niedziela, 13 sierpnia 2017

Bogate wnętrze, czyli rzecz o wyklejkach. Część V - treść


Dużo wody w Wiśle upłynęło od mojego ostatniego wpisu. Zrobiłam sobie długą przerwę od blogowania. A im więcej czasu mijało, tym mniej mogłam się skupić na pisaniu jakiegokolwiek tekstu. Mimo że w tak zwanym międzyczasie przeczytałam kilka naprawdę ciekawych książek.

Aby jednak rozpalić w sobie nowy zapał do pisania – rozpocznę od tematu łatwego, ale równie przyjemnego, czyli kolejnych obrazków cyklu o bogatym wnętrzu książek ;) Odcinki wcześniejsze znajdziecie pod tym linkiem. Natomiast dzisiejsze wyklejki stanowią korespondencję do treści książek, w których się znajdują. 






Melchior Wańkowicz, W pępku Ameryki. W ślady Kolumba, Wydawnictwo Literackie 1976




Melchior Wańkowicz, Walczący gryf, Instytut Wydawniczy Pax 1975




Melchior Wańkowicz, Królik i oceany. W ślady Kolumba, Wydawnictwo Literackie 1975




Eduardo Mendoza, Brak wiadomości od Gurba, wyd. Znak 2010




Stanisław Dygat, Dworzec w Monachium, Państwowy Instytut Wydawniczy 1978





Brian Jay Jones, George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia, wyd. Wielka Litera 2016




cdn. :)



piątek, 16 czerwca 2017

Jackoteka: Pierdomenico Baccalario i Tommaso Percivale (tekst), Antongionata Ferrari (ilustracje) - 50 rzeczy, które musisz zrobić, zanim skończysz 13 lat


Kiedy byłam dzieckiem, podobnie jak moi rówieśnicy, dużo czasu spędzałam na dworze. Graliśmy w wykopaka, klasycznego chowanego lub podchody, w krzakach robiło się bazy, ławki wykorzystywało do robienia namiotów z kocem w roli daszku, kopaliśmy doły w piaskownicy i zakopywaliśmy sekrety pod szkiełkiem, a na huśtawce huśtaliśmy do podbitki. Dużymi wyprawami były te na plac zabaw za tory (oczywiście w tajemnicy przed rodzicami). U babci też było fajnie. Mieszkała na skraju wsi, prawie pod lasem, do którego szło się przez łąki. Karmienie królików własnoręcznie zerwaną koniczyną, turlanie się w wysokiej trawie, przesiadywanie w ambonach myśliwych i szwędanie po lesie były super atrakcjami.


Na zdjęciu ilustracja w przygodowej książce "Wakacje na guziku"


Z przyjemnością wracam myślami do tych chwil. Wszechobecne teraz komputery, tablety i smartfony poszerzają możliwości z jednej strony, ale z drugiej rozleniwiają. Wycieczka do lasu lub swobodna zabawa na placu zabaw przegrywają często z technologią. 

A ja chciałabym, aby moje dziecko miało w sobie żyłkę poszukiwacza skarbów, pragnę zaszczepić w nim miłość do natury i pielęgnować ciekawość świata, który właśnie odkrywa pełzając po dywanie. Tak, żeby szczęście było mierzone błotnym brudem, porwanymi spodniami i dumą z samodzielnego wyhodowania rośliny, a nie tylko z przejścia kolejnego levelu w grze.

Zbieram już teraz ciekawe książki i przedmioty, które być może za kilka lat, jak już podrośnie przydadzą się jako narzędzia poszukiwacza przygód ;) I mam nadzieję, że będą dla niego atrakcyjne. W zasobach jest już na ten przykład najnowsza książka wydawnictwa Mamania "50 rzeczy, które musisz zrobić zanim skończysz 13 lat".


Przed rozpoczęciem przewidzianych 50 misji trzeba najpierw książkę spersonalizować, zapoznać się z prawami książki i podpisać (wcześniej odczytaną na głos w obecności przynajmniej dwóch świadków oraz jeden raz przed lustrem) Umowę Poszukiwacza Przygód. Później wpisać datę rozpoczęcia pierwszej misji oraz swój wiek i ruszać w świat ;)




Misje można wykonać samodzielnie (wymyślenie opowieści, sfotografowanie 3 dzikich zwierząt, jazda na sankach z górki), niektóre jednak wymagają zaangażowania rówieśników (bitwa na śnieżki, gra w piłkę na łące, założenie supertajnego klubu) lub towarzystwa dorosłych (tropienie śladów w lesie, nauka rozpoznawania grzybów, upieczenie chleba, obserwacja gwiazd), co uważam za bardzo atrakcyjny aspekt. Każdą wykonaną misję należy na pamiątkę wrażeń podsumować i przyznać punkty (za odwagę, cierpliwość, staranność, kreatywność i zabawę). Można dodać od siebie różne zapiski, czy rzeczy związane z konkretną misją. Im książka będzie bardziej zapisana, pomazana i wyklejona – tym lepiej. Znaczy, że zabawa była udana :) 






Podoba mi się notesowy charakter tej książki. Ma zaokrąglone rogi, zamyka się na gumkę (dodałabym jeszcze gumkę z boku, aby można było w nią włożyć długopis lub ołówek) i ma miejsce na notatki. I jeszcze jedna bardzo fajna rzecz – na końcu każdej misji dopisana jest sugestia przeczytania konkretnej, powiązanej z tematem książki  (np. misja „Spędzenie nocy w niebezpiecznym miejscu - książka „Księga dżungli”, misja „Śledzenie kogoś tak, aby się nie zorientował” – książka „Przygody Sherlocka Holmesa”, misja „Zasadzenie rośliny” – książka „Tajemniczy ogród”).



"50 rzeczy, które musisz zrobić, zanim skończysz 13 lat" polecam dla dzieci, które już czytają i piszą (aby mogły samodzielnie personalizować książkę). Do lat 13? Nieee, 13 to tylko sugestia ;)


6/6
_________________________________
Pierdomenico Baccalario i Tommaso Percivale  (tekst), Antongionata Ferrari (ilustracje), 50 rzeczy, które musisz zrobić, zanim skończysz 13 lat, wyd. Mamania 2017

Egzemplarz do recenzji przekazało wyd. Mamania 


niedziela, 4 czerwca 2017

Jackoteka: Co "czyta" niemowlak?


Spośród wszystkich rozwijających się zdolności wzrokowych dziecka największe wrażenie wywołuje chyba poprawa ostrości wzroku, czyli zdolności odróżniania szczegółów oglądanych przedmiotów. Ostrość wzroku dziecka tuż po urodzeniu wynosi 20/600, co znaczy, że jest trzydziestokrotnie mniejsza niż normalna ostrość wzroku osoby dorosłej, która równa jest 20/20. Poprawia się ona szybko, dzięki zmianom w oczach i korze mózgowej, w pierwszych sześciu miesiącach życia, a potem nieco wolniej, ale stale, prawie aż do piątego roku. 
(Lise Eliot, „Co tam się dzieje? Jak rozwija się mózg i umysł w pierwszych pięciu latach życia, wyd. Media Rodzina 2010)





Oto kolekcja książek, które aktualnie „czyta” Jacek.  To zróżnicowana kolekcja nie tylko pod względem treści, ale również faktur i wieku, dla którego są dedykowane.


Książeczki kontrastowe, wyd. Wilga - Grupa Wydawnicza Foksal
Książeczka poznawcza -Twarze, smartbooks
Harmonijka Oczami maluszka, wyd. Sierra Madre


Jacek rozpoczął erę czytelnika ;) od serii kontrastowej. Był wtedy malutkim niemowlakiem, który głównie spał i jadł, wciąż niewiele widział i nie miał świadomości własnego ciała.  Później do kolekcji dołączyła jeszcze książeczka z twarzami, którą zakupiłam w sklepie znanej niemieckiej sieci drogerii. Traf chciał, że byłam tam akurat po pieluchy, a książki z tej serii były akurat w promocji. Wszystkie te książeczki są nadal w użytku, ale ponieważ teraz jest już starszym, bo siedmiomiesięcznym niemowlakiem – przyszedł czas na wyższy stopień wtajemniczenia ;)


Czarne czy białe: zwierzęta, rzeczy, podróże, wyd. Olesiejuk
Książeczka poznawcza - Kształty, smartbooks


Wciąż jesteśmy w kontrastach, ale już bardziej rozbudowanych. Pojawił się dodatkowy kolor, rysunki są mniej „kanciaste”, jest też dużo różnych figur. Te książeczki też są super, ale… 


IKEA LEKA
Książeczka z królikiem no name
Rybka - książeczka przytulanka, Redakcja wydawnict dziecięcych Bellona
Książeczka kąpielowa Canpol babies


Jacek ma już świetnie opanowaną motorykę małą. Jego ruchy dłoni nie są już takie nieporadne, jak jeszcze 3 miesiące temu. Powiedziałabym nawet, że są zaskakująco precyzyjne. I lubią badać otoczenie. A poza tym w porównaniu z okresem noworodkowym – widzi bardzo dobrze i zwraca uwagę na różne dźwięki. Co tu dużo mówić – stał się bardziej kumaty. Dlatego do książkowego teamu dołączyły książeczki sensoryczne: różne faktury (śliski materiał na gąsce, futerko na owcy i kocie), dźwięki (ośmiornica dzwoni dzwoneczkiem, szeleszczą fale i skrytki myszki i kraba, kaczka kwacze), mają coś do manipulacji (można pociągnąć lwa za ogon, trzymać słonia za trąbę, wyjąć z dzioba pelikana rybę lub królika z kapelusza). Doliczam tu również kąpielową książeczkę, którą można badać organoleptycznie śliniąc ją i gniotąc do woli bez żadnej szkody. 


A powyżej to już książeczki, które czytamy wspólnie, bo muszą być z dala od ciekawskich rączek. Wszystkie trzy są dla niego atrakcyjne z uwagi na różne wycięcia i rysunki, ale największą atrakcją jest malutka książeczka typu pop-up „Kto się kryje w lesie?”.  Jacek bardzo się ekscytuje, kiedy ją czytam. Bo bawi go nie tylko to, że zawsze odpowiednio moduluję głos i wydaję odgłosy zwierząt, ale również, że zwierzęta dzięki wycinankom „wychodzą” z książki i stają się przestrzenne. Swoją drogą, ciekawa jestem jak on to odbiera, ale jednego jestem pewna – to dla niego niezła frajda.

Jan Brzechwa (tekst) Franciszka Themerson (ilustracje), Tańcowała igła z nitką, wyd. Czytelnik 1986
Jan Brzechwa (tekst) Franciszka Themerson (ilustracje), Kaczka dziwaczka, wyd. Czytelnik 1985


I jeszcze książki, które Jacek raczej nie ogląda, bo rysunki Franciszki Themerson mogą być dla niego jeszcze zbyt abstrakcyjne. Za to jest uważnym słuchaczem wierszy Jana Brzechwy w niej umieszczonych. 

A Wy jakie czytacie/czytaliście książeczki swoim niemowlakom?




czwartek, 1 czerwca 2017

O najlepszym prezencie dla dziecka. Gabrielle Palmer - Polityka karmienia piersią


1 czerwca to z wiadomych przyczyn ulubiony dzień każdego dziecka. I każde z nich ma nadzieję na otrzymanie prezentu. Mój syn, chociaż jeszcze nie jest świadomy tak fajnego dnia, oczywiście również dostanie prezent. Właśnie w drodze do nas są zamówione (jak na czytającą mamę przystało) książeczki. Wszak, jak głosi znane powiedzenie „czym skorupka nasiąknie, tym na starość trąci”. A ja mam zamiar mu w tym pomóc. Już teraz ma on małą kolekcję własnych książeczek, które wspólnie „czytamy”. Niebawem będzie o nich osobny wpis.

Ale 1 czerwca to nie tylko Dzień Dziecka. To również Światowy Dzień Mleka oraz ostatni dzień Tygodnia Promocji Karmienia Piersią. Jakże wszystko się to ładnie łączy w całość. Jest bowiem jeden, jedyny, specjalny, najlepszy i bezkosztowy prezent, jaki dziecko może otrzymać na całe życie – zestaw korzyści, jakie płyną wraz z mlekiem matki.


Wyobraźmy sobie sytuację, w której międzynarodowa firma doprowadza do powstania pewnego produktu żywnościowego. Produkt ten jest zarazem odżywczym i smacznym pokarmem oraz cudownym lekiem i środkiem, przeciwdziałającym zapadaniu na wiele chorób. Na dodatek generuje prawie zerowe koszty produkcji i może być dostarczony w ilościach dostosowanych do potrzeb konsumentów. Ogłoszenie o takim odkryciu wystrzeliłoby akcje firmy na sam szczyt giełdowych notowań. Odpowiedzialni za wynalazek naukowcy otrzymaliby wszelkie możliwe nagrody, a prestiż i majątek wszystkich osób zaangażowanych w projekt zwiększyłyby się niebotycznie. Kobiety produkują taką właśnie cudowną substancję – mleko z piersi – od samych początków istnienia ludzkiego gatunku. Mimo to stanowią biedniejszą i słabszą połowę ludzkości.*


W tle wykorzystano książki:
Przygotowanie do Naturalnego porodu (red. Włodzimierz Fijałkowski), Państwowy Zakład Wydawnictw Lekarskich 1987


Amerykańska firma Abbott-Ross w XX wieku oferowała szpitalom położniczym pewną darmową usługę – planowanie przestrzennego rozkładu sal. Jak nietrudno zgadnąć firmy nawet jak oficjalnie oferują coś za darmo, zawsze mają z tego jakiś zysk. W tym przypadku była promocja karmienia noworodków mlekiem modyfikowanym. Sale matek od sal ich dzieci zostały oddzielone na tyle, aby to karmienie butelkę było poręczniejsze dla obsługi szpitalnej, niż dowożenie matkom dzieci na czas karmienia piersią.

Hortense Breastfeeding, Paul Cézanne (1872)


Maternité, Pierre-Auguste Renoir (1885)


Maternite, Mary Cassatt (1890)

Inny przykład? Powszechność sztucznego mleka na oddziałach położniczo-noworodkowych. W listopadzie zeszłego roku urodziłam swojego syna i gdyby mi się nie chciało podejmować karmienia piersią – z otrzymaniem (zupełnie darmowo) pełnej butelki nie miałabym najmniejszego problemu. Matki nie bardzo chcą eksperymentować na swoich dzieciach, więc zapewne większość z tych, które w szpitalu skorzystały z usługi pełnej butli, będzie kontynuować dalsze karmienie już tą konkretną marką mleka, którym karmiła swojego noworodka na szpitalnym oddziale. Tyle tylko, że po wyjściu ze szpitala będzie za nie już płacić przy kasie sklepu lub apteki. I tak kręci się biznes.

Właśnie o tym Gabrielle Palmer napisała ten fascynujący reporterski dokument. To nie dzieci i ich matki mają mieć korzyść z karmienia mlekiem, ale korporacje. Sytuacja, w której matka z powodów fizjologicznych nie może wykarmić własnego dziecka jest rzadsza, niż się wydaje. A mimo to miliony kobiet wierzą, że ich mleko jest niepełnowartościowe, że mają go za mało, lub, że samo zanikło. Rynek producentów mleka modyfikowanego bardzo się postarał, aby tak właśnie myślały. I oferując, nie zawsze etycznie, swój produkt skutecznie ograniczyły powszechną jeszcze na początku XX wieku profesję mamki.


Maternity (Women on the Seashore), Paul Gauguin (1899)


Maternidad Pablo Picasso (1901)


Motherhood, Gino Severini (1916)

Próby wyprodukowania alternatywy dla kobiecego mleka sięgają XIX wieku, jednak powszechne stały się dopiero w zeszłym wieku. I wcale nie dlatego, aby ulżyć lub pomóc matkom i ich dzieciom, ale aby wykorzystać… nadwyżki mleka krowiego. Przez cały wiek XX firma Henriego Nestlé i mu podobnych bardzo się postarały, aby pod przykrywką troski o zdrowie młodego pokolenia sprzedać obietnicę czegoś lepszego, niż mleko kobiece.
I chociaż dobrze jest mieć zawsze alternatywę i/lub wyjście awaryjne zawsze powinno się wybierać najpierw to, co jest najlepsze i najwartościowsze, czyli to, czego producentem jest sama natura. Nie chodzi tutaj wcale o fanatyzm czy uziemienie kobiet w trakcie początków ich macierzyństwa, ale o korzyści nie tylko dla dziecka i jego matki, ale i całego społeczeństwa. Zdrowe jednostki, to mniejsze koszty np. na służbę zdrowia, które ponoszą wszyscy płacąc podatki.

Maternity, Tamara Łempicka (1928)


Madonna Litta, Leonardo da Vinci (ok. 1490)


Mother and Child, Jean-Baptiste-Camille Corot (ok. 1860)

Książkę Gabrielle Palmer czyta się jak dobry kryminał. Zawiera tyle ciekawych faktów, że trudno się od niej oderwać. Napisała nie tylko o strategii i nieetycznych praktykach firm produkujących mleko, ale i Międzynarodowym Kodeksie Marketingu Produktów Zastępujących Mleko Kobiece, konsekwencjach stosowania sztucznego mleka w krajach, w których bieżąca, i co ważne, czysta woda jest na wagę złota, o przyczynach niedożywienia i śmiertelności niemowląt, historii deprecjacji mleka kobiecego, ale i o bankach mleka i o tym, jak karmienie niemowląt wygląda w niektórych krajach (bardzo ciekawe fragmenty dotyczyły sytuacji w Paupi Nowej Gwinei).

Z tą książką jest podobnie, co ze „Zjadaniem zwierząt” Jonathana Foera. Nawet jeżeli jesteś absolutnie za karmieniem butelką lub zdeklarowanym mięsożercą, warto wiedzieć jak wygląda cały ten biznes, za który zapłacisz w kasie nie tylko kartą Master Card.

Minął właśnie 7. miesiąc mojego karmienia piersią, a ja wciąż mam w sobie zapał neofity. I nadal utwierdzam się w tym, że jest to dobra decyzja nie tylko pod kątem zdrowia (mojego syna i moim) i ekonomicznym, ale przede wszystkim to jest naprawdę przyjemne, buduje więź i daje poczucie sprawczości i mocy, że oto samodzielnie mogę wykarmić własne dziecko. A poza tym daję dziecku najlepszy prezent na całe jego życie. Matki mają moc – warto o tym mówić :)




A tutaj i tutaj historyczne ciekawostki, czyli jak karmienie piersią wyglądało w czasach wiktoriańskich.

I jeszcze kilka przydatnych stron:
Hafija
Mlekiem mamy
Pracuję z pełną piersią


6/6
___________________________
Gabrielle Palmer, Polityka karmienia piersią (The Politics of Breastfeeding, przekł. Anna Rogozińska, wyd. Mamania 2011



piątek, 12 maja 2017

O tym, co masz na widelcu. Jonathan Safran Foer - Zjadanie zwierząt


Etyczny przemysł mięsny (trzymanie zwierząt w dobrych warunkach, szybka śmierć) nie jest nierealny, ale gdyby stał się on rzeczywistością, musielibyśmy zapomnieć o ogromnych ilościach taniego mięsa, którymi cieszymy się obecnie.*

Kocica ze zdjęcia nie jest jadalna. Śpi i ma się dobrze ;)


Gdyby rzeźnie miały szklane ściany, każdy byłby wegetarianinem. To zdanie Paula McCartneya jako pierwsze przyszło mi do głowy, kiedy czytałam Zjadanie zwierząt. I mimo że książkę napisał wegetarianin jej głównym założeniem wcale nie jest promocja diety bezmięsnej.

W języku chińskim zwierzę to nic więcej jak poruszająca się rzecz. Nie – stworzenie, czy żyjąca istota. I pewnie właśnie z tego powodu wszystkożerni Chińczycy są okrutni dla tych poruszających się rzeczy, czego potwierdzeniem jest kulinarny chiński pamiętnik Fuchsi Dunlop Płetwa rekina i syczuański pieprz.

Kiedy Jonathan Safran Foer został ojcem swojego syna zaczął zastanawiać się nad rolą pożywienia. Najlepszym przykładem dla Amerykanina był indyk podawany na Święto Dziękczynienia (gdyby książkę napisał Polak pewnie by wspomniał o wigilijnym karpiu). Co sprawiło, że jest on niezbędny, skąd wziął się taki zwyczaj i czy rezygnacja z niego (i innych mięs) oznaczałaby w pewnym sensie stratę ważnej części kulturowej i rodzinnej tożsamości? Jak bardzo rodzinne rytuały i kulturowe odniesienia przekładają się nie tylko na to, dlaczego mięso ląduje na talerzu, ale również dlaczego tak trudno z niego zrezygnować?

A właściwie jak to z tym mięsem jest? Dlaczego jadamy kurczaki, indyki, świnie, krowy, czy ryby, a nie jadamy psów? Skoro:

Francuzi, którzy kochają psy, jedzą czasem konie.
Hiszpanie, którzy kochają konie, jedzą czasem krowy.
Hindusi, którzy czczą krowy, jedzą czasem psy.

Skąd ta wybiórcza miłość i granica dla tego co wolno i nie powinno się? Skąd ta polaryzacja poglądów? Wynika ona z zażyłości z jednymi gatunkami, poglądami o mądrości lub prymitywizmie, specjalnej bliskości ewolucyjnej z człowiekiem lub może z jakimś tabu?

I kiedy jesteśmy przekonani, że psów lub kotów absolutnie nie, ale kury, indyki, świnie, krowy i ryby już tak – to może warto się zastanowić, co musi się zadziać wcześniej, aby kawałek mięsa żyjącego kiedyś zwierzęcia finalnie było kotletem na naszym talerzu?


Kilka lat temu czytając Krainę Fast foodów Erica Schlossera odczuwałam ulgę, że nie jestem klientem znanych marek barów szybkiej obsługi. Książka opisywała nie tylko drogę do biznesowego sukcesu m.in. KFC czy McDonald’s, ale skupiła się na całej karuzeli tego śmieciowego jedzenia. Dyktat hamburgera postawił na głowie cały przemysł, prawa pracownicze oraz kulinarne tradycje i zwyczaje. I tak sobie myślę, że Zjadanie zwierząt, choć zostało napisane 8 lat po książce Schlossera – jest doskonałym wstępniakiem do czytania o fastfoodowych korporacjach.

Bo gdyby nie automatyzacja nie byłoby przemysłowego chowu zwierząt rzeźnych. Idąc dalej – nie mielibyśmy tak taniego mięsa, jak mamy obecnie. Ale nigdy wcześniej nie mieliśmy tak złej jakości mięsa zwierząt hodowanych w tak okrutnych warunkach, których jeszcze pół wieku temu nikt by się nie spodziewał.

Model biznesowy farm z branży mięsnej opiera się na ukrywaniu przed konsumentem tego, czego konsument wolałby nie wiedzieć.

Zjadanie zwierząt jest reporterską opowieścią o tym, jak przemysł mięsny ma wpływ na nasze środowisko, bogactwo biologiczne, zdrowie i nasze poczucie moralności. Stawia pytania o konieczność zadawania bólu i cierpienia zwierząt rzeźnych, o farmerską i biznesową etykę i oto ile jeszcze z dawnego gatunku zwierzęcia pozostało w tych genetycznie modyfikowanych mutantach, które lądują na naszych stołach.

W latach 60. w prasie branżowej zaczęto określać kury nioski jako „efektywne maszyny do produkcji jajek” (…), świnie jako „maszyny w fabryce” (…), a XXI wiek jako okres „spisywania księgi z przepisami na organizmy modyfikowane” (…).

I chociaż autor w obszernych fragmentach skupia się na okrutnych praktykach przemysłowej hodowli zwierząt i niewyobrażalnym cierpieniu zwierząt rzeźnych (wystarczy zerknąć na polską organizację Otwarte klatki, aby dowiedzieć się choć trochę), to jednak książka nie jest manifestem jego wegetarianizmu. Wręcz przeciwnie – oddaje głos nie tylko aktywistom walczącym o prawa zwierząt, ale również farmerom i pracownikom rzeźni. Wskazuje fakty, ale jest też obserwatorem. A przede wszystkim przekonuje, że to od nas i naszych codziennych wyborów i głosowania portfelem zależy nie tylko, ile i jakie cierpienia doświadczą wcześniej nasze kotlety, ale też z jakiej jakości mięsa one będą. No i czy koniecznie muszą być mięsne? To książka o konsumenckiej świadomości jakości współczesnego pożywienia. Zawsze warto wiedzieć, co się ma na widelcu.


________________________________
cytaty: Jonathan Safran Foer, Zjadanie zwierząt (Eating Animals, przekł. Dominika Dymińska), Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2013

poniedziałek, 8 maja 2017

Dzień Bibliotekarza i Bibliotek oraz XIV Ogólnopolski Tydzień Bibliotek


(…) Wilhelm pochylił się nad spisami wykaligrafowanymi w kodeksie. Zerknąłem też ja i odkryliśmy tytuły ksiąg, o których nikt nie wiedział, i innych, najsławniejszych, a wszystkie w posiadaniu biblioteki. (…)
- W jaki sposób odczytujesz położenie każdej z ksiąg? (…)
Malachiasz spojrzał na mnie surowo.
- Może nie wiesz lub zapomniałeś, że dostęp do biblioteki ma tylko bibliotekarz. Tak więc jest słuszne i wystarczające, by on jeno potrafił te dane odcyfrować. (…) Początki biblioteki giną w otchłani wieków – rzekł Malachiasz – i książki wpisuje się w porządku napływania zakupów, darowizn, w miarę jak przybywają w nasze mury.
- Trudno je odnaleźć – zauważył Wilhelm.
- Wystarczy, by bibliotekarz znał je na pamięć i wiedział, kiedy każda pojawiła się tutaj. Inni mnisi zaś mogą polegać na jego pamięci. – I miało się wrażenie, że mówi o kimś innym, nie o sobie samym; pojąłem więc, że mówi o urzędzie, jaki w tym momencie, choć niegodny, pełni, lecz sprawowanym przedtem przez stu innych, których nie masz już między żywymi i którzy kolejno przekazywali sobie swą wiedzę. (Umberto Eco, Imię róży)


Nieżyjący już Umberto Eco był bibliofilem i posiadaczem pokaźnej biblioteki, nie dziwi więc, że napisał nie tylko rozważania „O bibliotece”, ale i bibliotekę osadził jako główne miejsce akcji w swojej debiutanckiej powieści.



Kto zaś dzisiaj wybiera się do publicznej biblioteki, niech nie zapomni złożyć życzenia swojej bibliotekarce lub bibliotekarzowi. 8 maja to bowiem Dzień Bibliotekarza i Bibliotek, a także początek XIV Ogólnopolskiego Tygodnia Bibliotek. Być może Wasza biblioteka przygotowała z tej okazji ciekawe atrakcje lub… (jak to się zdarza w wielu) ogłosiła abolicję na przetrzymywane książki.

Oficjalny plakat Tygodnia Bibliotek 2017, autorstwa Barbary Wysmyk z Koszalińskiej Biblioteki Publicznej

Zatem bibliotekarzom, z okazji ich święta, życzę dużo powodów do zadowolenia z własnej pracy i tyleż samo czytelników, a nam - bywalcom bibliotek miłych, kompetentnych bibliotekarzy oraz bogatych i dostępnych księgozbiorów :)

Fragment BUW-u (Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego) od ul. Dobrej



Na koniec zostawiam Wam garść „bibliotecznych” linków: 






wtorek, 2 maja 2017

Bogate wnętrze, czyli rzecz o wyklejkach. Część IV - okładki


Majówka trwa w najlepsze, będzie więc lekko i kolorowo ;) A to oznacza, że pora na kolejny odcinek „Bogatego wnętrza”, czyli cyklu o wyklejkach. Bardzo go lubię, podobnie zresztą jak inny cykl (ale o okładkach) - „Twarz książki”. I właśnie dzisiaj je połączę.
Zdarza się bowiem tak, że na wyklejce pojawia się motyw przewodni i/lub tło z okładki lub nawet część ilustracji z niej. Kilka takich właśnie udało mi się znaleźć w domowej biblioteczce. I chociaż tym razem nie jest aż tak spektakularnie, to jednak mam swoich faworytów: Księgę zachwytów i Dziwnologię :)







Kościół Pokoju w Jaworze (red. Barbara Skoczylas-Stadnik); Wyd. Muzeum Regionalne w Jaworze 1994




Marco Polo, Opisanie Świata (z przedm. Umberta Eco); wyd. W.A.B. 2010




Richard Wiseman, Dziwnologia. Odrywanie wielkich prawd w rzeczach małych; wyd. W.A.B. 2010





Filip Springer, Księga Zachwytów; wyd. Agora SA 2016





Christine Barrett, The Book of Mexican Foods; wyd. Ted Smart 1991










Aniela Rubinstein, Kuchnia Neli, wyd. MUZA SA 2011



cdn. :)

Nieustająco liczę również na zdjęcia wyklejek w książkach z Waszych domowych biblioteczek :)



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...