poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Międzynarodowy Dzień Książki i Praw Autorskich. Obraz czytania


Pierwszy dzień pięknego w moim życiu 2016 roku spędziłam w Muzeum Narodowym w Warszawie obserwując z siostrzeńcem, młodym artystą, obrazy na czasowej wystawie Mistrzowie pastelu. Od Marteau do Witkacego.
Nie byłabym sobą, gdybym nie zwróciła i wtedy uwagi na książki. Tym sposobem moje czujne oko wypatrzyło to, co wówczas przedstawiłam na Facebooku. 




Wróciłam dzisiaj myślami do tej fantastycznej wystawy, co przy okazji podsunęło mi pewien pomysł na blogowe świętowanie Międzynarodowego Dnia Książki i Praw Autorskich – będzie bowiem bardzo obrazowo ;)
To, co umieściłam poniżej to oczywiście tylko mały wycinek malarskiego bogactwa obrazującego czytanie. Potraktuję to  jednak jako przyczynek do rozwinięcia tematu w przyszłości :)
A tak swoją drogą - macie ulubione dzieła z książką?




Rogier van der Weyden  - Maria z Dzieciątkiem i świętymi (Magdalena czytająca)




Guercino - Portret prawnika Francesca Righetti



François Boucher - Madame de Pompadour




Jan Matejko - Portret Katarzyny z Branickich Potockiej




William Adolphe Bouguereau - Książka z bajkami




Jean Honore Fragonard - Dziewczyna czytająca książkę



Carl Larsson - Moja najstarsza córka



Olga Boznańska - Portret paryżanki



poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Jackoteka i Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci: ulubione książki Jacka


Zwykle z okazji Międzynarodowego Dnia Książki dla Dzieci pisałam o swoich sympatiach, antypatiach i typach w zakresie literatury dziecięcej. Ale ponieważ po domu drepta kolejne pokolenie, więc czas już na ulubione książki małej latorośli.

Plakat zaprojektował Reinis Pētersons


Poniżej obrazowe zestawienie tych najulubieńszych. To oczywiście mały ułamek naszego zbioru, w którym (na razie jeszcze) przodują kartonówki, do których Jacek ma dostęp swobodny. O nich jednak będzie innym razem (choć pewną część pokazałam przy wpisie motoryzacyjnym).
Książki zaprezentowane dzisiaj trzymamy na półce i zawsze czytamy razem.  Po pierwsze mają więcej treści i/lub szczegółów, a po drugie są zbyt ładne na małe destruktywne rączki. Te zaś szybko by się rozprawiły z delikatnym papierem. A myślę, że niektóre mogą nam jeszcze długo posłużyć. Ku wspólnej radości ;)




Eva Susso (tekst), Benjamin Chaud (ilustracje), Lalo gra na bębnie, wyd. Zakamarki 2009
Eva Susso (tekst), Benjamin Chaud (ilustracje), Babo chce, wyd. Zakamarki 2010




Krótkie, ślicznie ilustrowane historyjki o jednej szwedzkiej rodzinie: Lalo, który grą na bębenku przegonił deszcz oraz Ajszy i Babo, którzy wybrali się do lasu po jagody i spotkali rodzinę łosi i dzików. 
Obie książeczki są u nas hitem, Jacek domaga się ich najczęściej, mówiąc, że chce „bam, bam!” (Lalo) lub „tam!” (Babo). W drodze do nas jest już zakupiona ostatnio trzecia z serii, czyli „Binta tańczy”.



Marta Galewska-Kustra (tekst), Joanna Kłos (ilustracje), Pucio uczy się mówić. Zabawy dźwiękonaśladowcze dla najmłodszych, wyd. Nasz Księgarnia 2018





Autorka, z zawodu logopeda, pedagog dziecięcy i pedagog twórczości stworzyła tę książkę dla najmłodszych dzieci, które dopiero zaczynają mówić oraz dla dzieci starszych z opóźnionym rozwojem mowy. Tekst koncentruje się na wyrazach dźwiękonaśladowczych. Część z nich Jacek miał już opanowane wcześniej, inne, dzięki Puciowi znacząco powiększyły jego zasób dźwięków. Niebawem, kiedy dotrze do nas kolejna część „Pucio mówi pierwsze słowa” również nie omieszkam o niej kapkę wspomnieć.



OnoMaTo, czyli zabawa dźwiękami: Ptaki dzikie, Zwierzęta dzikie, hałaśliwe przedmioty, instrumenty muzyczne, wyd. FK Olesiejuk 2017



Do tych książeczek Jacek ma dostęp swobodny i zauważam, że często z nich korzysta, szczególnie z ptasiej i muzycznej: bam bam!, tutu!, kra kra!, huhu! – te dźwięki rozlegają się najczęściej ;) Wszystkie książeczki mają przyjemną szatę graficzną i w miarę odporny karton ;)
Niewykluczone, że pozostałe 4 tytuły również zasilą naszą biblioteczkę.



Eric Carle, Bardzo głodna gąsienica, wyd. Tatarak 2016
Eric Carle, Pajączek, wyd. Tatarak 2017




Dziecięca klasyka o tym, jak żarłoczna gąsienica stała się pięknym motylem oraz o pracowitym pająku, który snuł swoją nić. Przyjemne ilustracje i bonus dla małych rączek: w egzemplarzu z gąsienicą dziurkowane kartki, a w pajączku lekko wypukła mucha i pajęcza sieć. Pajączek to u nas jedna z książeczek często czytanych na dobranoc.








Bogate kartonówki, o których już szerzej pisałam w odrębnych wpisach. Nieustająco budzą zachwyt :)







Zachwycające pop-upy!  Im również poświęciłam osobne wpisy, zachęcam do przejrzenia. 



Julian Tuwim (tekst), Jan Marcin Szancer (lustracje), Lokomotywa i inne wesołe wierszyki dla dzieci, Wydawnictwo Poznańskie 1982



Jedyna starsza książka w zestawieniu, ale klasyka nad klasykami, w dodatku świetnego duetu. Lokomotywa, Rzepka i Ptasie radio, czyli popis dla czytającego i gratka dla słuchającego. A ponieważ u nas na topie teraz lokomotywy i pociągi, to i książka często w użytku :)



Rotraut Susanne Berner, Wiosna na ulicy Czereśniowej, wyd. Dwie Siostry 2012






Z uwagi na nagromadzenie szczegółów to książka na lata dla dużych i małych. Myślę, że ona i pozostałe części (pozostałe pory roku, gotowanie i noc) będą nam służyć do osiągnięcia przez Jacka wieku szkolnego. Można z niej korzystać na wiele sposobów, dobra do wyszukiwania, liczenia, grupowania. Absolutny hit.


___________________

Dzisiaj to na tyle książkowych hitów. Niebawem będzie wpis o kolejnych, bo zamówiona paczka jest już w drodze do nas :) A Wy co polecacie? Jakie książki się u Was sprawdziły?


niedziela, 1 kwietnia 2018

Wesołych świąt! :)


Drodzy Czytelnicy Czytelniczego,
życzę Wam spokojnych i smacznych świąt, towarzystwa ludzi, których lubicie, i którzy są dla Was ważni, odpoczynku, dobrej zabawy i oczywiście czasu na miłą lekturę :)

Tradycyjnie jak co roku do życzeń dołączam okolicznościowe książkowe zdjęcie. A pod nim (jakże by inaczej) cytat z jajkiem w roli bohatera ;)


zdjęcie: Eva Susso (tekst), Benjamin Chaud (ilustracje), Lalo gra na bębnie, wyd. Zakamarki 2009




Tak musi chyba wyglądać Bóg: jak jajko. Życie księżyca może kwitnąć wcale nie na zewnątrz, tylko w środku. Jajko jarzy się teraz, jak gdyby miało wewnątrz jakąś swoją własną energię. Patrząc na nie, odczuwam dojmującą przyjemność. Słońce się przesuwa i jajko przygasa. Wyjmuję je z kieliszka i przez chwilę trzymam w dłoni. Jest ciepłe. Kiedyś kobiety wkładały sobie jajka między piersi, „wysiadując” je w ten sposób. To musiało być bardzo przyjemne uczucie. Życie zminimalizowanych potrzeb. Jajko jako przyjemność. Radości, które można policzyć na palcach jednej ręki. Ale może o to właśnie chodzi, o wywołanie we mnie takiej reakcji. Skoro mam jajko, to czego więcej mogę jeszcze pragnąć? W trudnych warunkach instynkt życia czepia się dziwnych przedmiotów. (…) Odcinam łyżeczką czubek jajka i wyjadam zawartość. 
(Margaret Atwood, Opowieść Podręcznej, wyd. Wielka Litera 2017)



czwartek, 8 marca 2018

O kobietach w Afganistanie. Latifa - Ukradziona twarz. Mieć 20 lat w Kabulu oraz Jenny Nordberg - Chłopczyce w Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie


Jeszcze całkiem niedawno był sobie kraj, w którym żyły również kobiety. A później przyszli talibowie i kobiety zniknęły. Zakurzonymi ulicami od Kabulu po najmniejsze ścieżki na krańcach kraju zaczęły przemykać szczelnie opakowane w burki niby duchy. Teraz, po talibach, czasem w wieku dziecięcym, małe dziewczynki zostają chłopcami... 
Dzisiaj, z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet będzie o mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet i o tym, że tam gdzie rządzi religia – kobietom knebluje się usta i udaje, że one nie istnieją.





Latifa (we współpracy z Chékébą Hachemi), Ukradziona twarz. Mieć 20 lat w Kabulu, wyd. Albatros 2002

W poranionym wojną domową Kabulu w 1996 roku białe flagi zatknięte na meczetach i szkołach były znakiem zmian. To flagi talibów, islamskich fundamentalistów, którzy w Afganistanie wprowadzili koszmarny, całkowicie islamski ustrój. 

Obywatele musieli podporządkować się restrykcyjnym zakazom i nakazom: mężczyźni (każdy bez wyjątku) musieli zapuścić brody i przycinać wąsy zgodnie z szariatem, na głowie nosić turban lub białą czapkę i zakładać tylko tradycyjny strój afgański. Garnitury i krawaty to ciężkie przestępstwo. Każdy muzułmanin musiał obowiązkowo o stałych porach odmawiać modlitwy bez względu na miejsce, w którym aktualnie się znajdował. Zakazano słuchania muzyki (nawet podczas ślubów), fotografowania, nagrywania filmów, nadawania nieislamskich imion, sprzedaży alkoholu, wywieszania zdjęć ludzi i zwierząt, posiadania psów. 

Nowe prawo najbardziej jednak uderzyło w kobiety, całkowicie ich ubezwłasnowolniając: nie mogły pracować, ani się uczyć. W razie konieczności wyjścia z domu zawsze musiał jej towarzyszyć mahram (ojciec, brat lub mąż), nie mogły malować paznokci ani ust, wszelki makijaż również został zabroniony. Zresztą – i tak w ogóle nie byłoby go widać pod burką – obowiązkową zasłoną, której zadaniem jest „ochrona” kobiet przed niebezpieczeństwem i mężczyzn przed pożądaniem. 

Kobiety i mężczyźni od tej chwili musieli być od siebie oddzieleni: w komunikacji miejskiej, na weselach, w każdym miejscu publicznym. Kobiety nie mogły być badane przez lekarzy-mężczyzn, kupować bielizny u męskich sprzedawców (oni sami zresztą też dostali zakaz sprzedaży takiego rodzaju towaru), a do taksówki kobietom można było wsiąść tylko w towarzystwie swojego mahrama. A gdy któraś młoda dziewczyna zamieniła choć słowo z młodym nieznajomym chłopcem – za karę złamania zakazu musiała być z nim natychmiast zaręczona. A będąc już narzeczoną nie mogła uczęszczać do salonu piękności nawet (sic!) podczas przygotowań do ślubu. 

Nowo powstałe Ministerstwo Krzewienia Cnoty i Zapobiegania Występkom, w czasie trwania rządów talibów, wymyśliło jeszcze wiele różnych uwłaczających godności Afgańczyków, zakazów i nakazów. Biograficzna książka Latify nakreśliła przerażającą rzeczywistość, w której kobieta jest tylko dodatkiem, żywym inwentarzem, niewolnicą, duchem, który w przestrzeni publicznej przemyka powiewając zwojami sztucznego, nieoddychającego materiału. Kraj talibów to miejsce, w którym 8-letni celnik ma władzę nad dorosłą kobietą, a szyby w domach muszą być zamalowane, aby ukazujące się w nich kobiety nie siały zgorszenia. Przerażający obraz tego, do czego mogą posunąć się mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet.

Tymczasem nawet po upadku talibów i małym powiewie zmian afgańskie kobiety wciąż mogą tylko marzyć o wolności, którą miały jeszcze za czasów monarchii w latach ’60-tych XX wieku. 
A jak ubierały się kobiety w czasach przed talibami? Zachęcam do przejrzenia tej malutkiej galerii zdjęć. Oraz do przeczytania artykułu o  Afganistanie w czasach po talibach




Jenny Nordberg, Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie, wyd. Czarne 2015

Urodzić się w Afganistanie dziewczynką to hańba. Córka znacząco obniża status rodziny, a ta staje się obiektem plotek i drwin. W tej patriarchalnej kulturze uważa się, że kobieta w ciąży ma zdolność wyboru płci swojego dziecka. Jeżeli urodzi córkę, znaczy, że nie dość mocno się postarała, że coś jest z nią nie tak, że jest wybrakowana, przypina się jej łatkę dochtar zai (tej, która rodzi tylko dziewczynki) i potępia za to, że niedostatecznie pragnęła syna. Dla odmiany ojciec dziewczynek nazywany jest moda puszt (człowiek, którego żona rodzi same dziewczynki). Sam również jest traktowany jako niewydarzeniec i  stanowi obiekt kpin. Wiedza o tym, że to  ojciec biologicznie jest odpowiedzialny (ściślej układ chromosomów w jego nasieniu) za płeć dziecka – jest tam nieznany. I biorąc pod uwagę wysoki stopień analfabetyzacji Afgańczyków – bajki o damskiej skazie będą się utrzymywać jeszcze dekadami. 

Konserwatywna tradycja, nawet po upadku rządu talibów i reformach w 2001 roku nadal nie poprawiła sytuacji kobiet. Owszem, mogą już one uczęszczać do szkół, częściej i swobodniej poruszać po mieście, niektóre (jak bohaterka reportażu, Azita) mogą nawet zostać parlamentarzystkami (sic!) lub lekarzami. Jednak poprawa położenia kobiet odnosi się raczej do stolicy i garstki innych pomniejszych ośrodków miejskich. Prowincja zaś rządzi się własnymi mizoginistycznymi prawami. 

Kiedy więc noworodek okazuje się być płci damskiej może… zostać chłopcem. Do czasu dojrzewania przybiera pożyczoną męską tożsamość. Konieczność posiadania syna w afgańskiej tradycji jest tak silna, że nikogo tam już nie dziwi ten zwyczaj. Lepiej - ta forma zbiorowego oszustwa traktowana jest bardzo serio. To nawet swoista odmiana kulturowej płci. Co zaskakujące – posiadanie fałszywego syna jest nawet lepsze, niż nieposiadanie żadnego. 

Bacza pusz – tak nazywa się córka, która pełni rolę niby-syna. Mimo że jest dziewczynką, wcielając się w rolę chłopca jej status rośnie na tyle, że w rodzinnej hierarchii jest ważniejsza od swojej matki. Musi ubierać się, strzyc i bawić jak chłopiec, ale nabywa też przywileje dla tej płci – lepszą edukację, lepsze jedzenie, większą atencję od swojego ojca. Swoją męską rolą podwyższa również status swojej rodziny. Bacza pusz dla małych afgańskich dziewczynek to ogromny przywilej, ale z czasem również ogromny dramat, kiedy w okresie dojrzewania lub z momentem narodzin męskiego rodzeństwa musi sama wrócić do damskiej roli.

Książka szwedzkiej autorki Jenny Nordberg nie dotyczy wyłącznie statusu bacza pusz, ale również statusu kobiet w afgańskiej społeczności. Ciekawym tematem jest tutaj życiorys Azity – parlamentarzystki, która jako młoda dziewczynka również była bacza pusz, a jako młoda kobieta przeżyła trudny okres rządu talibów.



Chłopczyce z Kabulu to jeden z ciekawszych reportaży, które czytałam. Dotyka tematu gender, norm społecznych, praw człowieka i szczególnie praw kobiet, tradycji, wagi reputacji i statusu w środowisku i niejednoznacznej wolności. 




wtorek, 6 marca 2018

Książka o Północy: Maciej Zaremba Bielawski - Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji oraz Katarzyna Tubylewicz - Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie


Czy Szwecja to tylko kraj szczęścia, wielkich możliwości i sukcesów? Czy ma jakieś wady i czarne plamy? Dzisiaj po słodkościach trochę o szwedzkiej goryczy.




Maciej Zaremba Bielawski, Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji, wyd. Czarne 2008

Jednym z bohaterów książki Krystyny Naszkowskiej o marcowych uchodźcach, którzy w Szwecji osiągnęli sukces jest Maciej Zaremba, na początku pracownik na budowie, a obecnie ceniony i wielokrotnie nagradzany publicysta czołowego szwedzkiego dziennika Dagens Nyheter. Zaskakujące, że Zaremba wcale nie głaszcze Szwedów po głowach, nie koloryzuje i nie zaklina rzeczywistości. Wręcz przeciwnie w swoich artykułach często pokazuje ciemne strony socjalnego dobrobytu, politycznej poprawności i idei lagom (wystarczająco, dla każdego według potrzeb) nierzadko płynnie przechodzącej w uniformujące Prawo Jante (nie myśl sobie, że możesz być kimś).

Czytając kolejne reportaże składające się na Polskiego hydraulika podnosiłam brwi do góry. Aha! więc wcale nie jest takie idealne, ta piękna szwedzka buźka to jednak trochę zasługa warstwy makijażu – pomyślałam. Dobrobyt to jedno, ale wynikające z tego obostrzenia to już inna sprawa. 

Przykłady? Opiekunka powinna przychodzić do seniorów na wizyty domowe, ale jeżeli zaprzyjaźni się z którymś z pacjentów, to źle, bo może to rodzić pewną zależność, w której pacjent będzie poczuwał się do dawania prezentów lub sama pielęgniarka może zaniedbywać innych pacjentów. Każdym zatem musi zajmować się tak samo, pod linijkę.
Kiedy w pracy starasz się za bardzo i emanujesz swoją ambicją możesz być niewygodny dla innych współpracowników, bo psujesz humor i nie przystajesz do wzorca. Czasem mogą Ci za to podziękować degradacją lub sam postanowisz zmienić przez to pracodawcę.
A w razie, gdy popełnisz przestępstwo będąc umysłowo chorym najpierw sąd wymierzy ci karę, a dopiero później będzie się zastanawiał, czy faktycznie świadomie popełniłeś czyn zabroniony. Zresztą reportaż Sceny łowieckie z domu wariatów o tym jak Szwecja dokonała wywrotowej zmiany w prawie karnym dopuszczającym przesłuchiwanie i sądzenie osób chorych psychicznie i z demencją na równi z osobami zdrowymi jest moim „ulubionym”, bo najbardziej zdumiewającym, obszernym fragmentem Polskiego hydraulika. Po nim zaczęłam się zastanawiać, jak to się dzieje, że państwo z tak absurdalnym prawem funkcjonuje mimo to tak doskonale. 

Zastanawiam się tylko, na ile zbiór reportaży w Polskim hydrauliku jest aktualny obecnie. Książka została wydana dekadę temu, a przez ten czas sporo mogło się zmienić. Chociaż pewnie nie wszystko, jak uzmysłowili mi Moraliści...





Katarzyna Tubylewicz, Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie, wyd. Wielka Litera 2017

Jedną z tłumaczek książki Macieja Zaremby była Katarzyna Tubylewicz. Czas zatem na jej książkę. Przy Polskim hydrauliku wspomniałam coś niecoś o szwedzkiej buźce zawdzięczającej swą piękność w pewnej mierze warstwie położonego makijażu. Po lekturze Moralistów trochę muszę to doprecyzować.
Otóż ta szwedzka piękna buźka, gdyby zmyć ów makijaż uraczy nasz wyglądem nastoletniej twarzy z trądzikiem i przebarwieniami. Nie, nie – Szwecja jednak nie jest wcale taka idealna, jak wygląda na pierwszy rzut oka. A nawet inaczej, chce uchodzić w towarzystwie za fajną, ale boi się stawiać wymagania. Ulega więc chłopakowi na randce, czasem powie, że „tak”, myśląc „nie”, boi się wywołać konflikt i wciąż będzie obdarowywać prezentami, mimo że z tego Zenka to jednak jest kawał drania.

Trochę tak właśnie  szwedzka poprawność polityczna robi państwu niezłe kuku w kwestii polityki imigracyjnej. Szwedzi są solidarni, przyjęli naprawdę sporą grupę uchodźców, ale przez swój lęk przed konfliktami sprawia, że projekt integracji nie stawia żadnych wymagań, nie weryfikuje, za nadto pobłaża, przemilcza problemy lub ubiera je w eufemizmy. To zresztą zaskakujące, że Szwedzi mają przyzwolenie na dużą ich kontrolę ze strony państwa, ale imigranci są tam traktowani zupełnie wyjątkowo. Kraj o wysokim współczynniku społecznego zaufania obejmuje również przyjezdnych, którzy często wykorzystują tę (znów posłużę się analogią) nastoletnią szwedzką naiwność.

Ale szwedzkie problemy nie kończą się na masowej imigracji. To również kwestia równouprawnienia, w której o dziwo najbardziej wygrali mężczyźni. Różnica wynagrodzeń między kobietami a mężczyznami wynosi około 15 procent, a emerytura kobiet jest najniższa ze wszystkich krajów nordyckich i wynosi 73 procenta emerytury mężczyzn. Z drugiej strony Szwecja szczyci się wysoką realizacją praw kobiet, ale wciąż nie została rozwiązana kwestia kobiet, które są nie tylko imigrantkami, ale również np. muzułmankami funkcjonującymi na co dzień w patriarchalnym środowisku. Jak więc zapobiec obrzezaniu małych dziewczynek, którego arabskie rodziny dokonują  już w Szwecji? Czy kraj może w to ingerować?  Jak edukować kobiety, że Szwecja umożliwia im większe prawa, niż ich ojczyzna? To problem, którego Szwecja przez swoją nadmierną polityczną poprawność nadal nie potrafi rozwiązać.

Z innej zaś strony coś pozytywnego - Szwecja uchodzi w świecie za jeden z najbardziej zsekularyzowanych krajów. Kościołem narodowym jest ewangelicko-luterański Kościół Szwecji z bardzo liberalnym stosunkiem do in vitro i aborcji,  światopoglądowo otwarty, wolny od dogamtyzmu  i tolerancyjny, sprawujący nabożeństwa również dla ateistów i umożliwiający posługę kapłańską zarówno mężczyznom i kobietom. I tak na przykład na czele diecezji sztokholmskiej stoi homoseksualna biskup Eva Brunne, która ma żonę. Zresztą, jak wynika z innego wywiadu, tolerancyjne szwedzkie środowisko pozwala osobom homoseksualnym na wtopienie się w tłum. Te osoby nie są piętnowane i dysponują takim samym wachlarzem prawnych możliwości, co osoby heteroseksualne.

Moraliści przedstawiają Szwecję jako mozaikę. Przy czym odnosi się ona nie tylko do etnicznej różnorodności, ale również niejednakowo interpretowanej polityki i stosowania prawa.  Jak się bowiem okazuje - ten nordycki kraj z wzniosłymi równościowymi hasłami oraz socjalnym dobrobytem, wcale nie uniknął zamiatania różnych, kłujących oko i sumienie śmieci pod dywan. Dołączam się zatem do chórów pochwalnych dla książki Katarzyny Tubylewicz. To naprawdę ciekawe spojrzenie na szwedzki mit o smaku cynamonowych bułeczek.

czwartek, 1 marca 2018

Książka o Północy: Krystyna Naszkowska - Wygnani do raju. Szwedzki azyl (z portretami Joanny Helander)


Dlaczego nasza marcowa emigracja z 1968 roku do Szwecji jest taka udana? Co sprawiło, że tylu ludzi zrobiło w Szwecji prawdziwe kariery, choć przyjechali tu bez znajomości języka, kultury, realiów gospodarczych i często bez wykształcenia?
Zwykle pierwsza generacja emigrantów jest pokoleniem straconym. A ta polsko-żydowska emigracja z 1968 i 1969 roku jest jedną z dwóch najbardziej udanych, jeśli chodzi o zintegrowanie się ze szwedzkim społeczeństwem. (...) nasza emigracja to byli młodzi ludzie, prosto z uniwersytetów, otwarci na zamiany. I Szwecja była krajem otwartym. Jedynym problemem było opanowanie języka szwedzkiego.*


Choć zauroczył mnie obraz Szwecji w książce I cóż, że o Szwecji, mimo to zastanawiałam się, czy Natalia Kołaczek sama tam nie mieszkając trochę go  jednak nie wyidealizowała lub niezamierzenie przekłamała. Jako źródło porównawcze posłużyła mi książka Krystyny Naszkowskiej.

Ten zbiór wywiadów można rozpatrywać w wielu aspektach: Polski w okresie II wojny światowej i okresu komunizmu, antysemityzmu i wydarzeń marcowych w 1968 r., emigracji, poszukiwania tożsamości w nowym kraju, czy nawet opisu ścieżek rozwoju kariery i budowania wysokiej pozycji zawodowej. 

Wszystkich bohaterów Wygnanych do raju łączy wspólny mianownik – żydowskie pochodzenie i emigracja po fali antysemityzmu począwszy od marca 1968 roku. Bohaterowie wywiadów, które przeprowadziła Krystyna Naszkowska, mimo że z pochodzenia Polacy, od ponad pół wieku są obywatelami Szwecji. Przez taki szmat czasu zasymilowali się na tyle, że opowieść o szwedzkości Szwecji w zasadzie jest jakby z pierwszej ręki. I cóż się okazało? Natalia Kołaczek miała rację, wiele z jej turystyczno-zawodowych obserwacji i doświadczeń (mam nadzieję, że tak to właśnie mogę określić) pokrywa się z tym, o czym dowiedziałam się książkę wcześniej. 

Tak więc to prawda o szwedzkim porządnictwie i czasem wynikającym z tego sztywniactwu ;) O tym, że Szwedzi unikają jednoznacznych ocen, dużo łagodzą i relatywizują, unikają bycia dłużnym i akceptują wysoki poziom kontroli, dzięki któremu mogą liczyć na socjalny dobrobyt. Było też o wysokim w społeczeństwie stopniu znajomości języka angielskiego, szczególnie koniecznym, kiedy obywatel zechce zostać lekarzem. O szacunku i koleżeńskich stosunkach bez względu na pełnione stanowisko, więc dla przykładu w pracy każdy jest ze sobą na ty, salowa nie zwraca się do lekarza per panie profesorze, tylko po imieniu, a ordynator na obchodzie może być wypytany przez pielęgniarkę, dlaczego zaordynował pacjentowi te konkretne leki.  

Ponieważ bohaterowie wywiadów to polscy emigranci sporo miejsca w wywiadach poświęcone było również szwedzkiej polityce imigracyjnej i aprobacie dla etnicznej różnorodności. Polska fala emigracji zasymilowała się dość szybko i łatwo. Ale późniejsze napływy uchodźców z innych stron świata zaczęły robić się kłopotliwe. Szwedzi przestają sobie radzić z nowymi falami uchodźców, tym bardziej, że ich polityczna poprawność często knebluje usta i wiąże ręce. 

Jak pokazują jednak sylwetki polskich uchodźców po marcu 1968 roku Szwecja była i wciąż jest miejscem spełniania marzeń o lepszym życiu. Wystarczą chęci i ambicje, aby móc czerpać garściami z państwa socjalnego dobrobytu i osiągnąć zawodowy sukces.

Wywiadów udzielili m.in. Maciej Zaremba Bielawski, czołowy publicysta Dagens Nyheter, autor reportaży o Szwecji - Polski hydraulik i mąż znanej szwedzkiej pisarki Agnety Pleijel, Dorotea Bromberg, właścicielka szwedzkiego wydawnictwa Brombergs Bokförlag (nakładem wyd. Czarne w styczniu wyszła książka Memorbuch - powieść oparta na biografii jej ojca, Adama Bromberga) oraz Aleksander Wołodarski, architekt, który zaprojektował część Sztokholmu.


_________________
*Krystyna Naszkowska, Wygnani do raju. Szwedzki azyl (z portretami Joanny Helander), Wydawnictwo Agora 2017


środa, 28 lutego 2018

O tym, co wspólnego z ptakami ma James Bond i dlaczego T.rex mógł smakować jak kurczak? Stanisław Łubieński - Dwanaście srok za ogon i Sy Montgomery - Ptakologia


Tej zimy karmnik w moim ogródku cieszy się sporym zainteresowaniem. Jak co roku nie mogę narzekać na brak sierpówek i bogatek - ich frekwencja zawsze dopisuje. Tymczasem niespodzianka, bo do ogródka zaczęły zlatywać się ptaki, które dotychczas pojawiały się rzadko (modraszka, sójka, sroka, wróbel i mazurek) lub w ogóle (dzwońce, kos, kwiczoł skubiący pozostawione na trawniku jabłko, kawki i  gawrony oskubujące do zera kolejne kawałki słoniny zawieszone na gruszy, a nawet dzięcioł średni opukujący korę na wiśni i gruszy). Chyba poważnie powinnam już przemyśleć zakup lornetki. Na razie jednak znowu zatopiłam się w kolejnych ptasich książkach. 




Stanisław Łubieński, Dwanaście srok za ogon, wyd. Czarne 2016

Książkę Stanisława Łubieńskiego odbieram jako swoistą pinakotekę. Nie od parady, bo już pierwszy rozdział traktuje o Józefie Chełmońskim. A ściślej o żywej, nieudrapowanej przyrodzie na jego obrazach: odlatujących żurawiach, dropiach w porannej mgle, kuropatwach na tle zaśnieżonego pola, sójce strącającej z ośnieżonej sosny biały puch śniegu. Odświeżam sobie te obrazy i odkrywam nowe, a po przeczytaniu rozdziału już planuję wiosenną wycieczkę do pałacu w Radziejowicach

Józef Chełmoński: Kuropatwy w śniegu (1891), Odlot żurawi (1870) i Sójka (1892)


Ale czytam dalej o kompulsywnym oglądaniu się za ptakami i diagnozuję u siebie birding compulsive disorder. Marzę, by powiększyć swoją listę bezkrwawo upolowanych okazów, więc tym poważniej zaczynam rozważać nabycie ww. lornetki. By wybrać się nawet gdzieś blisko: na Szczęśliwice lub do Skaryszaka. Nie muszą to być od razu Bieszczady, gdzie pohukuje sobie puszczyk uralski, choć zazdroszczę autorowi jego ptasiego wypadu na południe. 

Podziwiam jego pasję, wiedzę i ptasie doświadczenia. Ot chociażby to z liczenia bocianów w gminie Grabów nad Pilicą. Cudowna książka, cieszę się, że polskiego autora, bo rodzimych gawęd o ptakach jest zbyt mało. A książka Stanisława Łubieńskiego choć objętościowo niebyt pokaźna, to upakowana jest ciekawymi informacjami o innych książkach i anegdotkami o tłiczowaniu, o tym, dlaczego ptasiarze nie lubią lata, o ptakach w popkulturze i naturalnym środowisku, a także o tym co wspólnego z ornitologią miał James Bond ;) Jak się okazuje – całkiem sporo :)




Sy Montgomery, Ptakologia, wyd. Marginesy 2018

Ta książka jednego dnia zaatakowała mnie w Internecie dwukrotnie, więc kiedy w krótkim czasie przeglądając Legimi trafiłam na nią po raz trzeci od razu pobrałam książkę na półkę i wieczorem zabrałam się za lekturę.

Szczególnie urzekła mnie opowieść o Damach. Damy to stadko kur, którymi opiekuje się autorka. Bardzo przyjemnie było czytać o tej pasji. Choć przyznam, że czytałam trochę z zazdrością, bo i mnie marzy się mała przydomowa hodowla. 

Kilkanaście sięgających łydki czarnych i czarno-białych postaci, rozkładających skrzydła jak dzieci rączki, aby utrzymać równowagę, lub bijących skrzydłami w powietrze, aby przyspieszyć, biegnie do mnie na czteropalczastych, pokrytych łuskami nóżkach, zachowując się jak oszalałe z entuzjazmu fanki na widok gwiazdy rocka. Dzięki temu powitaniu czuję się popularna jak Beatlesi – nawet jeśli mój osobisty fanklub składa się wyłącznie z drobiu.

Wracam pamięcią do lat z dzieciństwa, kiedy część każdych wakacji spędzałam u babci na wsi. Babcia zawsze miała kury i kaczki. Pamiętam żółte puchate pisklaki wygrzewające się w sieni pod lampą, jajka wybierane rano z kurnika i poranne pianie koguta. Kogut był zawsze zadziorny i jedyną osobą, która się go nie bała była babcia. Szkoda, że wtedy nie przyszło mi na myśl, aby je obserwować. Może i ja, podobnie jak autorka na przykładzie swojego stadka, mogłabym poczynić ciekawe obserwacje, że jedna kura jest nieśmiała, inna wręcz przeciwnie - gwiazdorzy, niektóre są ciche, inne bardzo towarzyskie, ostrożne lub lekkomyślne. 

W 2007 roku w magazynie Discover ukazał się artykuł zatytułowany Czy T.rex mógł smakować jak kurczak? Było to podsumowanie badań, podczas których w 2005 roku paleontolożka Mary Sheitzer z Uniwersytetu Stanowego Karoliny Północnej znalazła tkankę miękką w kości udowej tyranozaura. W toku badań okazało się, że DNA z białka kolagenu dinozaura jest najbardziej zbliżone do tego występującego u drobiu. A zatem odkrycie! - dinozaury wcale nie wyginęły, ich dalszą ewolucyjną formą są ptaki! Później inni paleontolodzy podawali inne zaskakujące teorie – ptaki powinny być klasyfikowane jako gady, Reptilia, w obrębie Dinosauria, jako dromeozaury, którym udało się przeżyć. Jest nawet jeden ptak, który dzieli z dromezaurami charakterystyczną cechę – na każdej stopie ma ostry jak brzytwa pazur. To kazuar, którego tropienie zagnało autorkę do Australii. To również był bardzo ciekawy rozdział. Nie miałam pojęcia ani o cechach szczególnych tego ptaka, ani o jego zwyczajach. A odkrycie powiązania dinozaurów z ptakami było naprawdę zaskakujące.

Dinozaury osiągały różne wielkości. W tym również jest ogromne podobieństwo do ptaków. Gdyby zestawić ze sobą albatrosa wędrownego (z ogromną rozpiętością skrzydeł) i maleńkiego kolibra – różnica jest zaskakująca. A właśnie – kolibry! Ptaki niczym zrobione z powietrza, tak delikatne, że jeden nieostrożny ruch może zrobić im ogromną krzywdę. O tym, z jaką delikatnością trzeba się z nimi obchodzić i ile wysiłku wymaga ich opieka (karmienie nektarem co 20 minut!) opisuje rozdział o ambulatorium dla kolibrzych pisklaków. Wow! Byłam pod wrażeniem.

I chociaż pozostałe rozdziały (o papugach i gołębiach) po lekturze Rzeczy o ptakach Noaha Stryckera odebrałam jako swoiste powtórzenie tamtej książki i nieco zanudził mnie rozdział o sokolnictwie, to nadal daję Ptakologii wysoką notę. Chyba nawet chętnie postawiłabym ją nie tylko na wirtualnej półce Legimi, ale swojej własnej również :)



niedziela, 18 lutego 2018

Książka o Północy: 3 razy lagom


Moda ma różne oblicza. Aktualne trendy przetwarzają się nawet w formę publikacji książkowych.
I tak jeszcze całkiem niedawno w księgarniach pojawiały się kolejne książki kulinarne/biograficzne/podróżnicze gwiazd i gwiazdeczek, później nadszedł czas na minimalizm, wszelkie sekretne książki przyrodnicze o drzewach, łąkach, pszczołach etc. (co osobiście bardzo mi się podoba, bo lepiej wiedzieć więcej o przyrodzie, niż o książkach dajmy na to Ilony Felicjańskej).
Były też mody „narodowe”, a więc paryski szyk, włoska dolce vita, przytulne duńskie hygge, a po skandynawskich kryminałach teraz króluje szał na szwedzkie lagom. A ponieważ skandynawskie klimaty to akurat u mnie temat na czasie, więc w ramach Książki o Północy potrójne małe co nieco o lagom.




Wszystkie trzy publikacje mają pewne charakterystyczne cechy: twarda okładka, niezbyt dużo tekstu (przy małym dziecku i mniejszej ilości czasu spokojnie da się przeczytać każdą w ciągu jednego dnia) i zdjęcia w instastylu. Jest jednak w tym gronie książka wydmuszka, książka średnia i książka, którą jestem w stanie polecić. Zatem lecę z tekstem:



Dr Bertil Marklund, Skandynawski sekret. 10 prostych rad jak żyć szczęśliwie i zdrowo, wyd. Marginesy 2017

Zaczynam od wydmuszki, aby się już na wstępie rozprawić i już do niej nie wracać. Jeżeli bowiem ktoś chciałby się dowiedzieć, czym istocie jest ten sławny obecne szwedzki lagom, niech zapomni o tym tytule. Bo, wbrew temu, co jest na okładce, ani to książka o skandynawskim sekrecie, ani o szwedzkiej zasadzie umiaru. To raczej garść ogólnych banałów o zdrowym stylu życia typu: ruszaj się na zdrowie, śpij tyle, ile potrzebuje twój organizm dla pełnej regeneracji, wzmacniaj odporność, unikaj stresu, jedz zdrowo i pożywnie, dbaj o zęby, pilnuj wagi, unikaj energetycznych wampirów i nie zaniedbuj przyjaciół, bo to dobre dla ogólnego samopoczucia psychicznego.

Na dokładkę sporo zdjęć: buty biegowe na tle liści, panna na rowerze, tudzież ćwicząca jogę na plaży, trochę kwiatków i stołów z jedzeniem.

Wprawdzie jeszcze na wstępie autor zadał niby retoryczne pytanie o zasadność kolejnego poradnika, a zaraz próbował przekonywać, że jego książka jest unikalna z uwagi na skandynawską perspektywę, ale to takie wpuszczanie w maliny. Lagom w tym przypadku to tylko taki haczyk.




Lola A. Akerström, Lagom. Szwedzki sekret dobrego życia, wyd. Marginesy 2017

Amerykanie chyba już tak mają, że gdy już zadomowią się na starym kontynencie i zachłystują życiem trochę odmiennym od amerykańskiego zbiera im się na pisanie książek. Mam na swoim koncie już dwie lektury w ten deseń: W Paryżu dzieci nie grymaszą oraz Fińskie dzieci uczą się najlepiej. A to zaledwie mały procent publikacji pt. Moje życie w Europie.

Lola A. Akerström wyszła za Szweda, więc zamiast pisać o paryskim szyku, czy wychwalać śródziemnomorską dietę, wzięła na warsztat lagom. Niestety zrobiła to trochę w amerykańskim stylu „och i ach”. Peany zaś dotyczyły kluczowych sfer życia. Wprawdzie Szwedzi również lagom potrafią przypisać do wszystkiego (lagom może być porcja jedzenia, wystrój mieszkania, czy odpowiednia równowaga między pracą i życiem osobistym). U Loli czuć jednak na kilometr zachwyt neofity, co sprawia, że książka jest jak polukrowany piernik: wszystko fajnie, tylko po co, do diaska, ta słodka glazura?



Anna Brones, Żyj lagom. Szwedzka sztuka życia w harmonii, wyd. Edipresse Książki 2017

I na koniec najlepsza z całego teamu, czyli szwedzkie spojrzenie na lagom z amerykańskiego punktu widzenia. Anna Brones mieszka w Stanach od urodzenia, ale z racji szwedzkiej rodziny od strony matki wychowywała się w dwóch kulturach. Godzi zatem amerykański styl życia na bogato ze szwedzkim porządkiem i umiarem.

Opowiada o lagom z sympatią, ale i dużym dystansem. Nie opycha się nim jak ciasteczkami, wręcz przeciwnie skłania czytelnika do poszukiwań. Twierdzi bowiem, że Szwedzi nie mają monopolu na lagom. Być może w innych krajach istnieje coś w typie lagom tylko posiada inną nazwę lub nawet nie jest oetykietowane. Rozprawia się ona również z etymologią lagom i oddziela nazwę od wyidealizowanej opowieści o wikingach.

Ale czymże w ogóle jest owe lagom? W dużym uproszczeniu to sztuka umiaru, zrównoważony styl życia, coś w stylu „dla każdego według potrzeb”. Idea lagom rozlewa się na każdy aspekt życia począwszy od zawartości talerza (porcje w sam raz, nieprzekombinowane potrawy ze składników z lokalnych źródeł) lub szafy (garderoba na lata, nieuleganie modzie, proste kroje i stonowane kolory, świadomy wybór producenta, materiały naturalne) po design (demokratyczne skandynawskie wzornictwo dostępne dla każdego bez względu na objętość portfela, minimalistyczny i harmonijny wystrój, znaczenie optymalnego oświetlenia wnętrza, wzornictwo zainspirowane naturą, wykorzystywanie naturalnych surowców do produkcji mebli i innych sprzętów ), zwyczaje pracownicze (duże znaczenie przerwy w pracy, fika!, skupienie się na jednym zadaniu, skracanie czasu pracy, wydłużanie wypoczynku) i troskę o zdrowie (zdrowe odżywianie, aktywność, czas na wypoczynek, serwowanie sobie małych przyjemności).


U podstaw lagom leżą społeczno-polityczne idee. Szwedzka polityka opiera się na demokratyzmie i trosce o dobro grupy, co oznacza, że każdy ma równe szanse i prawa. Lagom jako sztuka umiarkowania ma zatem dawać pożądaną równowagę. Być może jest to jakiś sposób na życie w szwedzkim surowym klimacie?

Jeżeli jeszcze zastanawiacie się, po którą z trzech prezentowanych warto sięgnąć, to dopowiem, że oczywiście po Żyj lagom Anny Brones. Jest to książka bardziej o szwedzkiej kulturze, utrzymana w stylu lagom (sic!), napisana umiarkowanym stylem pozbawionym hurraoptymizmu neofity (jak to ma miejsce w książce Loli A. Akerström). Do tego okraszona jest przyjemnymi zdjęciami i bonusem pod postacią kilkunastu prostych przepisów na dania kuchni szwedzkiej.



piątek, 26 stycznia 2018

O ptakach dla małych, średnich i dużych, czyli przegląd książek na Zimowe Ptakoliczenie 2018


Nie pamiętam dokładnie co sprawiło, że dostałam ornitologicznego fioła. Być może było to po premierze Makrokosmosu, w którym od prawie 14 lat wciąż jestem zakochana, i który obejrzałam już po wielekroć. A może Makrokosmos tylko utwierdził mnie w nowej pasji?



Tak czy siak od wielu lat moje ptasiarskie zamiłowanie cyklicznie wraca do mnie z większym natężeniem. Szczególnie zimą, kiedy do karmnika zlatują się najpiękniejsze sierpówki, mazurki, wróble, bogatki i modraszki, ostatnio częściej również sójki, kawki, sroki i gawrony (dla tych ostatnich na gałęzi nabite jest całe jabłko, porozrzucane orzechy włoskie w łupinach i podobnie jak dla sikor, wisi kawał słoniny). W tym roku mogłam zaobserwować też w chmarze bogatek dzwońce, sporadycznie kwiczoła, a dwa razy korę gruszy opukiwał dzięcioł średni. Towarzystwo za oknem jest zatem barwne i bardzo interesujące do obserwacji.

A ponieważ OTOP, wzorem brytyjskiego Big Garden Birdwatch, Zimowe Ptakoliczenie 2018 ogłosił, jak co roku, na ostatni weekend stycznia (co wypada w najbliższy weekend 27-28 stycznia), więc wyprzedzająco przedstawiam kilka ptasich książek z naszej półki. Są stare i nowe, dla dużych i małych. Chętnie dowiem się, które książki sama powinnam poznać. Dajcie znać w komentarzu tutaj na blogu lub pod zdjęciem na fejsie. Przy okazji przypominam wcześniejszą recenzję o bibliotecznym zachwycie.






Dla małych
Rafał Wejner, Ptaki polskie, wyd. Liwona 2016


Wspominałam już, że lubię wynajdywać dla Jacka książki z fotografiami zamiast rysunków. Na początku niech poznaje świat realny, a (nie zawsze udane) wizje rysowników. Tak właśnie trafiłam na serię przyrodniczych kartonówek niepozornego wydawnictwa Liwona. Z całej serii mamy Owady, Leśnych przyjaciół, Zwierzęta dzikie, Zwierzęta morskie i właśnie Ptaki polskie.




Zdjęcia w każdej z książeczek są estetyczne, dobrze obrazują konkretne zwierzęta. Do zdjęć dopasowane są wierszyki: udane bardziej lub mniej. Ja je z reguły ignoruję i przy wspólnym oglądaniu z Jackiem wymyślam własne teksty lub opowiadam, co wiem o danym zwierzęciu.




Joanna Babula (ilustracje), OnoMaTo, czyli zabawa dźwiękami. Ptaki dzikie, wyd. FK Olesiejuk 2017



W zbiorach mamy również trochę książeczek rysunkowych. Ale, aby książka mogła zostać w domu, musi najpierw przejść pozytywną weryfikację, którą przeprowadzam ja (haha). Ta takową przeszła, więc służy nam dzielnie, ku uciesze latorośli.





To jedna z serii książek dźwiękonaśladowczych, którą gorąco polecam. Jacek dzięki niej potrafi powiedzieć już jak kracze wrona oraz jak pohukuje sowa. Repertuar może niezbyt wielki, ale każdy od czegoś zaczynał ;) A! Czytamy też Tuwimowskie Ptasie radio, które również jest w deseczkę. To zapewne pamiętacie? ;)

ilustracja: Jan Marcin Szancer



Dla małych, średnich i dużych
Andrzej Trepka (tekst), Kazimierz Frączek (ilustracje), Encyklopedia zwierząt. Ptaki, wyd. Scriba 2004



Tę książkę mam na półce od około trzynastu lat. Wracam do niej co jakiś czas i zawsze mnie zachwyca. To przegląd faktów i ciekawostek okraszonych ładnymi, szczegółowymi i odwzorowującymi rzeczywistość rysunkami. Można z niej dowiedzieć się m.in. który ptak: ma największą powierzchnię skrzydeł (pelikan kędzierzawy), gniazduje najdalej na północy (mewa modro dzioba), a który tworzy gniazdo w formie pieca chlebowego (garncarz rdzawy).





Jacek na razie jest na etapie oglądania w niej ptasich wizerunków, ale myślę, że jako starszak zaciekawi się również samą treścią książki. 




Dla średnich i dużych
Noah Strycker, Rzecz o ptakach, wyd. Muza 2017


A to już typowa książka do poczytania. Otrzymałam ją w listopadzie w ramach bardzo trafionego prezentu urodzinowego (Justa, buziak). Podczytywałam w wolnej chwili, nielinearnie i nieśpiesznie, rozpoczynając od ptaków, którymi byłam zainteresowana najbardziej (sroki, szpaki, kury, gołębie, altanniki, sowy śnieżne, orzechówki popielate, pingwiny, papugi), a później doczytując równie interesującą resztę (kolibry, albatrosy wędrowne, chwostki i sępniki różowogłowe).

Trafiłam przy okazji na wiele ciekawych informacji, o których nie miałam pojęcia lub wiedziałam mniej więcej, ale jednak jak się okazało – wciąż mało. Na przykład:
- o hierarchiczności w kurzym społeczeństwie czytałam już dawno, ale o tym, że czerwony kolor powoduje u nich zew krwi już nie,
- w Anglii przez wieki sroki określano mianem psa; ptaki te zajmują znaczące miejsce w tamtym folklorze i przesądach, w Szkocji mają mroczną reputację, bo za sprawą czerwonego od wewnątrz dzioba uważano, że zwiastuje śmierć nosząc krew szatana w dziobie. Natomiast w całkiem serio naukowych badaniach okazało się, że sroki posiadają sporą samoświadomość (potrafią rozpoznać się w lustrze), a nawet odprawiają improwizowane pogrzeby swoim pobratymcom,
- u altanników budowy altanek mających za cel zwabić samicę do kopulacji podlegają modom, a dobór materiałów jest ściśle związany z endemicznymi gatunkami z rodziny altanników. A przy okazji kunsztu i barwności ptasich budowli pojawia się pytanie o to, czy to może nie jest tak, że ewolucję może napędzać sztuka?

Choć tytuł brzmi Rzecz o ptakach i książka traktuje o nich w głównej mierze, to  jednak w istocie ptaki i ich zwyczaje są jednocześnie punktem do rozważań o człowieku. Przypadek orzechówki popielatej może sporo powiedzieć o zdolności zapamiętywania ludzkiego mózgu, wierność wśród albatrosów wędrownych o miłości i rozwodach u ludzi, niespokrewnione pomocnictwo u chwostek to casus dla matematycznej teorii gier i możliwych rozwiązań klasycznego dylematu więźnia, a porządek dziobania u kur to już przyczynek do matematycznego ujęcia tenisowych rankingów przy turniejach w systemie kołowym i pucharowym ;)

Przyznaję, że przy matematycznych, komputerowych i fizycznych niuansach trochę się gubiłam, ale całościowo książka była naprawdę wciągająca. Gdzieś trafiłam na opinię, że jest fatalnie przetłumaczona i zawiera sporo angielskich kalk. Serio? Może i niektóre zdania składniowo były niezbyt fortunne, ale ja tej książce daję wysoką notę. A poza tym ta śliczna wyklejka…





A teraz pytanie do Was: które z książek w ptasim temacie powinnam: przeczytać, znać i/lub mieć ;)




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...