że nie – wcale nie było tak najgorzej. Bo przecież stając na długim apelu przyglądała się wschodzącemu słońcu, wdychała wiosenne powietrze, że między ludźmi rodziła się przyjaźń, że pomimo niedogodności  - w sumie to było tam bardzo fajnie! (sic!)

„No ekstra!” – zakrzyknęłam w duchu. Jak można twierdzić, że obóz to nie była makabra, skoro ginęły tam bezsensownie miliony ludzi. Na początku pomyślałam, że ta kobieta na stare lata zwariowała, że wypiera ze świadomości trudne młodzieńcze doświadczenia, ale im dalej zagłębiałam się w ten wywiad – rzekę, zaczynałam ją rozumieć.  

Po przeczytaniu już całego wywiadu, obejmującego także lata powojenne, stalinizm, „Solidarność” i czasy obecne oraz po podsumowaniu całej historii życia, trudów z życia lekarza – pulmonologa, tęsknoty za miłością, małżeństwa z rozsądku, śmierci córki i pomniejszych niepowodzeń, ale także i sukcesów – otrzymałam wizerunek silnej kobiety z mocnym charakterem. 

Jej stoicka postawa jest właśnie tym, w czym ja szkolę się od  dobrych paru lat. Nie przejmowanie się niepowodzeniami, nie przywiązywanie się do negatywnych wspomnień, szukanie pozytywnych aspektów w nawet najbardziej beznadziejnych przypadkach – to jest właśnie to, co pozwala łatwiej przejść przez meandry życia. Pani Alicja stwierdziła, że „siła charakteru ratuje”. Zgadzam się – wszak ją bezdyskusyjnie uratowała. Umartwianie się – tak chwalebne w religii katolickiej sprawia tylko, że jesteśmy słabsi duchowo, zależni od emocji, podatni na przeciwności losu.

Kiedy pojawia się problem, lubię sobie mówić „będzie dobrze”. Pani Alicja mówi zaś „jest dobrze, jak jest”. I chyba obie mamy rację – a przynajmniej sama chcę w to wierzyć. Kiedy pięć lat temu obłożyłam się psychologicznymi poradnikami i zaczynałam robić rachunek sumienia, wtedy zaczęłam odrabiać ważną życiową lekcję, że niepowodzenia powinno się traktować nie jak przegrany set, ale jako nabycie nowego doświadczenia.

Dla mnie ta, biograficzno – historyczna książka, jest przede wszystkim poradnikiem dobrego, bezstresowego życia. Piękne świadectwo tego, jak można wracać z tarczą nawet z największej życiowej bitwy. 

I  tak właśnie zostałam „fanką” tej starszej Pani ;)


A oto „złote myśli” Pani Alicji. Warto się uczyć od starszych.

„Zamiast rozpamiętywać, znajdywać inne zajęcia. Może trzeba mieć taki charakter, ja od dziecka potrafiłam eliminować trudne myśli. Wieczorem myślałam: „o tym pomyślę jutro, co będę sobie dziś głowę zawracać, prześpię się”. Do dzisiaj potrafię zlikwidować nieprzyjemne myśli. Mówię: „na razie”. Potem: „Jeszcze nie teraz””. A są ludzie, którzy zagłębiają się w nieszczęścia, każdy moment i każda minę człowieka rozbierają na części pierwsze. Ja tłumaczę sobie, że to nie takie okropne, że nie ma co wspominać. I widzę, jak zmienia się we mnie podejście do zagadnienia – że nie warto się przejmować.”


„Chcę panu powiedzieć, że są ludzie – bo obserwuję i słucham – którzy z wojny i z pobytu w obozie wydobywają okropności. Łatwo im to przychodzi. A ja uważałam, że jeżeli jest ciężko – a przecież nie byłam w ekstra warunkach obozowych, tylko w takich, jak większość – to trzeba się bronić. Odpychać od siebie złe odczucia psychiczne i fizyczne. W każdej sytuacji znajdować moment świadczący o tym, że jest nadzieja, że ludzie nie są tacy źli.”


„Życie to łamigłówka, proszę pana, którą trzeba sobie umieć odpowiednio rozwiązać.”


„Sztuka życia to też jest sztuka, proszę pana. (...) Wie pan, nie warto rozbijać się o banalne, nieważne sprawy, trzeba uratować to, co – w moich oczach – cenne w życiu. Ale trzeba sobie wiele rzeczy tłumaczyć, teraz to już jest u mnie automat.”



Natalia, dziękuję za użyczenie :)


6/6
_______________
cytaty: Dariusz Zaborek - "Czesałam ciepłe króliki. Rozmowa z Alicją Gawlikowską - Świerczyńską" ; wyd. Czarne 2014

Recenzja bierze udział w wyzwaniu: Polacy nie gęsi, czyli czytamy polską literaturę


niedziela, 14 września 2014

Ten głupi wiek młodzieńczy! Joyce Maynard – „Ostatni dzień lata”


„Dziś jest mój szczęśliwy dzień, rzekł Frank. Może wasz też.
I wtedy zrozumiałem, że nasze życie właśnie się zmienia. Wsiedliśmy do kosmicznej kolejki i zmierzaliśmy w ciemną otchłań, gdzie może okazać się, że nie ma gruntu pod nogami i nie wiemy, dokąd zmierzamy. Może wrócimy, a może nie.
Nawet jeśli mama myślała podobnie, nie dawała po sobie niczego poznać. Ściskała tylko kierownicę i wpatrywała się przed siebie jak przedtem, przez całą drogę do domu.”



Podeszłam do tej książki z nastawieniem na spokojne, odprężające czytadło. Ale już na początku zirytowała mnie Adele. To rozwódka, samotnie wychowująca 13-letniego Henry’ego. I w sumie nic w tym nie byłoby dziwnego, gdyby nie to, że ona praktycznie nie wychodzi z domu. Zgorzkniała, dzika (za przeproszeniem) baba, która wciąż nie może się otrząsnąć po tym, że kilka lat temu jej były mąż zrobił brzemienny w skutkach skok w bok ze swoją sekretarką, obecnie żoną i wiedzie szczęśliwe życie ojca nowej rodziny.
No zdarza się – nikt nie mówił, że w życiu będzie łatwo. Tymczasem Adele chyba zupełnie się poddała. Miałam ochotę nią potrząsnąć i krzyknąć: „pozbieraj się, kobieto!”.

Jak wspomniałam, praktycznie nie wychodzi z domu, a jeśli już musi, to tylko do banku zrealizować czek lub na rzadkie zakupy (większość ich dokonuje korespondencyjnie z katalogu). 
Ale przy okazji ostatnich zakupów z Henrym do domu wracają nie tylko z zapakowanym w bagażniku wężem ogrodowym, nową odzieżą dla syna, poduszką, ceramicznym jeżem, żarówkami, wachlarzem i rakietką ze sklejki z przymocowaną na gumce piłeczką (cóż za zakupowy szał!), ale także ze… zbiegłym więźniem siedzącym na tylnym siedzeniu. 

Frank to nie taki pierwszy z brzegu kryminalista. To człowiek, który odsiedział już 18 lat za morderstwo żony, małego synka i babki. Do końca kary pozostało mu jedynie 2 lata, ale on wykorzystując to, że właśnie trafił do szpitala na wycięcie wyrostka – wyskokiem z okna postanowił skrócić sobie niecierpliwy czas oczekiwania. I taki zakrwawiony przez szkoło z wybitej szyby, napotyka w centrum handlowym na Henry’ego i Adele.

Paradoksalnie, to dzięki temu  mordercy zmienia się życie tej zgorzkniałej rozwódki. Odkrywa w sobie kobiecość, na nowo odkurza w pamięci i nogach swoją życiową pasję, a nawet zaczyna planować przyszłość. Cudownie plany, zbudowane na kruchych podstawach runą jednak jak domek z kart. A wszystkiemu winien głupi, nastoletni wiek.

Myślałam, że to będzie książka, którą przeczytam i szybko o niej zapomnę. A jednak nie! Fabuła może i nie jest specjalnie rozbudowana, nie ma tutaj zapierających dech stylistyczno - językowych popisów, żadna tam z niej powieść szkatułkowa, ani kryminalna zagadka, która absorbuje umysł w poszukiwaniu właściwego rozwiązania. 

Mimo to zatrzymuje uwagę. No dobrze! Przyznaję! – siedząc w pracy zastanawiałam się, czy Henry będzie na tyle nierozważny, że projekcje, które stworzył sobie w głowie, rzeczywiście się ziszczą, a tym samym nie tylko rozwalą jego życie, ale i unieszczęśliwią innych. 

A! I zdradzę jeszcze, że kiedy poznałam tajemnicę Adele – rozgrzeszyłam ją z tej jej zgorzkniałej postawy. A sam kryminalista Frank? Och! To miły chłopak, który nieźle gotuje. Nie, wcale nie żartuję. Nie tylko piecze bułeczki, parzy pyszną kawę o poranku, w upalne popołudnie przyrządza chłodnik curry, ale piecze też pyszne ciasto brzoskwiniowe. Zapamiętajcie to ciasto! Ono jest tutaj ważnym elementem. I na tyle do mnie przemawiającym, że sama sobie upiekłam ciasto – rustykalną szarlotkę na mące graham z delikatnym aromatem kardamonu (tak, to jest ta słodkość ze zdjęcia).

Zapiszcie sobie ten tytuł na swobodną, weekendową lekturę. To interesująca opowieść o dorastaniu i dojrzewaniu, o niszczycielskiej sile niespełnionych pragnień, o kłamstwach i zdradach, ale też o poszukiwaniu miłości i przebaczeniu. Nie zdradzę za dużo pisząc, że powieść kończy się dobrze. Bo to jest domeną Comfort books, a do tej (naprędce wymyślonej) kategorii właśnie zaliczam „Ostatni dzień lata”.


5/6

Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu Muza


ps. W książce dość mocno podkreślony jest wątek dojrzewania – zarówno fizycznego, jak i psychicznego. Z tej tematyki polecam również powieści:



Książka została zekranizowana (stąd ta fatalna, filmowa okładka). Film nosi tytuł "Długi, wrześniowy weekend", a w obsadzie jest m.in. Kate Winslet i Tobey Maguire. 

_________________
Cytat: Joyce Maynard – „Ostatni dzień lata” (tyt. oryg. Labor Day), Wydawnictwo Literackie MUZA SA 2014



czwartek, 11 września 2014

Nagrody Literackie: NIKE, Angelus i co to jest książka w stylu pop?


Po majowych nominacjach NIKE miałam postanowienie, że przeczytam „Ości” Karpowicza. Już nawet trzymałam tę książkę w dłoni, ba! nawet zaczęłam ją czytać... Ale nie zaskoczyło na początku tak, jak sobie wyobrażałam, a i czasu miałam mało, bo to egzemplarz biblioteczny był, więc lekturę odłożyłam na lepsze czasy. Zdaje się, że chyba one nadejdą. Bo oto właśnie „Ości” znalazły się w finale i coś tak czuję w kościach ;), że zostaną laureatem.


A propos – oto lista pozostałej szóstki:

Powieści: 
„Niebko” Brygidy Helbig (W.A.B.)


 „Wiele demonów” Jerzego Pilcha (Wielka Litera)


„Nocne zwierzęta” Patrycji Pustkowiak (W.A.B.)


Tomiki wierszy:
„Nadjeżdża” Szymona Słomczyńskiego (Biuro Literackie)


„Jeden” Marcina Świetlickiego (EMG) – mimo iż zapowiedział, że nagrody od Michnika to on nie odbierze ;)


Oraz autobiografia Karola Modzelewskiego – „Zajeździmy kobyłę historii. Wspomnienia poobijanego jeźdźca” (Iskry)



Jurorami tegorocznej edycji Nagrody Nike są: Marek Beylin, Piotr Bratkowski, Mikołaj Grabowski, Irena Grudzińska-Gross, Ryszard Koziołek, Rafał Marszałek, Tadeusz Nyczek (przewodniczący), Stanisław Obirek, Maria Poprzęcka.

Tak jak wspomniałam wyżej, jeżeli wygrają „Ości”, to nie będzie żadną niespodzianką. Chociaż ja ciekawa jestem „Niebka”, bo wraz z nominowaną autobiografią Karola Modzelewskiego - to książki w moich klimatach. 
Ogłoszenie laureata już 5 października. Poczekamy – zobaczymy ;) A jak Wasze typowanie?






Na fejsbuniu wspominałam jeszcze o Angelusie – Literackiej Nagrodzie Europy Środkowej. W zeszłym roku laur zdobyła Oksana Zabużko. A oto tegoroczna szczęśliwa siódemka finalistów:

1. Jelena Czyżowa - „Czas kobiet”, przekł. Agnieszka Sowińska  (Wydawnictwo Czarne) Rosja


2. Ołeksandr Irwaneć - „Choroba Libenkrafta", przekł. Natalia Bryżko i Natalia Zapór (Biuro Literackie) Ukraina


3. Ismail Kadare - „Wypadek”,  przekł. Dorota Horodyska (Świat Książki) Albania


4. Wiesław Myśliwski - „Ostatnie rozdanie” (Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK) Polska


5. Pavol Rankov - „Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)”, przekł. Tomasz Grabiński (Książkowe Klimaty) Słowacja


6. Martin Šmaus - „Dziewczynko, roznieć ogieniek”, przekł. Dorota Dobrew (Książkowe Klimaty) Czechy


7. Jáchym Topol - „Warsztat diabła”, przekł. Leszek Engelking  (W.A.B.) Czechy

 


Na fejsie przyznałam się, że cokolwiek mówi mi tylko nazwisko Myśliwskiego. Antonina K. i Kasia C. polecają zapoznać się z „Czasem kobiet”, więc wpisałam na listę . Dzięki dziewczyny!




Jak podaje strona internetowa Angelusa – w tej edycji po raz pierwszy będzie dodatkowo przyznana jeszcze nagroda czytelników im. Natalii Gorbaniewskiej - zmarłej w listopadzie zeszłego roku przewodniczącej jury Angelusa, rosyjskiej poetki (z polskim obywatelstwem) i tłumaczki na język rosyjski (m.in. Miłosza,  Mrożka, Hłaski i Herlinga - Grudzińskiego. 
To niejako hołd dla tej, uznanej w środowisku literackim, osoby. 

Wszyscy mamy więc szansę zostać jurorem ;) Głosowanie zostanie przeprowadzone na stronie angelus.com.pl

Natomiast wręczenie obu nagród odbędzie się we Wrocławiu 15 października.




I jeszcze jedna nagroda, która, prawdę powiedziawszy – nieco mnie rozbawiła. Otóż portal Dzika Banda powołał do życia Nagrodę Literacką im. Henryka Sienkiewicza dla autora najlepszej polskiej popowej powieści roku.


Z jednej strony super, że tylko polskiej, bo mimo wszystko większą popularnością cieszą się u nas pisarze zagraniczni. Ale zaś z drugiej strony – skoro nagroda w kategorii pop, to nie wróżę szczęścia pisarzom niszowym. Albowiem pop, oznacza dla mnie nie mniej ni więcej, że laury zbierać i tak będą ci, o których normalnie jest głośno, bo są właśnie popularni i często czytani (na ten przykład Krajewski, Karpiński, Wiśniewski, Pilch i o zgrozo – Katarzyna Michalak ;)).
Ale narzekać nie będę – wszak jeśli chodzi o książki, niech się w tej sferze dzieje. Chyba się ze mną zgodzicie?


***


A tak już zupełnie na koniec to chciałam pochwalić wydawców i grafików, że większość z nominowanych i wymienionych książek w obu nagrodach - ma bardzo ładne okładki :) 



poniedziałek, 8 września 2014

Za co polubiłam Wiśniewskiego? Janusz L. Wiśniewski – „Grand”


„Oto moja opowieść, a przynajmniej jej część. Wątpię, żeby coś wam wyjaśniła, bo czym jest opowiadanie, jeśli nie łączeniem linią kropek, z których w końcu powstaje jakiś rysunek. Tym właśnie jest moja opowieść. Ja też tak wędruję od jednego miejsca i osoby, do kogoś innego, gdzie indziej i właściwie nic to nie zmienia. Znałem różnych ludzi. Byłem z nimi, mieszkałem z nimi. Widziałem jak po swojemu robili różne rzeczy. Byli dla mnie… jakby długim szeregiem przechodnich pokoi, w których spędzałem jakiś czas. Wchodząc gdzieś pierwszy raz, rozglądasz się ciekawie. Zauważasz lampę, telewizor i całą resztę. Ale po chwili to pierwsze wrażenie znika. (…) W zasadzie wszyscy ludzie są tacy sami, może mają tylko różne lodówki i inne łazienki.”
(„Nieustające wakacje”, reż. Jim Jarmusch)


Kiedy skończyłam czytać „Piaskową Górę” Joanny Bator zaczęłam zastanawiać się nad jej fenomenem. Co takiego mnie w niej poruszyło, że kiedy wracam do niej myślami, przeczytawszy przecież po drodze dziesiątki innych już książek, nadal sytuuję ją bardzo wysoko w osobistym rankingu lektur?  
Kiedy skończyłam czytać „Grand” – jestem już pewna tego, czego się domyślałam. Życiorysy! Siłą obu książek są zwyczajne historie, zwyczajnych ludzi, które brzmiąc tak niecodziennie, sprawiają wrażenie wyjątkowych. 

„Grand” składa się z 6 odrębnych opowiadań. Międzyludzkie związki w nich ukazane krzyżują się na chwilę w sopockim hotelu, by po chwili, jak pociągi na nowo biec swoim torem. Lokomotywą zdarzeń są emocje wywołane przez dawne historie, na które bohaterowie nie mieli wpływu lub wręcz przeciwnie, którzy sami przeżyli lub są ich winni. 
Dlaczego więc porzucona, znana dziennikarka tak bardzo przejęła się bezdomnym Marianem zwanym Lichutkim? Co ma wspólnego Brodski z włoskim architektem i rosyjską pokojówką? Czy niemiecki pastor znajdzie ukojenie po spotkaniu z polską kochanką esesmana? Czy inna kochanka uwierzy w opowieść młodej studentki od Wyspiańskiego? Dlaczego polsko – niemiecki Żyd znajdzie ukojenie w Kambodży i w końcu – po co profesor i niedoszły samobójca wybrał się w podróż nad Bajkał?

Wiem, brzmi to wszystko enigmatycznie. Ale lepiej poznać te historie samemu, niż czytać skróty. Najlepsze bowiem w nich jest to, że autor stworzył z tych zdarzeń labirynty. Rozpoczyna jedną historię, zaraz wplata w nią drugą, a ty dopiero po chwili się orientujesz, że dajesz się ponieść opowieści i z zainteresowaniem wchodzisz w ten labirynt z ciekawością, co będzie, kiedy z niego wyjdziesz. Sukcesem autora powinno być to, że czytelnik nie analizuje na bieżąco treści, tylko daje się ponieść. I w „Grandzie” dokładnie tak jest.

I nawet przymykam oko na, zbędne już moim zdaniem, dopowiedzenie historii, które darzyły się bohaterom po upływie roku od skrzyżowania w sopockim hotelu. Mimo że wyjaśniły zbyt wiele nie pozostawiając zbyt wiele miejsca dla tak bardzo pożądanego niedosytu. Tym razem mój zachwyt nad książką skutecznie blokuje wszelką krytykę.

Rozpoczęłam wstępem filmowym, bo jest on tak bardzo adekwatny do moich wrażeń po przeczytaniu „Grandu”. Przechodząc przez życie poznajemy wielu ludzi, jednych poznajemy bardziej, innych wyrywkowo. Za każdym jednak razem jesteśmy niczym turyści, którzy zatrzymują się na chwilę, by poznać coś, co znamy, ale zobaczyć je w innych pokojach. Bez względu na ich ilość gwiazdek.


„Tutaj chyba nie można palić, co? – zapytał nagle, rozglądając się uważnie po pokoju. – Żadnych popielniczek nie postawili.
Zresztą oprócz budynku to już chyba nic tu nie ma ze starego Grandu. Ci z korporacji zrobili taki remont, że Ruscy z powyrywanymi wannami na plecach to przy nich szabrownicy nawet mniejsi od Władzia. Tamci zostawili chociaż blizny na ścianach i podłogach, a korporanty obdarły hotel z wewnętrznej tkanki, oskalpowały, wycięły mu pamięć, wyrżnęły wątrobę i flaki, spuściły całą krew. A potem napompowały całym tym luksusem i wywaliły gwiazdki do broszur i na tablicę przy wejściu…”*



6/6

ps. Marpil, dziękuję za recenzencką zachętę do lektury :)


________________________
*  Janusz Leon Wiśniewski – „Grand”; wyd. Wielka Litera 2014



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...