piątek, 16 czerwca 2017

Jackoteka: Pierdomenico Baccalario i Tommaso Percivale (tekst), Antongionata Ferrari (ilustracje) - 50 rzeczy, które musisz zrobić, zanim skończysz 13 lat


Kiedy byłam dzieckiem, podobnie jak moi rówieśnicy, dużo czasu spędzałam na dworze. Graliśmy w wykopaka, klasycznego chowanego lub podchody, w krzakach robiło się bazy, ławki wykorzystywało do robienia namiotów z kocem w roli daszku, kopaliśmy doły w piaskownicy i zakopywaliśmy sekrety pod szkiełkiem, a na huśtawce huśtaliśmy do podbitki. Dużymi wyprawami były te na plac zabaw za tory (oczywiście w tajemnicy przed rodzicami). U babci też było fajnie. Mieszkała na skraju wsi, prawie pod lasem, do którego szło się przez łąki. Karmienie królików własnoręcznie zerwaną koniczyną, turlanie się w wysokiej trawie, przesiadywanie w ambonach myśliwych i szwędanie po lesie były super atrakcjami.


Na zdjęciu ilustracja w przygodowej książce "Wakacje na guziku"


Z przyjemnością wracam myślami do tych chwil. Wszechobecne teraz komputery, tablety i smartfony poszerzają możliwości z jednej strony, ale z drugiej rozleniwiają. Wycieczka do lasu lub swobodna zabawa na placu zabaw przegrywają często z technologią. 

A ja chciałabym, aby moje dziecko miało w sobie żyłkę poszukiwacza skarbów, pragnę zaszczepić w nim miłość do natury i pielęgnować ciekawość świata, który właśnie odkrywa pełzając po dywanie. Tak, żeby szczęście było mierzone błotnym brudem, porwanymi spodniami i dumą z samodzielnego wyhodowania rośliny, a nie tylko z przejścia kolejnego levelu w grze.

Zbieram już teraz ciekawe książki i przedmioty, które być może za kilka lat, jak już podrośnie przydadzą się jako narzędzia poszukiwacza przygód ;) I mam nadzieję, że będą dla niego atrakcyjne. W zasobach jest już na ten przykład najnowsza książka wydawnictwa Mamania "50 rzeczy, które musisz zrobić zanim skończysz 13 lat".


Przed rozpoczęciem przewidzianych 50 misji trzeba najpierw książkę spersonalizować, zapoznać się z prawami książki i podpisać (wcześniej odczytaną na głos w obecności przynajmniej dwóch świadków oraz jeden raz przed lustrem) Umowę Poszukiwacza Przygód. Później wpisać datę rozpoczęcia pierwszej misji oraz swój wiek i ruszać w świat ;)




Misje można wykonać samodzielnie (wymyślenie opowieści, sfotografowanie 3 dzikich zwierząt, jazda na sankach z górki), niektóre jednak wymagają zaangażowania rówieśników (bitwa na śnieżki, gra w piłkę na łące, założenie supertajnego klubu) lub towarzystwa dorosłych (tropienie śladów w lesie, nauka rozpoznawania grzybów, upieczenie chleba, obserwacja gwiazd), co uważam za bardzo atrakcyjny aspekt. Każdą wykonaną misję należy na pamiątkę wrażeń podsumować i przyznać punkty (za odwagę, cierpliwość, staranność, kreatywność i zabawę). Można dodać od siebie różne zapiski, czy rzeczy związane z konkretną misją. Im książka będzie bardziej zapisana, pomazana i wyklejona – tym lepiej. Znaczy, że zabawa była udana :) 






Podoba mi się notesowy charakter tej książki. Ma zaokrąglone rogi, zamyka się na gumkę (dodałabym jeszcze gumkę z boku, aby można było w nią włożyć długopis lub ołówek) i ma miejsce na notatki. I jeszcze jedna bardzo fajna rzecz – na końcu każdej misji dopisana jest sugestia przeczytania konkretnej, powiązanej z tematem książki  (np. misja „Spędzenie nocy w niebezpiecznym miejscu - książka „Księga dżungli”, misja „Śledzenie kogoś tak, aby się nie zorientował” – książka „Przygody Sherlocka Holmesa”, misja „Zasadzenie rośliny” – książka „Tajemniczy ogród”).



"50 rzeczy, które musisz zrobić, zanim skończysz 13 lat" polecam dla dzieci, które już czytają i piszą (aby mogły samodzielnie personalizować książkę). Do lat 13? Nieee, 13 to tylko sugestia ;)


6/6
_________________________________
Pierdomenico Baccalario i Tommaso Percivale  (tekst), Antongionata Ferrari (ilustracje), 50 rzeczy, które musisz zrobić, zanim skończysz 13 lat, wyd. Mamania 2017

Egzemplarz do recenzji przekazało wyd. Mamania 


niedziela, 4 czerwca 2017

Jackoteka: Co "czyta" niemowlak?


Spośród wszystkich rozwijających się zdolności wzrokowych dziecka największe wrażenie wywołuje chyba poprawa ostrości wzroku, czyli zdolności odróżniania szczegółów oglądanych przedmiotów. Ostrość wzroku dziecka tuż po urodzeniu wynosi 20/600, co znaczy, że jest trzydziestokrotnie mniejsza niż normalna ostrość wzroku osoby dorosłej, która równa jest 20/20. Poprawia się ona szybko, dzięki zmianom w oczach i korze mózgowej, w pierwszych sześciu miesiącach życia, a potem nieco wolniej, ale stale, prawie aż do piątego roku. 
(Lise Eliot, „Co tam się dzieje? Jak rozwija się mózg i umysł w pierwszych pięciu latach życia, wyd. Media Rodzina 2010)





Oto kolekcja książek, które aktualnie „czyta” Jacek.  To zróżnicowana kolekcja nie tylko pod względem treści, ale również faktur i wieku, dla którego są dedykowane.


Książeczki kontrastowe, wyd. Wilga - Grupa Wydawnicza Foksal
Książeczka poznawcza -Twarze, smartbooks
Harmonijka Oczami maluszka, wyd. Sierra Madre


Jacek rozpoczął erę czytelnika ;) od serii kontrastowej. Był wtedy malutkim niemowlakiem, który głównie spał i jadł, wciąż niewiele widział i nie miał świadomości własnego ciała.  Później do kolekcji dołączyła jeszcze książeczka z twarzami, którą zakupiłam w sklepie znanej niemieckiej sieci drogerii. Traf chciał, że byłam tam akurat po pieluchy, a książki z tej serii były akurat w promocji. Wszystkie te książeczki są nadal w użytku, ale ponieważ teraz jest już starszym, bo siedmiomiesięcznym niemowlakiem – przyszedł czas na wyższy stopień wtajemniczenia ;)


Czarne czy białe: zwierzęta, rzeczy, podróże, wyd. Olesiejuk
Książeczka poznawcza - Kształty, smartbooks


Wciąż jesteśmy w kontrastach, ale już bardziej rozbudowanych. Pojawił się dodatkowy kolor, rysunki są mniej „kanciaste”, jest też dużo różnych figur. Te książeczki też są super, ale… 


IKEA LEKA
Książeczka z królikiem no name
Rybka - książeczka przytulanka, Redakcja wydawnict dziecięcych Bellona
Książeczka kąpielowa Canpol babies


Jacek ma już świetnie opanowaną motorykę małą. Jego ruchy dłoni nie są już takie nieporadne, jak jeszcze 3 miesiące temu. Powiedziałabym nawet, że są zaskakująco precyzyjne. I lubią badać otoczenie. A poza tym w porównaniu z okresem noworodkowym – widzi bardzo dobrze i zwraca uwagę na różne dźwięki. Co tu dużo mówić – stał się bardziej kumaty. Dlatego do książkowego teamu dołączyły książeczki sensoryczne: różne faktury (śliski materiał na gąsce, futerko na owcy i kocie), dźwięki (ośmiornica dzwoni dzwoneczkiem, szeleszczą fale i skrytki myszki i kraba, kaczka kwacze), mają coś do manipulacji (można pociągnąć lwa za ogon, trzymać słonia za trąbę, wyjąć z dzioba pelikana rybę lub królika z kapelusza). Doliczam tu również kąpielową książeczkę, którą można badać organoleptycznie śliniąc ją i gniotąc do woli bez żadnej szkody. 


A powyżej to już książeczki, które czytamy wspólnie, bo muszą być z dala od ciekawskich rączek. Wszystkie trzy są dla niego atrakcyjne z uwagi na różne wycięcia i rysunki, ale największą atrakcją jest malutka książeczka typu pop-up „Kto się kryje w lesie?”.  Jacek bardzo się ekscytuje, kiedy ją czytam. Bo bawi go nie tylko to, że zawsze odpowiednio moduluję głos i wydaję odgłosy zwierząt, ale również, że zwierzęta dzięki wycinankom „wychodzą” z książki i stają się przestrzenne. Swoją drogą, ciekawa jestem jak on to odbiera, ale jednego jestem pewna – to dla niego niezła frajda.

Jan Brzechwa (tekst) Franciszka Themerson (ilustracje), Tańcowała igła z nitką, wyd. Czytelnik 1986
Jan Brzechwa (tekst) Franciszka Themerson (ilustracje), Kaczka dziwaczka, wyd. Czytelnik 1985


I jeszcze książki, które Jacek raczej nie ogląda, bo rysunki Franciszki Themerson mogą być dla niego jeszcze zbyt abstrakcyjne. Za to jest uważnym słuchaczem wierszy Jana Brzechwy w niej umieszczonych. 

A Wy jakie czytacie/czytaliście książeczki swoim niemowlakom?




czwartek, 1 czerwca 2017

O najlepszym prezencie dla dziecka. Gabrielle Palmer - Polityka karmienia piersią


1 czerwca to z wiadomych przyczyn ulubiony dzień każdego dziecka. I każde z nich ma nadzieję na otrzymanie prezentu. Mój syn, chociaż jeszcze nie jest świadomy tak fajnego dnia, oczywiście również dostanie prezent. Właśnie w drodze do nas są zamówione (jak na czytającą mamę przystało) książeczki. Wszak, jak głosi znane powiedzenie „czym skorupka nasiąknie, tym na starość trąci”. A ja mam zamiar mu w tym pomóc. Już teraz ma on małą kolekcję własnych książeczek, które wspólnie „czytamy”. Niebawem będzie o nich osobny wpis.

Ale 1 czerwca to nie tylko Dzień Dziecka. To również Światowy Dzień Mleka oraz ostatni dzień Tygodnia Promocji Karmienia Piersią. Jakże wszystko się to ładnie łączy w całość. Jest bowiem jeden, jedyny, specjalny, najlepszy i bezkosztowy prezent, jaki dziecko może otrzymać na całe życie – zestaw korzyści, jakie płyną wraz z mlekiem matki.


Wyobraźmy sobie sytuację, w której międzynarodowa firma doprowadza do powstania pewnego produktu żywnościowego. Produkt ten jest zarazem odżywczym i smacznym pokarmem oraz cudownym lekiem i środkiem, przeciwdziałającym zapadaniu na wiele chorób. Na dodatek generuje prawie zerowe koszty produkcji i może być dostarczony w ilościach dostosowanych do potrzeb konsumentów. Ogłoszenie o takim odkryciu wystrzeliłoby akcje firmy na sam szczyt giełdowych notowań. Odpowiedzialni za wynalazek naukowcy otrzymaliby wszelkie możliwe nagrody, a prestiż i majątek wszystkich osób zaangażowanych w projekt zwiększyłyby się niebotycznie. Kobiety produkują taką właśnie cudowną substancję – mleko z piersi – od samych początków istnienia ludzkiego gatunku. Mimo to stanowią biedniejszą i słabszą połowę ludzkości.*


W tle wykorzystano książki:
Przygotowanie do Naturalnego porodu (red. Włodzimierz Fijałkowski), Państwowy Zakład Wydawnictw Lekarskich 1987


Amerykańska firma Abbott-Ross w XX wieku oferowała szpitalom położniczym pewną darmową usługę – planowanie przestrzennego rozkładu sal. Jak nietrudno zgadnąć firmy nawet jak oficjalnie oferują coś za darmo, zawsze mają z tego jakiś zysk. W tym przypadku była promocja karmienia noworodków mlekiem modyfikowanym. Sale matek od sal ich dzieci zostały oddzielone na tyle, aby to karmienie butelkę było poręczniejsze dla obsługi szpitalnej, niż dowożenie matkom dzieci na czas karmienia piersią.

Hortense Breastfeeding, Paul Cézanne (1872)


Maternité, Pierre-Auguste Renoir (1885)


Maternite, Mary Cassatt (1890)

Inny przykład? Powszechność sztucznego mleka na oddziałach położniczo-noworodkowych. W listopadzie zeszłego roku urodziłam swojego syna i gdyby mi się nie chciało podejmować karmienia piersią – z otrzymaniem (zupełnie darmowo) pełnej butelki nie miałabym najmniejszego problemu. Matki nie bardzo chcą eksperymentować na swoich dzieciach, więc zapewne większość z tych, które w szpitalu skorzystały z usługi pełnej butli, będzie kontynuować dalsze karmienie już tą konkretną marką mleka, którym karmiła swojego noworodka na szpitalnym oddziale. Tyle tylko, że po wyjściu ze szpitala będzie za nie już płacić przy kasie sklepu lub apteki. I tak kręci się biznes.

Właśnie o tym Gabrielle Palmer napisała ten fascynujący reporterski dokument. To nie dzieci i ich matki mają mieć korzyść z karmienia mlekiem, ale korporacje. Sytuacja, w której matka z powodów fizjologicznych nie może wykarmić własnego dziecka jest rzadsza, niż się wydaje. A mimo to miliony kobiet wierzą, że ich mleko jest niepełnowartościowe, że mają go za mało, lub, że samo zanikło. Rynek producentów mleka modyfikowanego bardzo się postarał, aby tak właśnie myślały. I oferując, nie zawsze etycznie, swój produkt skutecznie ograniczyły powszechną jeszcze na początku XX wieku profesję mamki.


Maternity (Women on the Seashore), Paul Gauguin (1899)


Maternidad Pablo Picasso (1901)


Motherhood, Gino Severini (1916)

Próby wyprodukowania alternatywy dla kobiecego mleka sięgają XIX wieku, jednak powszechne stały się dopiero w zeszłym wieku. I wcale nie dlatego, aby ulżyć lub pomóc matkom i ich dzieciom, ale aby wykorzystać… nadwyżki mleka krowiego. Przez cały wiek XX firma Henriego Nestlé i mu podobnych bardzo się postarały, aby pod przykrywką troski o zdrowie młodego pokolenia sprzedać obietnicę czegoś lepszego, niż mleko kobiece.
I chociaż dobrze jest mieć zawsze alternatywę i/lub wyjście awaryjne zawsze powinno się wybierać najpierw to, co jest najlepsze i najwartościowsze, czyli to, czego producentem jest sama natura. Nie chodzi tutaj wcale o fanatyzm czy uziemienie kobiet w trakcie początków ich macierzyństwa, ale o korzyści nie tylko dla dziecka i jego matki, ale i całego społeczeństwa. Zdrowe jednostki, to mniejsze koszty np. na służbę zdrowia, które ponoszą wszyscy płacąc podatki.

Maternity, Tamara Łempicka (1928)


Madonna Litta, Leonardo da Vinci (ok. 1490)


Mother and Child, Jean-Baptiste-Camille Corot (ok. 1860)

Książkę Gabrielle Palmer czyta się jak dobry kryminał. Zawiera tyle ciekawych faktów, że trudno się od niej oderwać. Napisała nie tylko o strategii i nieetycznych praktykach firm produkujących mleko, ale i Międzynarodowym Kodeksie Marketingu Produktów Zastępujących Mleko Kobiece, konsekwencjach stosowania sztucznego mleka w krajach, w których bieżąca, i co ważne, czysta woda jest na wagę złota, o przyczynach niedożywienia i śmiertelności niemowląt, historii deprecjacji mleka kobiecego, ale i o bankach mleka i o tym, jak karmienie niemowląt wygląda w niektórych krajach (bardzo ciekawe fragmenty dotyczyły sytuacji w Paupi Nowej Gwinei).

Z tą książką jest podobnie, co ze „Zjadaniem zwierząt” Jonathana Foera. Nawet jeżeli jesteś absolutnie za karmieniem butelką lub zdeklarowanym mięsożercą, warto wiedzieć jak wygląda cały ten biznes, za który zapłacisz w kasie nie tylko kartą Master Card.

Minął właśnie 7. miesiąc mojego karmienia piersią, a ja wciąż mam w sobie zapał neofity. I nadal utwierdzam się w tym, że jest to dobra decyzja nie tylko pod kątem zdrowia (mojego syna i moim) i ekonomicznym, ale przede wszystkim to jest naprawdę przyjemne, buduje więź i daje poczucie sprawczości i mocy, że oto samodzielnie mogę wykarmić własne dziecko. A poza tym daję dziecku najlepszy prezent na całe jego życie. Matki mają moc – warto o tym mówić :)




A tutaj i tutaj historyczne ciekawostki, czyli jak karmienie piersią wyglądało w czasach wiktoriańskich.

I jeszcze kilka przydatnych stron:
Hafija
Mlekiem mamy
Pracuję z pełną piersią


6/6
___________________________
Gabrielle Palmer, Polityka karmienia piersią (The Politics of Breastfeeding, przekł. Anna Rogozińska, wyd. Mamania 2011



piątek, 12 maja 2017

O tym, co masz na widelcu. Jonathan Safran Foer - Zjadanie zwierząt


Etyczny przemysł mięsny (trzymanie zwierząt w dobrych warunkach, szybka śmierć) nie jest nierealny, ale gdyby stał się on rzeczywistością, musielibyśmy zapomnieć o ogromnych ilościach taniego mięsa, którymi cieszymy się obecnie.*

Kocica ze zdjęcia nie jest jadalna. Śpi i ma się dobrze ;)


Gdyby rzeźnie miały szklane ściany, każdy byłby wegetarianinem. To zdanie Paula McCartneya jako pierwsze przyszło mi do głowy, kiedy czytałam Zjadanie zwierząt. I mimo że książkę napisał wegetarianin jej głównym założeniem wcale nie jest promocja diety bezmięsnej.

W języku chińskim zwierzę to nic więcej jak poruszająca się rzecz. Nie – stworzenie, czy żyjąca istota. I pewnie właśnie z tego powodu wszystkożerni Chińczycy są okrutni dla tych poruszających się rzeczy, czego potwierdzeniem jest kulinarny chiński pamiętnik Fuchsi Dunlop Płetwa rekina i syczuański pieprz.

Kiedy Jonathan Safran Foer został ojcem swojego syna zaczął zastanawiać się nad rolą pożywienia. Najlepszym przykładem dla Amerykanina był indyk podawany na Święto Dziękczynienia (gdyby książkę napisał Polak pewnie by wspomniał o wigilijnym karpiu). Co sprawiło, że jest on niezbędny, skąd wziął się taki zwyczaj i czy rezygnacja z niego (i innych mięs) oznaczałaby w pewnym sensie stratę ważnej części kulturowej i rodzinnej tożsamości? Jak bardzo rodzinne rytuały i kulturowe odniesienia przekładają się nie tylko na to, dlaczego mięso ląduje na talerzu, ale również dlaczego tak trudno z niego zrezygnować?

A właściwie jak to z tym mięsem jest? Dlaczego jadamy kurczaki, indyki, świnie, krowy, czy ryby, a nie jadamy psów? Skoro:

Francuzi, którzy kochają psy, jedzą czasem konie.
Hiszpanie, którzy kochają konie, jedzą czasem krowy.
Hindusi, którzy czczą krowy, jedzą czasem psy.

Skąd ta wybiórcza miłość i granica dla tego co wolno i nie powinno się? Skąd ta polaryzacja poglądów? Wynika ona z zażyłości z jednymi gatunkami, poglądami o mądrości lub prymitywizmie, specjalnej bliskości ewolucyjnej z człowiekiem lub może z jakimś tabu?

I kiedy jesteśmy przekonani, że psów lub kotów absolutnie nie, ale kury, indyki, świnie, krowy i ryby już tak – to może warto się zastanowić, co musi się zadziać wcześniej, aby kawałek mięsa żyjącego kiedyś zwierzęcia finalnie było kotletem na naszym talerzu?


Kilka lat temu czytając Krainę Fast foodów Erica Schlossera odczuwałam ulgę, że nie jestem klientem znanych marek barów szybkiej obsługi. Książka opisywała nie tylko drogę do biznesowego sukcesu m.in. KFC czy McDonald’s, ale skupiła się na całej karuzeli tego śmieciowego jedzenia. Dyktat hamburgera postawił na głowie cały przemysł, prawa pracownicze oraz kulinarne tradycje i zwyczaje. I tak sobie myślę, że Zjadanie zwierząt, choć zostało napisane 8 lat po książce Schlossera – jest doskonałym wstępniakiem do czytania o fastfoodowych korporacjach.

Bo gdyby nie automatyzacja nie byłoby przemysłowego chowu zwierząt rzeźnych. Idąc dalej – nie mielibyśmy tak taniego mięsa, jak mamy obecnie. Ale nigdy wcześniej nie mieliśmy tak złej jakości mięsa zwierząt hodowanych w tak okrutnych warunkach, których jeszcze pół wieku temu nikt by się nie spodziewał.

Model biznesowy farm z branży mięsnej opiera się na ukrywaniu przed konsumentem tego, czego konsument wolałby nie wiedzieć.

Zjadanie zwierząt jest reporterską opowieścią o tym, jak przemysł mięsny ma wpływ na nasze środowisko, bogactwo biologiczne, zdrowie i nasze poczucie moralności. Stawia pytania o konieczność zadawania bólu i cierpienia zwierząt rzeźnych, o farmerską i biznesową etykę i oto ile jeszcze z dawnego gatunku zwierzęcia pozostało w tych genetycznie modyfikowanych mutantach, które lądują na naszych stołach.

W latach 60. w prasie branżowej zaczęto określać kury nioski jako „efektywne maszyny do produkcji jajek” (…), świnie jako „maszyny w fabryce” (…), a XXI wiek jako okres „spisywania księgi z przepisami na organizmy modyfikowane” (…).

I chociaż autor w obszernych fragmentach skupia się na okrutnych praktykach przemysłowej hodowli zwierząt i niewyobrażalnym cierpieniu zwierząt rzeźnych (wystarczy zerknąć na polską organizację Otwarte klatki, aby dowiedzieć się choć trochę), to jednak książka nie jest manifestem jego wegetarianizmu. Wręcz przeciwnie – oddaje głos nie tylko aktywistom walczącym o prawa zwierząt, ale również farmerom i pracownikom rzeźni. Wskazuje fakty, ale jest też obserwatorem. A przede wszystkim przekonuje, że to od nas i naszych codziennych wyborów i głosowania portfelem zależy nie tylko, ile i jakie cierpienia doświadczą wcześniej nasze kotlety, ale też z jakiej jakości mięsa one będą. No i czy koniecznie muszą być mięsne? To książka o konsumenckiej świadomości jakości współczesnego pożywienia. Zawsze warto wiedzieć, co się ma na widelcu.


________________________________
cytaty: Jonathan Safran Foer, Zjadanie zwierząt (Eating Animals, przekł. Dominika Dymińska), Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2013

poniedziałek, 8 maja 2017

Dzień Bibliotekarza i Bibliotek oraz XIV Ogólnopolski Tydzień Bibliotek


(…) Wilhelm pochylił się nad spisami wykaligrafowanymi w kodeksie. Zerknąłem też ja i odkryliśmy tytuły ksiąg, o których nikt nie wiedział, i innych, najsławniejszych, a wszystkie w posiadaniu biblioteki. (…)
- W jaki sposób odczytujesz położenie każdej z ksiąg? (…)
Malachiasz spojrzał na mnie surowo.
- Może nie wiesz lub zapomniałeś, że dostęp do biblioteki ma tylko bibliotekarz. Tak więc jest słuszne i wystarczające, by on jeno potrafił te dane odcyfrować. (…) Początki biblioteki giną w otchłani wieków – rzekł Malachiasz – i książki wpisuje się w porządku napływania zakupów, darowizn, w miarę jak przybywają w nasze mury.
- Trudno je odnaleźć – zauważył Wilhelm.
- Wystarczy, by bibliotekarz znał je na pamięć i wiedział, kiedy każda pojawiła się tutaj. Inni mnisi zaś mogą polegać na jego pamięci. – I miało się wrażenie, że mówi o kimś innym, nie o sobie samym; pojąłem więc, że mówi o urzędzie, jaki w tym momencie, choć niegodny, pełni, lecz sprawowanym przedtem przez stu innych, których nie masz już między żywymi i którzy kolejno przekazywali sobie swą wiedzę. (Umberto Eco, Imię róży)


Nieżyjący już Umberto Eco był bibliofilem i posiadaczem pokaźnej biblioteki, nie dziwi więc, że napisał nie tylko rozważania „O bibliotece”, ale i bibliotekę osadził jako główne miejsce akcji w swojej debiutanckiej powieści.



Kto zaś dzisiaj wybiera się do publicznej biblioteki, niech nie zapomni złożyć życzenia swojej bibliotekarce lub bibliotekarzowi. 8 maja to bowiem Dzień Bibliotekarza i Bibliotek, a także początek XIV Ogólnopolskiego Tygodnia Bibliotek. Być może Wasza biblioteka przygotowała z tej okazji ciekawe atrakcje lub… (jak to się zdarza w wielu) ogłosiła abolicję na przetrzymywane książki.

Oficjalny plakat Tygodnia Bibliotek 2017, autorstwa Barbary Wysmyk z Koszalińskiej Biblioteki Publicznej

Zatem bibliotekarzom, z okazji ich święta, życzę dużo powodów do zadowolenia z własnej pracy i tyleż samo czytelników, a nam - bywalcom bibliotek miłych, kompetentnych bibliotekarzy oraz bogatych i dostępnych księgozbiorów :)

Fragment BUW-u (Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego) od ul. Dobrej



Na koniec zostawiam Wam garść „bibliotecznych” linków: 






wtorek, 2 maja 2017

Bogate wnętrze, czyli rzecz o wyklejkach. Część IV - okładki


Majówka trwa w najlepsze, będzie więc lekko i kolorowo ;) A to oznacza, że pora na kolejny odcinek „Bogatego wnętrza”, czyli cyklu o wyklejkach. Bardzo go lubię, podobnie zresztą jak inny cykl (ale o okładkach) - „Twarz książki”. I właśnie dzisiaj je połączę.
Zdarza się bowiem tak, że na wyklejce pojawia się motyw przewodni i/lub tło z okładki lub nawet część ilustracji z niej. Kilka takich właśnie udało mi się znaleźć w domowej biblioteczce. I chociaż tym razem nie jest aż tak spektakularnie, to jednak mam swoich faworytów: Księgę zachwytów i Dziwnologię :)







Kościół Pokoju w Jaworze (red. Barbara Skoczylas-Stadnik); Wyd. Muzeum Regionalne w Jaworze 1994




Marco Polo, Opisanie Świata (z przedm. Umberta Eco); wyd. W.A.B. 2010




Richard Wiseman, Dziwnologia. Odrywanie wielkich prawd w rzeczach małych; wyd. W.A.B. 2010





Filip Springer, Księga Zachwytów; wyd. Agora SA 2016





Christine Barrett, The Book of Mexican Foods; wyd. Ted Smart 1991










Aniela Rubinstein, Kuchnia Neli, wyd. MUZA SA 2011



cdn. :)

Nieustająco liczę również na zdjęcia wyklejek w książkach z Waszych domowych biblioteczek :)



niedziela, 23 kwietnia 2017

O pewniej "bardzo dużej rodzinie" i o tym, jak napisać dobrą debiutancką książkę. Kamil Bałuk – Wszystkie dzieci Louisa


Na sam koniec zrobiłem obliczenia. W kalendarzach miałem spisane wszystkie wizyty co do jednej, znałem też przybliżoną skuteczność zapłodnień. Przepisałem dane do arkusza kalkulacyjnego, żeby się nie pomylić. Zastosowałem statystyki z Lejdy, bo te znałem: dwieście czterdzieści trzy wizyty tam sprawiły, że dzieci urodziło się trzydzieścioro jeden. Wyszło mi więc, że tysiąc pięćset dwadzieścia cztery wizyty we wszystkich trzech bankach przez dwadzieścia lat to ponad dwie setki dzieci.*



W Międzynarodowy Dzień Książki i Praw Autorskich, a ten przypada właśnie dzisiaj, aby go odpowiednio uczcić - wypadałoby napisać o czymś szczególnym. Postanowiłam jednak, że nie będzie statystyk, wniosków z badań, kompilacji ani tematów pobocznych. Skoro to święto książek, będzie o książce szczególnej. Jej wyjątkowość w moim rankingu wynika z tego, że już na początku drugiego kwartału tego roku mam swój typ na książkę roku. To debiut Kamila Bałuka „Wszystkie dzieci Loiusa”.

Wyjątkowość tej książki tkwi zarówno w kontrowersyjnym temacie głównym, jego rozwinięciu, ale i wątkach pobocznych. In vitro i metody poboczne to szalenie ciekawy społeczno-demograficzno-etyczny temat, który od zawsze rozpala publiczną debatę o tym, czy jest to etycznie dobre. Trudno postawić ocenę jednoznacznie pozytywną lub negatywną. Jej owoce rodzą (sic!) zarówno szczęście, ale i mnożą konsekwencje. Szczególnie, kiedy w grę wchodzi dawstwo.

Na tym właśnie opiera się szkielet reportażu Kamila Bałuka. Bo oto mamy holenderski skandal, który jest jednocześnie niezłą pożywką dla mas. Od lat 80-tych XX wieku dzięki m.in. klinice niepłodności dr Jana Karbaata przychodzą na świat dzieci, które mają nieznanego ojca biologicznego. Teoretycznie przy użyciu nasienia jednego dawcy mogło zaistnieć 6 ciąż. A przynajmniej tak był informowany gros klientów kliniki niepłodności.

Klinika dr Jana Karbaata
foto: Milan Rinck, www.ad.nl


Tymczasem, po latach, okazało się, że dzieci rodziło się więcej niż sześcioro. Nawet więcej  niż dziesięcioro. Louis, jeden z bardzo „aktywnych” dawców w swoich szczegółowych notatkach sporządzonych przez dwie dekady, kiedy oddawał nasienie do inseminacji doliczył się, że w Holandii może żyć pokaźne grono jego biologicznych dzieci, bo aż 200! Całkiem niezła mała wioska. Pikantności dodaje fakt, że z pochodzenia jest śniadym Surinamczykiem, zatem z wyglądu nie przypomina typowego bladego Holendra. Jakież więc zdziwienie rodziców dziecka z poczętych z pomocą kliniki Karbaata, kiedy okazywało się, że ich latorośl nie jest blondynem, a ma ciemne, kręcone włosy, ciemniejszą karnację, pokaźny duży paluch u stopy, a dentysta twierdzi, że zgryz ma nie europejski, a afrykański!

A to jeszcze nie koniec. Bo po latach okazuje się, że dawca jest autystykiem (a dokładniej cierpi na Zespół Aspergera), o czym przyszli rodzice nie byli informowani. Zresztą, powiedzieć, że byli dezinformowani, to mało. Duża „zasługa” w tym należy do dr Jana Karbaata, który do zasadek i regułek (jak sam lubił używać zdrobniałej formy) miał podobne podejście, jak niektórzy kierowcy do sygnalizacji świetlnej uważający kolor czerwony jedynie za sugestię.

Zatem mamy dwustu ludzi, którzy mają jednego i tego samego biologicznego ojca, z racji swojej choroby mało przystosowanego społecznie, różniącego się również fizycznie od typowych Holendrów. Na dodatek klinika niepłodności przez lata robiła niezłe wałki na swojej działalności, sam doktorek uważa się za zbawcę świata, a ujawnienie całej sprawy jest jednocześnie telewizyjną rozrywką. Bo oto poszukiwanie półbraci i półsióstr („Połówek” jak sami siebie określają, bowiem w holenderskim nieznane jest słowo rodzeństwa przyrodniego) odbywa się w kolejnych programach telewizyjnych typu „show”. Bo jak wiadomo – życie pisze przecież najlepsze scenariusze.


Książka dotyka wielu aspektów: niepłodności, inseminacji (jako jednej z form wspomagania rozrodu), tożsamości, więzów rodzinnych, autyzmu (wywiad z Loiusem to mój ulubiony fragment), trendów społecznych (jak np. matek BOM – samotnych z wyboru), etyki klinik leczenia niepłodności i bioetyki w ogóle i jeszcze paru innych. Złożoność, problematyka i kontrowersje całej historii to jedno. 
Drugie natomiast  to forma i narracja, jaką ostatecznie przybrał reportaż Kamila Bałuka. Panie i Panowie – czapki z głów przed tym debiutem! Rozwijanie kłębka zawiłej historii i kolejne prowadzanie postaci dramatu jest poprowadzone tak umiejętnie i rozbudzające ciekawość, że moje myśli podczas świąt wielkanocnych krążyły głównie wokół tej książki. Nie mogłam się doczekać kolejnych pór karmienia syna, aby móc dorwać się do kolejnej porcji lektury. Wow! To naprawdę niezły kawał literatury faktu. Kamil Bałuk postawił sobie poprzeczkę naprawdę wysoko. Ta książka jest właśnie odpowiedzią na to, jak napisać dobrą debiutancką książkę. „Wszystkie dzieci Louisa” jest mocnym kandydatem w osobistym rankingu na najlepszą książkę przeczytaną w 2017 roku.

Moja ocena - bezdyskusyjne 6/6



A tak na koniec: jeżeli czytaliście książkę Asne Seierstad „Jeden z nas. Opowieść o Norwegii” i/lub „Człowiek o 24 twarzach.Billy Milligan – najcięższy przypadek rozszczepienia osobowości w dziejach” Daniela Keysa, to „Wszystkie dzieci Louisa” są równie doskonałe i mają dość podobny sposób prowadzenia narracji. Jeżeli nie czytaliście żadnego z tych tytułów literatury faktu – polecam baaardzo gorąco (choć znacząco różnią się tematem) wszystkie trzy. 

Natomiast w temacie in vitro polecam następujące tytuły:


____________________
Egzemplarz do recenzji przekazało wyd. Dowody na Istnienie

piątek, 21 kwietnia 2017

O tym, że nie każda bajka jest dla dzieci. William Makepeace Thackeray - Pierścień i róża, czyli historia Lulejki i Bulby z rysunkami autora. Pantomima przy kominku dla dużych i małych dzieci


Im jestem starsza, a tym bardziej od kiedy zostałam mamą – coraz bardziej krytycznie patrzę na rzeczy (z różnych kategorii) opatrzone etykietką „dla dzieci”. Z racji przedmiotu bloga – wezmę na tapet książki.


Mam taki oto stos bajek, baśni, (o)powieści, wierszy i różnych historyjek. Wszystkie dedykowane dla dzieci i młodzieży. Zbiory z dobrych kilku lat, a nawet i ponad dwóch dekad. Część z nich sentymentalna, bo dobrze kojarzą się z czasów, kiedy czytałam je będąc dzieckiem.
Jakiś czas temu przeszły już pierwszą selekcję. Ilustracje (o niektórych wspomniałam tutaj) brzydkie, nieatrakcyjne, wątpliwej wartości artystycznej. Papa, takich nie chcę – poszły na bookrossingowy regał w gminnej bibliotece i wymienialnię w Kordegardzie.

Teraz przyszedł czas na treść. Naszły mnie bowiem przemyślenia nad tym, jak dużo w bajkach jest przemocy i jaki mają wpływ na dzieci. Nie tylko telewizyjno-kinowych.
-"Ale odkrycie" - powiecie! Przecież wszyscy czytaliśmy baśnie Andersena i/lub braci Grimm i żyjemy. Baba Jaga wkładająca Jasia do pieca, siostry poniewierające Kopciuszkiem i obcinające sobie kawałek stopy, aby zmieścić się w tego pantofelka (wtf?!) , opisy prób zabójstwa królewny Śnieżki - to tak na przykład. Jasne, czytaliśmy, nie skrzywiło to naszej psychiki, a nawet uczyliśmy się, że dobro zawsze zwycięża. O co zatem to całe halo? Ano w kącie też nas stawiali, kazali jeść obiad do końca nawet jak nam nie smakował, niektórych tyłki posmakowały pasa, a wszyscy mieli być grzeczni i siedzieć cicho, kiedy mówi dorosły. Tak się wychowywało, taka była pedagogika, dzieci i ryby głosy nie miały. Ale teraz jest inaczej.



Góra: Francisco Goya, Manuel Osorio Manrique de Zu_iga, 1778 
Dół: Diego Velázquez, Panny Dworskie, 1656


A zatem skoro niektóre metody wychowawcze odchodzą do lamusa jako szkodliwe lub nieadekwatne, może warto również zastanowić się, czy nie powinno się zweryfikować klasyki literatury dziecięcej?
Zatem ze zbioru na pierwszy ogień „Pierścień i róża, czyli historia Lulejki i Bulby z rysunkami autora. Pantomima przy kominku dla dużych i małych dzieci”, czyli baśń W.M. Thackeraya  z 1855 r.

- Oznajmiam najpokorniej Ich Książęcym Wysokościom, że Ich Królewskie Moście oczekują Ich Książęcych Wysokości w sali tronowej, dokąd ma wkrótce przybyć Jego Dostojność Następca Tronu Krymtatarii.


Cieszyłam się, że ją zdobyłam na wymianie, bo spodobały mi się ilustracje samego autora. Kiedy zaczęłam ją czytać było jeszcze lepiej, bo zapowiadała się niezła komedia w krzywym zwierciadle, królowie przyznawali ordery Brylantowej Dyni i Złotego Ogórka, a w polskim przekładzie Zofii Rogoszówny postaci miały zabawne imiona: Mrukiozo, nadworny lekarz Pigulini, kucharz Rondelino, sroga hrabina Gburia-Furia, baron de Monte Marinato Szparagino, król Kalafiore, rody Pomidorionich, Kapustianich, Kalarepich i Buraczellich – dzieciom to się podoba.



Ale im dalej w las, tj. w lekturę, tym gorzej. Podstępnie odsunięci od tronu książę Lulejka i księżniczka Różyczka, dobra Czarna Wróżka i strata tronu przez tych, którzy się wywyższali i skrzywdzili dwójkę dzieci – to już taki oklepany wątek zwycięstwa dobra nad złem i w zasadzie nic, co razi. Ale, co powiecie na poniższe fragmenty?


Przyrzeknij, że zostaniesz moją żoną, ja zaś jako podarunek ślubny ofiaruję ci łeb króla Padelli, nos i oczy syna jego Bulby, a w dodatku prawą rękę i uszy zdradzieckiego władcy Paflagonii (…). O, szepnij „tak”, bo straszne będą następstwa twej odmowy. Będę palił, pustoszył, rabował, zadawał najsroższe tortury, cały kraj pogrążę w ogniu i krwi i zadrży Krymtataria pod pięścią Brodacza Pancernego! (…) Cały świat utopię w morzu krwi. Ha! Ha! Dumna królewno! Jeszcze się ugniesz pod straszliwą zemstą (…).


- Co?! – ryknął Padella posiniały z wściekłości. – Tortury? Wielka mi rzecz. Tortury! (…) Mam dwudziestu takich synów jak Bulbo i każdy w sam raz tak się nadaje na następcę tronu jak on! Bijcie go, męczcie, wydłubujcie mu oczy, wbijajcie go na pal, drzyjcie z niego żywcem pasy, wyrywajcie mu zęby jeden po drugim. Droższy nad źrenicę oka mego jest mi mój syn pierworodny, ale droższa jeszcze jest mi zemsta! Hej, siepacze! Hej, oprawcy! Katy! Rozpalić ogień i mieć szczypce w pogotowiu. Kocioł napełnić wrzącym ołowiem! Nuże, bierzcie się do tej dzierlatki!...

Francisco Goya, „Pielgrzymka do źródła św. Izydora” (fragment),1819-182


Hej! Serio?! I takie książki mam czytać mojemu dziecku? Ja wszystko rozumiem: baśnie zwykle nie są na serio, krzywe zwierciadło jest instrumentem, które ma uczyć odróżniać dobro od zła, oswajać lęki i pokazywać, że świat jest nie tylko kolorowy. Ale do współczesnej pedagogiki i wiedzy o emocjach i psychologii dziecka - książki pokroju „Pierścienia i róży”, baśni braci Grimm i tym podobnych już się zdezaktualizowały. Trącą myszką – lepiej odstawić je do lamusa i poszukać literatury wartościowej i bardziej przystającej do współczesności. Oferta wydawnicza jest naprawdę bardzo bogata - tylko z tego korzystać. Ku radości małych i dużych.

W kolejce do ponownego przeczytania czeka jedna z ulubionych książek dzieciństwa - „Pinokio” Carla Collodiego. Aż się boję, co z tego wyniknie ;) A Wy które książki nie (prze)czytacie swoim dzieciom?


_____________________________
William Makepeace Thackeray, Pierścień i róża, czyli historia Lulejki i Bulby z rysunkami autora. Pantomima przy kominku dla dużych i małych dzieci (przekł. Zofia Rogoszówna), PiW 1984


środa, 19 kwietnia 2017

O biografii, która brzmi jak thriller. Hanna Krall - Król kier znów na wylocie


A zatem – rady. Wybitna specjalistka od przeżywania chce dać swojej rodzinie cenne wskazówki. Wszystkie sprawdzone, oparte na osobistym, bogatym doświadczeniu.
Na przykład:
należy ufarbować włosy,
należy zmienić głos,
należy patrzeć spojrzeniem spokojnym, pewnym siebie,
nie należy stawiać torby po żydowsku, ani wykręcać ścierki po żydowsku, ani odmawiać po żydowsku zdrowaśki *



Izolda Regensberg, Maria Pawlicka, Maria Hunkert – Żydówka, Polka i Niemka. Każda jest żoną jednego i tego samego mężczyzny: wysokiego, szczupłego, z prostymi, złotymi włosami Szajka Wolfa Regensberga. Każda zakochana w nim jednakowo i każda z taką samą determinacją zostaje podczas wojny „specjalistką od przeżywania” tylko po to, aby przeżyć mógł on i aby już nigdy nie zostali oboje rozdzieleni. Bo tak właściwie te wszystkie trzy kobiety to jedna i ta sama żona. Tylko wojna zmusiła  ją do tego, by wcielać się w role innych kobiet.


Jeszcze przed wybuchem powstania w getcie warszawskim, kiedy była pielęgniarką dla chorych na tyfus, Izolda marzyła, aby zobaczyć czyjąś śmierć. Nie spodziewała się, że jej „marzenie” urzeczywistni się tak szybko i na tak wielką skalę. Że sama będzie uciekać przed śmiercią i przed nią chronić swoją rodzinę. Że będzie musiała zmienić się w Polkę, przefarbować na blond, nauczyć, żeby nie stawiać na stole torebki, jak to czynią Żydówki, nauczyć zdrowaśki i pamiętać, aby odmawiać ją niedbale. Będzie udawać, że kogoś nie zna, lub gorąco się przyznawać, że zna. Otrzyma życiową lekcję, że nie każdy, kto obiecuje pomoc – słowa dotrzyma, będzie opatrywać rany wrogom, przejedzie mnóstwo kilometrów, ucieknie z robót, trafi do Oświęcimia, ratunek „otrzyma” za pośrednictwem doktora Mengele… Że gdyby nie wzięto ją za prostytutkę, nie dowiedziałaby się o Mauthausen, nie pojechałaby do Wiednia, zostałaby w Warszawie i zginęła w powstaniu w piwnicy wraz z matką, że gdyby nie ucieczka z Guben, pewnie umarłaby na tyfus, nie weszła na most i nie byłoby jak w amerykańskim filmie, nie byłoby Szajki, dwóch córek i Izraela…

Życiorys Izoldy rzeczywiście brzmi jak dobry scenariusz na hollywoodzki film, zresztą ona sama chciała, aby jej rolę zagrała Elizabeth Taylor, która była do niej bardzo podobna. Filmu nie było, jest za to książka, którą napisała Hanna Krall. Czyta się ją jak nieprawdopodobny thriller, tymczasem to najprawdziwsza historia kobiety, która żyła, i która przeżyła – nie tylko powstanie w getcie warszawskim. Warto przeczytać ją nie tylko w tym rocznicowym, „żonkilowym” dniu.


6/6
__________________
Hanna Krall, Król kier na wylocie, wyd. Świat Książki 2006


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...