sobota, 13 lipca 2013

Kulinarni czytają. Tilianara - Kuchnia Szczęścia

Dzisiaj w cyklu „Kulinarni czytają” przedstawiam Gościa dla mnie bardzo specjalnego - Madzię a.k.a. Tilianarę z bloga Kuchnia Szczęścia
Tilia to pierwsza osoba z całej grupy blogerów, z którą poznałam się także poza Internetem (jadąc wspólnie z wizytą zapoznawczą do innej blogerki). To również osoba, z którą bardziej jestem powiązana życiem realnym, niż wirtualnym, i z którą spotykam się na rozmowach przy kawie - bardzo często bez związku z naszymi blogami. Mam do Niej tyle ciepłych uczuć, iż obawiam się, że mogłabym o tym pisać, pisać, pisać… i mówić również. Nic na to nie poradzę, bo laurka, którą oto tutaj tworzę jest zupełnie adekwatna i ma swoje uzasadnienie. 

Ale pewnie oprócz powyższego jesteście również zainteresowani Kuchnią Szczęścia? Jeżeli jeszcze nie znacie bloga, koniecznie zerknijcie. Nawet pomimo tego, że nieco się „zakurzył”. Na usprawiedliwienie powiem, że Magdalenę skutecznie od kuchni odciąga pewien psiak i warzywne Elysium. Z pierwszym można być na bieżąco na fejsie, o drugim co nieco napisano na blogu.

Wróćmy jednak do kuchni. Jeżeli lubicie jedzenie z dużą dawką miłości zawierającą pierwiastek ciekawości i sporą garść własnych eksperymentów – nie wahajcie się przed wypróbowaniem przepisów z Kuchni Szczęścia. Ja polecam Wam pozycje, które albo gotowały się również z moim udziałem, jak również te, które jadłam u Madzi, i o których wciąż marzę. 
Na początek mój i Pana R. niekwestionowany hit hitów – „weselne” ;) pierożki z kaczką, fenkułem i pomarańczą. Wypróbujcie koniecznie – jestem pewna, że się zakochacie. Z najnowszych deserów - sernik na spodzie brownie z musem rabarbarowo-truskawkowym, z wcześniejszych - ptysie z kremem rozmarynowym i wielkanocny sernik z szafranem i miodem. Z dań lekkich – proste pesto z liści rzodkiewki, a z humorystycznych – indyk Dżordż ze styczniowego zlotu babulonów ;) Z alkoholi – nalewka pomarańczowo-kawowa. I… i mogłabym tak dalej wymieniać ;) Ale basta! Po więcej zapraszam na Kuchnię Szczęścia.

Jeżeli to będzie za mało - odwiedźcie koniecznie Gospodarne Szczęście, o którym już tutaj wspominałam przy wcześniejszej okazji: chleby i bułki, na drożdżach i na zakwasie. Dla każdego coś dobrego. Matka chrzestna mojego wypiekania chlebów na pewno Was tam ciepło powita :)
A na deser zapraszam do obejrzenia I edycji Masterchefa, w którym Madzia gotowała w gronie finałowej czternastki.


Madzia, rozpisałam się, a chciałabym więcej. Ale liczę na to, że zwykłe „dziękuję” zastąpi więcej niż tysiąc słów :)


1. Książki, które czytam najchętniej:

Nie mam jednego ulubionego rodzaju literatury. Jako blogerka kulinarna wbrew pozorom nie czytam tylko książek kucharskich i okołokulinarnych historii, choć te lubię ogromnie. Prawda jest taka, że książki wybieram pod kątem 2 kategorii. Albo dla relaksu albo dla wiedzy, z naciskiem na to drugie. Gdy potrzebuję dowiedzieć się czegoś o gotowaniu, o uprawie i rolnictwie, o hodowli zwierząt czy tresurze psów, czytam właśnie takie książki. I od kilku lat najczęściej do takich książek sięgam. Czy to oznacza, że czytam je najchętniej? I tak i nie. Od czasu straty pamięci mam małego świra na punkcie zdobywania wiedzy. Może na przekór obawom, że znów wszystko stracę, chcę dowiedzieć się wszystkiego o tym co mnie ciekawi i pasjonuje. Przede wszystkim jednak lubię książki, z których wiedzę mogę przekuć w praktyczne umiejętności … tych się nie traci :)


Dla chwil przyjemnego zapomnienia i relaksu sięgam najczęściej i najchętniej po fantasy lub kryminały, w których to uwielbiam doszukiwać się elementów moich innych hobby – a to gotowanie i jedzenie u Tolkiena czy w najróżniejszych kryminałach (jak tutaj), a to uprawa roślin u Trudi Canavan.
Jednym więc zdaniem mogę powiedzieć, że książki, które czytam najchętniej to te o praktycznym dla mnie wymiarze :D


2. Ulubiona książka kulinarna:

Jest wiele książek kulinarnych do których powracam – czy to z uwagi na naukę jaką z nich wyciągam, czy dlatego, że głodna się robię na sam widok sfotografowanych potraw. Jednak jeśli mowa o ulubionej książce, taką do której mam sentyment ogromny (choć przyznam się, że sama do końca nie rozumiem dlaczego) to jest to książka Clarissy Hyman „Kuchnia Żydowska. Przepisy i opowieści z całego świata”.
Zabawna rzecz z tą książką jest taka, że ani nie nauczyłam się z niej niczego specjalnego, ani żadnego elementu – czy to stylu pisania czy to zdjęć – nie mogę jakoś szczególnie wyróżnić czy pochwalić. A jednak wracam do tej książki stale, przeglądam i używam podanych tam receptur lub choćby tylko pomysłów na dania. Po prostu jest w niej „to coś” :)


Mówiąc o ulubionej książce z przepisami nie mogę nie wspomnieć o mojej ulubionej książce … z przepisem na życie – Pippi Pończoszanka. Wiadro optymizmu, kopiasta micha uśmiechu i mamy idealną receptę na szczęśliwe życie :)


3. Książkowe wyznanie:

Ponieważ książki mają dla mnie wymiar praktyczny, czytam je nie tylko w sposób przepisowy – na tapczanie lub w fotelu, z kubkiem herbaty. Szczerze powiedziawszy to niezmiernie rzadko tak czytam książki. Czytam raczej w trakcie gotowania, działkowych prac, przerw w psich spacerach … czy w ogóle w przerwach jakichkolwiek działań jakie w ciągu całego dnia robię. 


Mam zbyt dużo energii na co dzień, by usiąść i czytać. O ile choroba nie zmorzy mnie zupełnie, zwykle siadam – a raczej padam – dopiero wieczorem, a przez cały dzień latam od jednych zajęć do drugich. Moje książki więc nie mają ze mną lekko … a to krople tłuszczu, a to kawałek ciasta drożdżowego, co to wzleciał po wyrabianiu go metodą Bertineta, a to grudka ziemi, skoszona trawa czy psi nos lub łapa … oj nie! stanowczo nie mają się ze mną książki lekko.
Dlatego też tak nie lubię pożyczać książek od innych, gdyż szanując czyjąś własność te akurat książki czytam przepisowo :)


4. Książka, którą czytam obecnie:

Zawsze czytam kilka książek na raz. Fakt, iż w książkach bardziej wiedzy, niż relaksu szukam sprawia, że sięgam po wiele książek na raz. Dlatego teraz na tapecie, trochę zamiennie pojawiają się książki o tresurze psów (głównie o tropieniu, które to ogromnie mnie fascynuje), ale i o chorobach roślin i sposobach ich zwalczania, o ekologicznej uprawie i wymogach hodowli poszczególnych zwierząt.
Z kulinarnych książek na razie jest tylko jedna, którą powoli zamierzam smakować. Książka o smakach Izraela, przesłana mi przez przyjaciółkę z Izraela właśnie. Podoba mi się porównywanie przepisów z moją ulubioną „Kuchnią Żydowską” i poszerzanie wiedzy o niezwykle ciekawej kuchni żydowskiej, która jest tyglem najróżniejszych smaków i stylów gotowania. Książka ta jest też moją inspiracją i wewnętrzną obietnicą do powrotu do blogowania :)



7 komentarzy:

  1. Oczko, Kochana moja ... mam łezki w oczach ... no ja Cię uściskam mocno w poniedziałek :*** To prawdziwe szczęście gościć na Twoim Czytelniczym i znać Cię w realu :*

    OdpowiedzUsuń
  2. No tak blog troszkę zakurzony, ale dobrze było poczytać o Tili:) :):)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Liczę na to, że Madzia jednak go może czasem odkurzy ;)

      Usuń
  3. O to że plamisz to mnie zdziwiło, ale i zbliżyło. Plamię na potęgę. I zawsze jak pożyczę od kogoś, kto wiem, że lubi mieć niepoplamione i gładkie, to wydarzy mi się jakaś heca: jak kąpiel w wannie, czy plama z farby do włosów, tudzież zmiażdżenie przez składaną kanapę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chcesz powiedzieć, że nie powinnam Ci nigdy nie pożyczać książki? ;))

      Usuń
  4. Wedle uznania, ale im bardziej się staram tym gorzej mi wychodzi.

    OdpowiedzUsuń

Każdy Twój komentarz jest dla mnie ważny.
Dziękuję za kilka słów i zapraszam ponownie :)

Pozdrawiam
Gosia Oczko

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...