środa, 28 września 2016

Jaka piękna katastrofa! Katarzyna Boni - Ganbare! Warsztaty umierania


Miasto na dwadzieścia cztery tysiące mieszkańców.
Było. Nie ma.
I jeszcze las. Siedemdziesiąt tysięcy sosen porastających piaszczysty brzeg. Zapach igliwia zmieszany z bryzą morską. Ludzie przyjeżdżali tu tylko dla nich. Na spacer wśród drzew.
Było. Nie ma.
Przetrwała tylko jedna sosna. Żyła jeszcze rok po tsunami, ale jej korzenie umarły – w glebie pełnej soli. Eksperci do środka martwego pnia włożyli stalowe rusztowanie. Dwadzieścia siedem metrów wysokości. Dodali sztuczne gałęzie, liście z żywicy syntetycznej. Wygląda jak żywa. Będzie stać. Cudowna sosna. Symbol miasta Rikuzentakata, które nigdy się nie podda.*


Być może choć raz oglądaliście w TV spektakularne pokazy w ramach Domino Day dowodzące, że burzenie może zachwycać. Pewnie nawet sam Grek Zorba mógłby wówczas zakrzyknąć: „Jaka piękna katastrofa!”.
A co, kiedy efekt domina dotyczy rzeczywistości? Kiedy palcem uruchamiającym lawinę zdarzeń jest żywioł? Japonia swój Domino Day miała 11 marca 2011 roku. I to wcale nie była piękna katastrofa, ale seria bardzo niefortunnych zdarzeń: trzęsienie ziemi, tsunami, powódź i wybuch w elektrowni atomowej Fukushima.

I chociaż w tragedii trudno szukać pozytywów, to życie Japończyków po katastrofie Katarzyna Boni opisała pięknie. "Ganbare! Warsztaty umierania" to zbiór niejednorodnych, niekiedy eseistycznych reportaży o życiu Japończyków w cieniu trzęsienia ziemi i marcowej kumulacji w 2011 r.
To bardzo: refleksyjne (nurkowanie Pana Masaki Narity w poszukiwaniu zwłok córki lub chociażby odnalezienia jej osobistych przedmiotów), zaskakujące (opowieść o przeżyciu czterech tsunami przez Pana Satō), dziwne (przerabianie tragedii na słownik wyrazów obcych), techniczne (łańcuchy na półkach z książkami, blaszane domy tymczasowe, falochrony), a nawet baśniowe (ceremonia pogrzebu) wymiary japońskiej tragedii. 


Ganbare! - japoński okrzyk, który ma zmotywować, podnieść na duchu, zmusić do działania. A motywację tę Japończycy potrzebują szczególnie, wszak codziennie żyją z poczuciem bezsilności i strachu wobec destrukcyjnej siły natury. I chociaż wydają się świetnie przygotowani, uczeni od najmłodszych lat sposobów bezpiecznej ewakuacji, mają do dyspozycji sklepy ze sprzętem użytecznym w razie trzęsienia ziemi (na swoim kanale taki sklep pokazywał Krzysztof Gonciarz), mogą wziąć udział w warsztatach umierania (sic!) - pomimo tego śmierć zawsze będzie zaskoczeniem. Tym bardziej, że po tsunami sprzed pięciu lat większość z nich emocjonalnie przypomina alegorię ocalałęj sosny z Rikuntakaty.


To wzruszający i jeden z nielicznych piękniejszych reportaży, które dotychczas czytałam. Z pełnym przekonaniem twierdzę, że zasługuje on na nagrodę. 

Reportaż Katarzyny Boni omawiałyśmy na sierpniowym spotkaniu Sabatowa.


6/6
_______________
*Katarzyna Boni - Ganbare! Warszaty umierania; wyd. AGORA 2016


poniedziałek, 26 września 2016

Dziecko w krainie kolorów. Andy Mansfield – Znajdź kropki


Dzisiaj będzie o najnowszej kartonowej propozycji od wydawnictwa Mamania. Niedawno na blogu pisałam o wprowadzaniu maluchów w świat przyrody. Tym razem natomiast coś dla bardziej kumatej latorośli, która umie już liczyć i potrafi odróżniać kolory. Albo przynajmniej właśnie wkroczyła we wrażliwą fazę w tej sferze.


"Znajdź kropki" Andy’ego Mansfielda to (podobnie jak ww. książka Hectora Dexeta) również świetny sposób na analogową edukacyjność zabawek. Bo jest to nie tylko książka do przeglądania, ale i odkrywania.


Aby znaleźć odpowiednią ilość kropek we wskazanym kolorze trzeba coś: odgiąć, pociągnąć, przesunąć, pokręcić tarczami, zerknąć w lusterko lub ułożyć we właściwej konfiguracji.




I chociaż stron jest niewiele, to zaręczam, że taka książka daje dużo frajdy. Przetestowałam na sobie, a dzieckiem od dawna już nie jestem. A zatem – skoro podoba się dużym, to tym bardziej będzie niezłą atrakcją dla małych.


___________________
Andy Mansfield – Znajdź kropki [Find the Dots]; wyd. Mamania 2016
Egzemplarz do recenzji przekazało wyd. Mamania

Liczba stron: 12
Oprawa: twarda
Premiera: październik 2016
Wymiary: 195x195 mm


piątek, 23 września 2016

O wyższości okładki nad treścią. Martin Suter - Lila, Lila


Kilka dni temu na fejsbuniu trafiłam na udostępniony, już nawet nie pamiętam przez kogo (być może wspomnianą tam świetną Stronę 17), artykuł o grafice, a w szczególności o pięknie okładek książkowych. O tak! To temat, który lubię bardzo, o czym mogliście się przekonać przy serii Twarz Książki. Swoją drogą, dawno nie było kolejnego odcinka, więc zbieram się w sobie, aby ukończyć wreszcie moją kolejną koncepcję na temat.

Wracając do pięknych okładek, z pełnym przekonaniem stwierdzam, że często działają na mnie jak magnes. Bywa, że kupuję książkę właśnie dzięki niej. Tak właśnie było z wygrzebaną w antykwariacie na Powiślu i zakupioną za grosze Lilą. 
Często zdarza się, że twarz książki, czyli pierwszy wabik na czytelnika jest zupełnie od czapy. Nie wiadomo o co twórcy lub wydawcy w niej chodziło, nijak ma się do treści, a zamiast namawiać do kupna (tudzież wypożyczenia w bibliotece) – na starcie jest przegraną.


Tymczasem projekt polskiej okładki dla tej powieści (zagraniczne wydania nie są już tak spektakularne, o czym możecie się przekonać wyżej), autorstwa Dawida Liberkowskiego zachwyca mnie wyjątkowo.
I potrójnie. Po pierwsze: projekt jest minimalistyczny i nieprzegadany. Po drugie: można ją odczytać na dwa sposoby (zarys kobiecej sylwetki i pióro ze skapującym ze stalówki atramentem). Po trzecie: idealnie koresponduje z treścią powieści.


A o czym jest powieść? W telegraficzny skrócie: o miłości i pisaniu. 
David - młody dwudziestokilkuletni chłopak mieszka w suterenie, którą mebluje dość niskim kosztem kupując graty za grosze. Wyszukuje również perełki, które sprzedaje z zyskiem swojemu pracodawcy - właścicielowi pubu Esquina. Któregoś razu kupuje od handlarza starociami w sklepie „Kopalnia skarbów Godiego” stary stolik nocny z blatem w stylu art déco z żółtego marmuru i zacinającą się szufladą. Szuflada nie chce się otworzyć, ale pośrednik zapewnił, że stary sposób z odrobiną mydła być może zdziała cuda. Owszem zdziałał – nawet większe, niż David się spodziewał. Bo w otwartej w końcu szufladzie jako gratis sprzed lat spoczywał maszynopis powieści o miłosnym związku pisarza z pewną Sophie. Ale o tym za chwilę.

David jest kelnerem we wspomnianym wyżej pubie, w której spotykają się młodzi intelektualiści, lubujący się  dyskutować przy winie o literaturze, sztuce i kulturze. Do grona dołącza pewnego dnia piękna Marie Berger, która niedawno zakończyła związek z zupełnie beznadziejnym facetem. Oczywiście od razu wpadła w oko nieśmiałemu Davidowi, ale i na krótko w ramiona Ralpha – jednego ze stałych bywalców Esquiny. David, którego onieśmielały kobiety – postanowił zainteresować swoją osobą Marie za pomocą swojego znaleziska z szuflady.

W tym celu przerobił maszynopis powieści, zmienił jej tytuł z "Sophie, Sophie" na „Lila, Lila” i poprosił, aby Marie zapoznała się z jego twórczą próbą. Rybka złapała haczyk – powieść spodobała jej się na tyle, że nie dość, że literacka wrażliwość Davida podbiła jej serce, to na dodatek bez wiedzy chłopaka wysłała maszynopis do wydawnictwa. Odzew był niemalże natychmiastowy – David został obwołany objawieniem młodego pokolenia pisarzy, a powieść święciła triumfy na liście bestsellerów. Z niemajętnego, samotnego kelnera, stał się rozchwytywanym literatem z ukochaną, piękną i wspierającą Marie u boku. Ale sielanka trwa tylko do momentu, kiedy do Davida zgłasza się człowiek, który odkrywając plagiat podaje się za autora pierwotnej wersji znalezionej powieści. 

Na tym zakończę streszczenie, bo przecież nie mogę napisać wszystkiego. To nie jest bryk, a ja nie chcę też zabrać przyjemności z dalszego odkrywania historii. Która może nie jest ani zbyt skomplikowana, tak samo jak i niezbyt zagmatwana i rzekłabym nawet, że (przynajmniej dla mnie) posiada dość przewidywalne zakończenie, mimo to czyta się ją przyjemnie i z zainteresowaniem. Jednorazowa lektura na zbliżające się dłuższe wieczory, a po przeczytaniu książkę można przekazać następnej osobie.


No i właśnie! Tutaj jest ten problem! Jak oddać książkę dalej, skoro żal się rozstać z okładką? Zrobić zdjęcie, wywołać i wyeksponować na ścianie? Barbarzyńsko wyrwać okładkę i tak ograbioną powieść zostawić w tramwaju? Czy może zapamiętać obraz w pamięci? Kto by pomyślał, że okładka książki może nastręczać takie dylematy ;) Znacie rozwiązanie dla tej sytuacji? ;)


Woda w czajniku zawrzała. Marie zalała torebkę herbaty w dużej filiżance i wróciła do pokoju.
Dobry Boże, pomyślała, niech ta historia dobrze się skończy.*


3/6
_____________________________
* Martin Suter – Lila, Lila [przekł. z niemieckiego Barbara Niedźwiecka]; wyd. Świat Książki 2009


czwartek, 22 września 2016

Powrót Żelaznej Damy. Remigiusz Mróz - Immunitet


Zmrużyła oczy.
- Dopiero co zostałeś wybrany – powiedziała. – Immunitet będzie cię chronił jeszcze przez dziewięć lat.
- Mhm.
- Nie zdążyłeś nikomu podpaść. A władza od momentu wyboru się nie zmieniła.
- Zgadza się.
- Więc prokurator, który zamierza postawić ci zarzuty, albo jest samobójcą, albo zebrał naprawdę dobry materiał dowodowy.
- Kiedy tak stawiasz sprawę…
- Biorę to.
- Słucham?
- Coś ewidentnie jest na rzeczy – rzuciła, podciągając się do wezgłowia. – Ale możesz spać spokojnie. Jak tylko stąd wyjdę, będziesz reprezentowany przez kancelarię Żelazny & McVay.

Zanim zdążył się odezwać, posłała mu lekki uśmiech, który znikł z jej twarzy tak szybko, jak się pojawił. Wskazała mu wzrokiem drzwi. *




Joanna Chyłka wydaje się być niezniszczalna. Nie dość, że żywa i w miarę cała wychodzi z poważnego wypadku samochodowego („Zaginięcie”), to mimo że witała się już prawie ze śmiercią po zatruciu alkoholowym - bez większych komplikacji opuszcza Szpital Bielański. I jakby nic sobie z tego nie robi. Żelazna dama, dla której przeciwności losu to nic szczególnego? Chyba jednak nie tak do końca, skoro jak wynika z jej osobistego… cymelium, jest pewien istotny powód, przez którego jedyną dopuszczalną i akceptowalną przez nią formą własnego imienia jest tylko i wyłącznie Joanna.

Ale przejdźmy do spraw zawodowych. Tym razem Chyłka znowu pracuje z ramienia kancelarii Żelazny & McVay i mając po swojej stronie barykady Zordona bierze sprawę byłego kolegi ze studiów, a obecnie najmłodszego sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Sebastian Sendal zostaje oskarżony o zabójstwo, którego rzekomo dokonał w 2008 roku w Krakowie. Materiały DNA znalezione na ofierze ostatecznie zostały zidentyfikowane przez Archiwum X, czyli sekcję rozpracowującą sprawy beznadziejne i dawno odłożone na półkę jako niewykryte.
Ale czy sędzia Sendal na pewno jest zabójcą? A może wrobił go jakiś polityk z obozu rządzącego lub opozycji albo mafia? A może to zemsta żony? Sprawa jest bardzo ciekawa, a fabuła wciągająca. Ale i miejscami bardzo irytująca. Przynajmniej mnie. Nooooo! Autor postarał się bardzo, aby mnie jednocześnie zachęcić i zniechęcić do czytania. Wprawdzie w ostatecznym rachunku wyszedł z tarczą, ale co się na niego nadenerwowałam, to moje. 

Lista grzechów jest długa. Zacznijmy od syndromu siewcy – nie wiem, czy to słowo jest aktualnie jego ulubionym, ale „ziarno” pojawiło się kilkakrotnie. A to w przypadku łączenia z prawdą (najwięcej razy), innym razem z niepewnością lub wątpliwością. Dobrze, że łan żyta z tego nie wyszedł, choć i tak zboża Chyłka miała dość, aby ponownie wrócić do ulubionego napoju, czyli alkoholu. Swoją drogą to dość ciekawe, że osoba po zatruciu alkoholowym, tak łatwo potrafi sterować swoim nałogiem i raz pić dużo, aby innym razem nie wychylić ani kieliszka. W bardzo krótkim czasie. Chyba że tak potrafią tylko Chyłki.

Kolejnymi irytującymi mnie rzeczami było notoryczne wprowadzanie do czegoś, co już zostało powiedziane wcześniej. A zatem: po raz kolejny dowiedziałam się dlaczego na Kormaka mówią Kormak (halo, autorze! to już czwarta część serii), jakim samochodem jeździ Chyłka (wiadomo przecież, że bardzo małym wozem), jak również, że Joanna woli mięcho, a Zordon to delikates i jada głównie wege, ewentualnie łososie. I na wszystkich bogów! Czy Żelazny za każdym razem musi się bawić tymi swoimi spinkami do mankietów? Naprawdę nie może tych władczych łap zająć czymś innym?!

Żałuję też, że nabrzmiała w „Rewizji” sprawa ojca Chyłki tym razem była jakoś tak mniej istotna. Koniec trzeciej części dał mi nadzieję, na ciekawą rozgrywkę z rodzinnymi konotacjami, tymczasem w "Immunitecie" rozwinięcie skończyło się tak… nijako. A może za szybko stawiam krzyżyk? Może piąta część będzie bardziej… ekhm rodzinna (zważywszy na zakończenie „Immunitetu”, którego tutaj nie zdradzę)?

Ale żeby nie było, że tylko wytykam autorowi (w moim mniemaniu)  minusy powieści. Gdyby była zła – nie pochłonęłabym jej w tak ekspresowym tempie. A przyznać muszę, że wciągająca była bardzo. I chociaż tym razem nie chwalę jej za zadziorność głównej bohaterki, humorystyczne wstawki i dynamiczną fabułę, to doceniam nawiązanie do gorącego tematu Trybunału Konstytucyjnego i mrugnięcie okiem w kwestii obecnego kształtu sceny politycznej. I ogromnie cieszę się, za wyjaśnianie pewnych prawniczych zwyczajów, sposobu prowadzenia sądowych posiedzeń po ustawowych zmianach i wskazywanie konkretnych przepisów, a nawet wyroku Sądu Najwyższego. Jestem z tej frakcji, która to lubi. Lubię też retorykę batalii na sali sądowej, która tym razem w miarę mnie ukontentowała. 

Cóż pozostaje mi napisać na koniec? Że oczywiście polecam lekturę. Ale czy już wystarczającą zachętą do przeczytania „Immunitetu” nie będzie to, że z niecierpliwością czekam na kolejną część? Mam nadzieję, że tak :)


Zachęcam również do zapoznania się z recenzjami poprzednich części:
I - Kasacja
II - Zaginięcie
III - Rewizja



4/6
_________________________
Remigiusz Mróz – Immunitet, wyd. Czwarta Strona 2016
Egzemplarz do recenzji przekazało wyd. Czwarta Strona


poniedziałek, 19 września 2016

W opozycji do tabletów. Hector Dexet – Oto jest ogród


Skoro na blogu bez okazji pojawia się książka dla dzieci, znaczy, że coś się święci ;) A kiedy się wyświęci, to ten dotychczas niezbyt codzienny rodzaj literatury na Czytelniczym będzie pojawiał się być może częściej, niż raz w roku przy okazji Międzynarodowego Dnia Książki dla Dzieci.

Póki co – zbieram inspiracje i trochę wracam myślami do swoich książek z okresu dzieciństwa. I tak na przykład – dzisiejsza przypomina mi moją PRL-owską kartonową książeczkę 3D, w której otwieranie stron budowało zamki i różne cuda wianki. Szkoda, że już jej nie mam.
Mam za to od wydawnictwa Mamania równie uroczą kartonową książeczkę Hectora Dexeta „Oto jest ogród” dla dzieci w przedziale wiekowym 0-3. I śmiem nawet prorokować, że będzie niezłą atrakcją dla mojego malucha. 




Treści jest mało, bo nie jest to książka do czytania, a do opowiadania i odkrywania natury na bardzo podstawowym poziomie: że w ogrodzie kwitną kwiaty, w dziupli mieszka sowa, pod liśćmi można trafić na małe stworzenia, z gąsienicy powstaje motyl, w jabłkach czasem trafia się robaczek, a liście bywają na wielkiej kałuży małym statkiem dla biedronek.



Karty z rysunkami posiadają wycięcia, które na drugiej stronie dopowiadają historię ze strony poprzedniej. A temat, w dobie dziecięcych lęków przed naturą, pozwala się z nią oswoić od małego. Mało tego, śmiem twierdzić, że w interaktywnych czasach to świetna analogowa alternatywa dla tabletów.






Dodam jeszcze, że Hector Dexet, nakładem Wydawnictwa Mamania, zachęca również do odkrywania przygód pewnej małej biedronki. A ja zachęcam Was do podzielenia tytułami książek, które sprawdziły się u Was.


________________________
Egzemplarz do recenzji przekazało wydawnictwo Mamania
Hector Dexet – Oto jest ogród, wyd. Mamania 2016

Liczba stron: 36
Oprawa: twarda
Premiera: sierpień 2016
Wymiary: 200x236 mm


niedziela, 18 września 2016

O wojennych powikłaniach. Erich Maria Remarque – Na zachodzie bez zmian


Jestem młody, mam dwadzieścia lat, ale w życiu nie poznałem niczego poza zwątpieniem, śmiercią, strachem i splotem najbezsensowniejszej powierzchowności z bezmiarem cierpienia. Dostrzegam, że narody szczute są przeciw sobie i nie zdając sobie z tego sprawy zabijają się milcząco, głupio, posłusznie i bez powodu. Dostrzegam, że najmądrzejsze umysły świata wynajdują broń  słowa, by uczynić to wszystko jeszcze bardziej wyrafinowanym i długotrwałym. Wraz ze mną dostrzegają to ludzie, moi rówieśnicy z tej i tamtej strony, na całym świecie. Wraz ze mną przeżywa to całe moje pokolenie. Co więc zrobią nasi ojcowie, kiedy pewnego razu zbuntujemy się i staniemy przed nimi i zażądamy rozliczenia? Czego będą mogli spodziewać się po nas, gdy kiedyś nadejdzie czas, w którym nie będzie wojny. Przez całe lata naszym zajęciem było zabijanie. To był pierwszy zawód w naszym życiu. Nasza wiedza o życiu ogranicza się do śmierci. Co więc ma nastąpić potem? Kim mamy być?*



Zamierzałam iść za ciosem i napisać o antywojennej powieści Rearque'a zaraz po nieco rozczarowującej „Walentynie”. Tak dla kontrastu, bo dzisiejsza książka, to dla mnie przeciwny biegun. Musiałam jednak dać sobe po jej lekturze trochę czasu. „Walentyna” była antywojenną lekką humoreską, naigrywaniem się z wojny, a „Na zachodzie bez zmian” jest na poważnie. Na bardzo poważnie. Zupełnie nie spodziewałam się takiej petardy! Tyle mogę napisać na wstępie.

Ta powieść jest niczym manifest młodych żołnierzy walczących na froncie I wojny światowej. Obnażający bezsens, absurdy i moralną cenę wojennej machiny. Punkt widzenia młodego człowieka, który nagle przez wojenne doświadczenia staje się emocjonalnie bardzo stary i dojrzalszy mentalnie od szkolnych i rodzinnych autorytetów - naprawdę wbija w fotel.
Te wszystkie mowy Kantorka i innych nauczycieli o ideałach wygłaszane w kierunku szkolnej młodzieży w zderzeniu z wojennymi doświadczeniami niedawnych jeszcze uczniów brzmią jak ponury żart, a dotychczasowy autorytet starszych, okazuje się, że nie wynikał z mądrości, a biegłości w wypowiadaniu frazesów. Tamci opowiadali o służbie ojczyźnie, patriotyzmie i honorze, a młodzi żołnierze widzieli szpitale i umierających po bezsensownej walce.

Samo wyobrażenie o wojsku, jego wyidealizowanego, niemal romantycznego charakteru z faktycznym obrazem wprawia w konsternację. Na nic tam wbijana do głów w szkole wiedza o teoriach Schopenhauera i biegłość w dziełach Platona i Goethego, skoro ważniejszy od intelektu jest rozkaz podrzędnego listonosza o pucowaniu butów, klozetów, oraz poprawne salutowanie, stawanie na baczność i defiladowy krok. Klasyczna wykładnia ojczyzny podawana przez nauczycieli w wojsku oznacza rezygnację z osobowości i tresowanie na miarę cyrkowych koni.

O właśnie! Konie, podobnie jak młodzi żołnierze, to też ofiary wojennej machiny. Przestraszone, przeciążone, wyeksploatowane i poranione, z wnętrznościami na wierzchu, skarżyć się mogą tylko przez żałosne rżenie. Dopełniają krwawego obrazu rannych i poległych żołnierzy, przepełnionych lazaretów, spalonych wiosek, tęsknoty za rodziną i dziwnego porozumienia z wygłodzonymi i sponiewieranymi jeńcami.

Młody żołnierz szybko konstatuje, że najpierw jest wojskowym mięsem armatnim, a dopiero potem człowiekiem. Że doświadczenia wojenne potrafią rozbić psychikę na tysiąc kawałków, a sama wojna, to nie patriotyczny ideał obrony ojczyzny, ale niezły interes dla właścicieli fabryk i powód do chwały dla dowódców, wysoko postawionych oficjeli i cesarzy. A po drugiej stronie barykady walczy nie wróg, ale taki sam młody, zagubiony, zwykły człowiek.

To była bardzo gorzka i poruszająca powieść. Myślę, że nawet bardzo autobiograficzna, skoro Erich Maria Remarque był uczestnikiem I wojny światowej. Jej styl narracji narzuca wyszukiwanie podobieństw do reporterskich doniesień spisanych w literackiej formie. To powieść, która od pierwszego wydania w 1929 r. wcale nie traci na aktualności. Gorąco polecam.


6/6
__________________________
* Erich Maria Remarque – Na zachodzie bez zmian (tyt. oryg. Im Westen nichts Neues; przekł. Tadeusz Ostojski; wyd. EF-TE-ER 1992 r.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Życie jak eintopf. Joanna Jagiełło – Hotel dla twoich rzeczy. O życiu, macierzyństwie i pisaniu


O czym to jest… o czym właściwie jest… o miłości, o dzieciach czy o pisaniu? Eintopf mi wyszedł, niemiecka potrawa jednogarnkowa. Trochę tam mięsa, dużo kartofli i jeszcze jakieś resztki, które szkoda było wyrzucać. Zawsze wszystko jednocześnie: dzieci, praca, pisanie, miłość. Teraz jeszcze doszło malowanie i śpiewanie. (…) Raz jest dobrze, raz jest źle. Sukces albo porażka. Ale jest tego tyle, że te wszystkie smaki i tak świetnie ze sobą współgrają. Porażka to nie porażka – raczej odkrycie innej przestrzeni, gdzie może pójść lepiej.*



Joanna jest matką dwóch córek. Jest też kobietą po przejściach. Ale i niepoprawną  optymistką lub, jak określiła osobiście, osobą trochę niedorozwiniętą umysłowo, która wszystkich problemów i niewygód po prostu nie dostrzega, a jeśli nawet, to mija je obojętnym wzrokiem jak zeschłe liście. Na ten przykład kilkuletniego zamieszkiwania w starej pracowni, która nie wyolbrzymiając za bardzo, nie była niekoniecznie komfortowym miejscem, tym bardziej, kiedy ma się małe dziecko: na siku trzeba wyjść  do wspólnej toalety, ściany wewnątrz mieszkania zostały partyzancko oklejone styropianem, aby nie zamarznąć zimą. O takie tam klimaty.

Do tego dołóżmy jeszcze wczesne macierzyństwo, notoryczny brak kasy i niezbyt dojrzali faceci. Ojciec Dużej, tj. dziecka numer jeden: „artysta” malarz żyjący w swoim świecie, nieodpowiedzialny, wiecznie niepunktualny, mało pomocny – ale zawsze chętnie w roli misia do kochania. Ojciec Małej – córki numer dwa jawi się zaś jako apodyktyczny bufon.  W tym przypadku zmiana jednego partnera na kolejnego, to jak wejście podczas deszczu w sandałkach z jednej zimnej kałuży do drugiej.

Spotkanie autorskie w Domu Braci Jabłkowskich, 4.10.2014 r.
Autorka - pierwsza z prawej


Wydawałoby się, że po tym małym zarysie Joanna jest przypadkiem beznadziejnym. Ale nie da się jej nie lubić. Tym bardziej, że nie jest to postać fikcyjna, a jej „Hotel dla twoich rzeczy” jest autobiograficznym spojrzeniem w szaloną przeszłość, w której zarysowują się punkty przełomowe dla emocjonalnej dojrzałości, pokonywania własnych słabości, rozrachunku z byciem dzieckiem z rozbitej rodziny i pomimo powielenia błędu rodziców – szukaniem w tym wartości dodanej, mozolnym wydeptywaniem swojej drogi do lepszego życia i… (jakże trywialnej w tym zestawieniu) próby pogodzenia małego metrażu z przedmiotowym maksymalizmem. Są również wątki sentymentalne i optymistyczne, jak odnowienie więzi z utraconym ojcem, czy spajające (sic!) życiowy chaos spokojne, ciepłe i bardzo opiekuńcze relacje z dziadkami.

Wyd. Czarne - seria Bez fikcji o...


I chociaż życiorys Joanny nie mieści się w mojej koncepcji sposobu na życie, to jej książka trafiła do mnie bardzo. Jest lekka w treści, nawet rzekłabym żartobliwa, mimo że pod płaszczykiem ironii i życiowej groteski skrywa miejscami gorzką stronę życia. Lubię zupy, więc i ten eintopf również był literacko smaczny.


5/6
_________________________
* Joanna Jagiełło – Hotel dla twoich rzeczy. O życiu, macierzyństwie i pisaniu; wyd. Czarne 2014



niedziela, 31 lipca 2016

Czy Castro to hiszpański bliźniak Szwejka? Juan Eslava Galán – Walentyna


Patrzy na nią i myśli: „Nie wiemy, jak masz na imię, co?”. Po paru krokach przystaje. Mulica robi to samo. Widać, że przyuczona.
- A nie powiesz mi, jak masz na imię, co? No to będę na ciebie wołał Walentyna, boś taka waleczna była, żeś wlazła tam, gdzie się czerwoni z faszystami strzelali. Właśnie: Walentyna.



Dzisiaj coś dla miłośników zwierząt (szczególnie mułów ;)), literatury hiszpańskiej, ale też literatury (anty)wojennej i historycznej. Taki miks oferuje „Walentyna”. Chcecie coś więcej? Zacznijmy od okładki, którą polubiłam… od pierwszego spojrzenia ;) Ma charakter – muszę to przyznać. Niesie też pewną obietnicę. Mianowicie sugeruje treść z dużą dozą humoru, snuje wizję wojny w wersji antyheroicznej, łotrzykowskiej i rozczulającej jednocześnie. Przyrównuje nawet do czeskich „Przygód dobrego wojaka Szwejka”. A jak było w istocie?

Treść z okładki chyba poszła o krok za daleko. Za dużo mi naobiecywała, więc i sporo spodziewałam się po tej książce. Kapral Juan Castro Pérez z pododdziału mulników walczący na froncie hiszpańskiej wojny domowej może i jest na swój sposób zabawny, ale daleko mu do głupiutkiego, ale za to fartownego Szwejka. Hiszpan, aby mu tak bardzo nie umniejszać – ma również ma na swoim koncie szereg zabawnych sytuacji, cechuje się podobną chłopską mentalnością i zachowuje się niekiedy nieadekwatnie do sytuacji (zwykle kiedy nie wie co powiedzieć – salutuje) i nawet jakimś cudem zostaje odznaczony przez samego Franco - to jednak wciąż dla mnie za mało jak na wydawnicze peany, tym bardziej przyrównujące bohatera do osobowościowego profilu uparcie wywoływanego przeze mnie Szwejka.

Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że książka jest zła. I choć daleko jej do ironicznego obnażenia wojennych absurdów, to odnalazłam fragmenty, które dużo zapunktowały. Tłumaczenie nieobytemu chłopu idei latania zeppelina, stosunek bohatera względem tytułowej mulicy Walentyny, związek Castra z Conchitą, sposób przedstawienia wojskowej propagandy wojennej, opisy potraw hiszpańskiego żołnierza oraz umieszczony na końcu książki (i bardzo pomocny) słowniczek terminów, pojęć i wydarzeń zdecydowały, że jednak tę hiszpańską ciekawostkę literacką nie spisuję zupełnie na straty. Nawet mimo tego, że nie postawię jej na swojej domowej bibliotecznej półce. 


3/6
_____________________________
Juan Eslava Galán – Walentyna (La Mula, przekł. z hiszpańskiego Zofia Siewak-Sojka), wyd. Sonia Draga 2015

piątek, 8 lipca 2016

Wakacje w mieście Mozarta. Radek Knapp - Lekcje Pana Kuki


- Wiem, że pan nie cierpi przewodników – powiedziałem. – Ale przeczytałem w nich o katedrze św. Stefana, o Schönbrunnie i o Mozartkugeln.
- To jest jakiś argument. Rzeczywiście, tam są nie tylko samobójcy, ale też mnóstwo zabytków i różnych specjałów. Nie mówiąc już o lipicanerach.
Pan Kuka schował się znów za kieliszkiem, a jego nos wydłużył się jak ogórek.
- To specjalny austriacki deser lodowy. Musisz go koniecznie zamówić w jakiejś kawiarni.*



Mój egzemplarz „Lekcji Pana Kuki” ma ten najbardziej nielubiany przeze mnie typ okładki – filmową. Zresztą w innych wydaniach ta powieść też nie miała szczęścia.
I może właśnie przez tę okładkę tak długo odkładałam w czasie przeczytanie tej niezbyt obszernej powieści. A szkoda, bo historia młodego Waldusia odkrywającego uroki Wiednia to świetny materiał na lekką, odprężającą, zabawną i nieskomplikowaną wakacyjną lekturę.


Pozostałe, równie niezbyt fortunne okładki


Oto czasy, kiedy Zachód jawił się kolorową, obfitą bajką, do której wiodąca wolna strefa Schengen jeszcze długo była marzeniem, a na granicy współzawodniczyli celnicy z rentgenem w oczach i cwani przemytnicy z kontrabandą. 
Waldemar wybiera się za granicę na wakacyjne saksy - trochę pozwiedzać i zarobić kilka groszy. Kierunek austriacki podpowiada mu sąsiad z dołu – Pan Kuka, dystyngowany pijak, który alkohol pija równie elegancko, co Anglicy swoją herbatę. Sam Wiedeń, to nie jedyna wskazówka starszego sąsiada. Jako że w mieście Mozarta sam już bywał, a nawet ma tam niejakie znajomości, w kwestii transportu poleca skorzystać z usług linii autobusowej „Dream Travel”, na miejscu rekomenduje tani, ale ponoć urokliwy hotel „Cztery Pory Roku” i aby cały wyjazd był pomyślny wręcza dodatkowo talizman – starą zapalniczkę.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie pewien niuans – równie mały co ów lipicaner z cytatu ;) Ale może, gdyby nie to - w przeciwnym razie Waldemar nigdy nie wykopałby basenu w parku narodowym, nie odkrył uroków pewnej ławki w parku, nie przeżył przygody miłosnej, nie zgubił tajemniczej puszki swojego pracodawcy, nie poznał świetnych znajomych i może jednak wrócił do domu kompletnie spłukany po zjedzeniu wszystkich puszek konserwy turystycznej.

Okazuje się jednak, że los płatający figla może być czasem bardzo zabawny i oferować zaskakujące rozwiązania. Tym bardziej, kiedy posiada się szczęśliwy cień, który nawet głupca potrafi wydobyć z największych tarapatów. Co jednoznacznie wskazuje na to, że szczęście w nieszczęściu to czasem najlepsze, co może nam się przytrafić. A tacy panowie pokroju Pana Kuki, choć starzy z nich cynicy, to jednak warząc piwo - zupełnie przypadkowo potrafią ubarwić życie innych.

Ale nie zdradzę już nic ponad to, co powyżej. Te zaledwie 200 stron szybkiej i przyjemniej lektury rekomenduję, jako czasoumilacz podczas wylegiwania się na plażowym ręczniku, w hamaku, ogrodowej huśtawce, podróży w pociągu, czy gdzie tam zastanie Was wakacyjny czas na książkę ;)



4/6
_____________________________

Radek Knapp – Lekcje Pana Kuki [Herrn Kukas empfehlungen; przekł. z niemieckiego Sława Lisiecka]; wyd. Sonia Draga 2008 

sobota, 2 lipca 2016

Pod wulkanem. Jean Rolin – I ktoś rzucił za nim zdechłego psa*


Myślę (…) o napisaniu historii o psach feralnych (jest to anglicyzm albo ściślej – kalka angielskiego przymiotnika „feral”, oznaczającego zwierzę domowe, które wróciło do stanu dzikości, zdziczałe; stosowanie tej kalki – w postaci „feralny” lub „sferalizowany” – zamiast określeń „zbiegły” lub „zdziczały”. (…) Rozumiem przez to – wyjaśniałem – psy błąkające się zupełnie swobodnie, nieposiadające ani domu, ani pana.”**



Kiedy 8 lat temu spacerowałam po księżycowym krajobrazie sycylijskiej Etny mój wzrok wypatrzył leżącego żółtego psa. Zastanawiałam się w jaki sposób tam trafił, co je i czy w ogóle ktoś się nim opiekuje. Wszak droga na wulkan (którą pokonywaliśmy autokarem) wiodła pośród pustkowia. Później w Internecie doczytałam, że to specjalna, stara rasa bardzo wytrzymałych psów Cirneco Dell'Etna, której występowanie na Sycylii odnotowuje się już od co najmniej 2500 lat. Wszystko się wyjaśniło – nie był to zatem porzucony piesek, który utraciwszy właściciela – jest bezradny. Tak jakby ulga.


O sycylijskim psie z wulkanu przypomniałam sobie przy okazji lektury książki, którą omawiałyśmy na wczorajszym klubie książkowym zwanym Sabatowem.  A w niej, jak głosi opis na okładce: Francuski reporter wyrusza w zaskakującą podróż psim śladem. (…) Co dzieje się ze zwierzętami w czasie wojny czy klęski żywiołowej? Pisząc o psach, pisze w istocie o ludziach i ich bezradności wobec problemów, które sami stworzyli – o tym, że wszędzie tam, gdzie chwieje się ład społeczny, pojawiają się watahy bezpańskich psów, że w krajach tak różnych, jak Rumunia i Australia wciąż trzeba prowadzić z nimi regularne wojny.

Zapowiada się ciekawie – pomyślałam. I zabrałam się do niej z wielkim zapałem. Tym bardziej, że to reportaż Czarnego – a to dla mnie marka sama w sobie. Jak dotąd każdą książkę tej serii brałam w ciemno i nigdy nie żałowałam. Hmmm… czy ja napisałam jak dotąd? No właśnie! I tutaj mamy ten haczyk. Bo właśnie przy tej książce zmieniłam zdanie. 

Według mnie to zmarnowana szansa na realizację świetnego pomysłu na formę interesującego reportażu. W zasadzie to nawet nie wiem, co autor chciał przekazać swoją książką. Czy aby na pewno wziął na warsztat psią historię bezdomności? A może jednak chciał napisać o swoich wojażach, a nie wiedział jak ugryźć ten temat? I dlatego wyszło z tego coś na kształt studenckiego wodolejstwa na zaliczenie semestru? I nawet nie jestem odosobniona w tej opinii, bo wszystkie obecne na Sabatowie równo skrytykowałyśmy tę próbę psiego reportażu. Jaka szkoda, że tak nas zawiódł ten autor, bo gdyby książka okazała się fantastyczna, byłoby to świetne czytelnicze uczczenie przypadającego wczoraj Dnia Psa.

Czy mogę jednak tę książkę za coś pochwalić? Byłabym skłonna za fragmenty, w którym autor wyjaśnia dlaczego psy nie pasjonują się malarstwem (i co z tym wspólnego mają van Gogh oraz królik na środku klombu nasturcji), jak postępują z pijanymi ludźmi i dlaczego chodzenie kładką nad ruchliwą ulicą dowodzi ich inteligencji. Ale to jednak za mało, aby ją polecić jako pasjonującą lekturę. No może tylko dla wielkich miłośników psów i wszystkiego, co się z tym tematem łączy. Inni mogą sobie tę książkę spokojnie odpuścić. No chyba, że chcą podobnie jak ja (że posłużę się psią nomenklaturą) – wynudzić podczas czytania jak mops ;)


1/6
_______________________________
* Wyjaśnienie tytułu z przypisu w książce: „Ktoś rzucił za nim do rozpadliny zdechłego psa”. Jest to ostatnie zdanie powieści Malcolma Lowry’ego „Pod wulkanem”

**Jean Rolin – I ktoś rzucił za nim zdechłego psa [Un chien mort après lui; przekł. Wiktor Dłuski], wyd. Czarne 2011


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...