piątek, 12 maja 2017

O tym, co masz na widelcu. Jonathan Safran Foer - Zjadanie zwierząt


Etyczny przemysł mięsny (trzymanie zwierząt w dobrych warunkach, szybka śmierć) nie jest nierealny, ale gdyby stał się on rzeczywistością, musielibyśmy zapomnieć o ogromnych ilościach taniego mięsa, którymi cieszymy się obecnie.*

Kocica ze zdjęcia nie jest jadalna. Śpi i ma się dobrze ;)


Gdyby rzeźnie miały szklane ściany, każdy byłby wegetarianinem. To zdanie Paula McCartneya jako pierwsze przyszło mi do głowy, kiedy czytałam Zjadanie zwierząt. I mimo że książkę napisał wegetarianin jej głównym założeniem wcale nie jest promocja diety bezmięsnej.

W języku chińskim zwierzę to nic więcej jak poruszająca się rzecz. Nie – stworzenie, czy żyjąca istota. I pewnie właśnie z tego powodu wszystkożerni Chińczycy są okrutni dla tych poruszających się rzeczy, czego potwierdzeniem jest kulinarny chiński pamiętnik Fuchsi Dunlop Płetwa rekina i syczuański pieprz.

Kiedy Jonathan Safran Foer został ojcem swojego syna zaczął zastanawiać się nad rolą pożywienia. Najlepszym przykładem dla Amerykanina był indyk podawany na Święto Dziękczynienia (gdyby książkę napisał Polak pewnie by wspomniał o wigilijnym karpiu). Co sprawiło, że jest on niezbędny, skąd wziął się taki zwyczaj i czy rezygnacja z niego (i innych mięs) oznaczałaby w pewnym sensie stratę ważnej części kulturowej i rodzinnej tożsamości? Jak bardzo rodzinne rytuały i kulturowe odniesienia przekładają się nie tylko na to, dlaczego mięso ląduje na talerzu, ale również dlaczego tak trudno z niego zrezygnować?

A właściwie jak to z tym mięsem jest? Dlaczego jadamy kurczaki, indyki, świnie, krowy, czy ryby, a nie jadamy psów? Skoro:

Francuzi, którzy kochają psy, jedzą czasem konie.
Hiszpanie, którzy kochają konie, jedzą czasem krowy.
Hindusi, którzy czczą krowy, jedzą czasem psy.

Skąd ta wybiórcza miłość i granica dla tego co wolno i nie powinno się? Skąd ta polaryzacja poglądów? Wynika ona z zażyłości z jednymi gatunkami, poglądami o mądrości lub prymitywizmie, specjalnej bliskości ewolucyjnej z człowiekiem lub może z jakimś tabu?

I kiedy jesteśmy przekonani, że psów lub kotów absolutnie nie, ale kury, indyki, świnie, krowy i ryby już tak – to może warto się zastanowić, co musi się zadziać wcześniej, aby kawałek mięsa żyjącego kiedyś zwierzęcia finalnie było kotletem na naszym talerzu?


Kilka lat temu czytając Krainę Fast foodów Erica Schlossera odczuwałam ulgę, że nie jestem klientem znanych marek barów szybkiej obsługi. Książka opisywała nie tylko drogę do biznesowego sukcesu m.in. KFC czy McDonald’s, ale skupiła się na całej karuzeli tego śmieciowego jedzenia. Dyktat hamburgera postawił na głowie cały przemysł, prawa pracownicze oraz kulinarne tradycje i zwyczaje. I tak sobie myślę, że Zjadanie zwierząt, choć zostało napisane 8 lat po książce Schlossera – jest doskonałym wstępniakiem do czytania o fastfoodowych korporacjach.

Bo gdyby nie automatyzacja nie byłoby przemysłowego chowu zwierząt rzeźnych. Idąc dalej – nie mielibyśmy tak taniego mięsa, jak mamy obecnie. Ale nigdy wcześniej nie mieliśmy tak złej jakości mięsa zwierząt hodowanych w tak okrutnych warunkach, których jeszcze pół wieku temu nikt by się nie spodziewał.

Model biznesowy farm z branży mięsnej opiera się na ukrywaniu przed konsumentem tego, czego konsument wolałby nie wiedzieć.

Zjadanie zwierząt jest reporterską opowieścią o tym, jak przemysł mięsny ma wpływ na nasze środowisko, bogactwo biologiczne, zdrowie i nasze poczucie moralności. Stawia pytania o konieczność zadawania bólu i cierpienia zwierząt rzeźnych, o farmerską i biznesową etykę i oto ile jeszcze z dawnego gatunku zwierzęcia pozostało w tych genetycznie modyfikowanych mutantach, które lądują na naszych stołach.

W latach 60. w prasie branżowej zaczęto określać kury nioski jako „efektywne maszyny do produkcji jajek” (…), świnie jako „maszyny w fabryce” (…), a XXI wiek jako okres „spisywania księgi z przepisami na organizmy modyfikowane” (…).

I chociaż autor w obszernych fragmentach skupia się na okrutnych praktykach przemysłowej hodowli zwierząt i niewyobrażalnym cierpieniu zwierząt rzeźnych (wystarczy zerknąć na polską organizację Otwarte klatki, aby dowiedzieć się choć trochę), to jednak książka nie jest manifestem jego wegetarianizmu. Wręcz przeciwnie – oddaje głos nie tylko aktywistom walczącym o prawa zwierząt, ale również farmerom i pracownikom rzeźni. Wskazuje fakty, ale jest też obserwatorem. A przede wszystkim przekonuje, że to od nas i naszych codziennych wyborów i głosowania portfelem zależy nie tylko, ile i jakie cierpienia doświadczą wcześniej nasze kotlety, ale też z jakiej jakości mięsa one będą. No i czy koniecznie muszą być mięsne? To książka o konsumenckiej świadomości jakości współczesnego pożywienia. Zawsze warto wiedzieć, co się ma na widelcu.


________________________________
cytaty: Jonathan Safran Foer, Zjadanie zwierząt (Eating Animals, przekł. Dominika Dymińska), Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2013

poniedziałek, 8 maja 2017

Dzień Bibliotekarza i Bibliotek oraz XIV Ogólnopolski Tydzień Bibliotek


(…) Wilhelm pochylił się nad spisami wykaligrafowanymi w kodeksie. Zerknąłem też ja i odkryliśmy tytuły ksiąg, o których nikt nie wiedział, i innych, najsławniejszych, a wszystkie w posiadaniu biblioteki. (…)
- W jaki sposób odczytujesz położenie każdej z ksiąg? (…)
Malachiasz spojrzał na mnie surowo.
- Może nie wiesz lub zapomniałeś, że dostęp do biblioteki ma tylko bibliotekarz. Tak więc jest słuszne i wystarczające, by on jeno potrafił te dane odcyfrować. (…) Początki biblioteki giną w otchłani wieków – rzekł Malachiasz – i książki wpisuje się w porządku napływania zakupów, darowizn, w miarę jak przybywają w nasze mury.
- Trudno je odnaleźć – zauważył Wilhelm.
- Wystarczy, by bibliotekarz znał je na pamięć i wiedział, kiedy każda pojawiła się tutaj. Inni mnisi zaś mogą polegać na jego pamięci. – I miało się wrażenie, że mówi o kimś innym, nie o sobie samym; pojąłem więc, że mówi o urzędzie, jaki w tym momencie, choć niegodny, pełni, lecz sprawowanym przedtem przez stu innych, których nie masz już między żywymi i którzy kolejno przekazywali sobie swą wiedzę. (Umberto Eco, Imię róży)


Nieżyjący już Umberto Eco był bibliofilem i posiadaczem pokaźnej biblioteki, nie dziwi więc, że napisał nie tylko rozważania „O bibliotece”, ale i bibliotekę osadził jako główne miejsce akcji w swojej debiutanckiej powieści.



Kto zaś dzisiaj wybiera się do publicznej biblioteki, niech nie zapomni złożyć życzenia swojej bibliotekarce lub bibliotekarzowi. 8 maja to bowiem Dzień Bibliotekarza i Bibliotek, a także początek XIV Ogólnopolskiego Tygodnia Bibliotek. Być może Wasza biblioteka przygotowała z tej okazji ciekawe atrakcje lub… (jak to się zdarza w wielu) ogłosiła abolicję na przetrzymywane książki.

Oficjalny plakat Tygodnia Bibliotek 2017, autorstwa Barbary Wysmyk z Koszalińskiej Biblioteki Publicznej

Zatem bibliotekarzom, z okazji ich święta, życzę dużo powodów do zadowolenia z własnej pracy i tyleż samo czytelników, a nam - bywalcom bibliotek miłych, kompetentnych bibliotekarzy oraz bogatych i dostępnych księgozbiorów :)

Fragment BUW-u (Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego) od ul. Dobrej



Na koniec zostawiam Wam garść „bibliotecznych” linków: 






wtorek, 2 maja 2017

Bogate wnętrze, czyli rzecz o wyklejkach. Część IV - okładki


Majówka trwa w najlepsze, będzie więc lekko i kolorowo ;) A to oznacza, że pora na kolejny odcinek „Bogatego wnętrza”, czyli cyklu o wyklejkach. Bardzo go lubię, podobnie zresztą jak inny cykl (ale o okładkach) - „Twarz książki”. I właśnie dzisiaj je połączę.
Zdarza się bowiem tak, że na wyklejce pojawia się motyw przewodni i/lub tło z okładki lub nawet część ilustracji z niej. Kilka takich właśnie udało mi się znaleźć w domowej biblioteczce. I chociaż tym razem nie jest aż tak spektakularnie, to jednak mam swoich faworytów: Księgę zachwytów i Dziwnologię :)







Kościół Pokoju w Jaworze (red. Barbara Skoczylas-Stadnik); Wyd. Muzeum Regionalne w Jaworze 1994




Marco Polo, Opisanie Świata (z przedm. Umberta Eco); wyd. W.A.B. 2010




Richard Wiseman, Dziwnologia. Odrywanie wielkich prawd w rzeczach małych; wyd. W.A.B. 2010





Filip Springer, Księga Zachwytów; wyd. Agora SA 2016





Christine Barrett, The Book of Mexican Foods; wyd. Ted Smart 1991










Aniela Rubinstein, Kuchnia Neli, wyd. MUZA SA 2011



cdn. :)

Nieustająco liczę również na zdjęcia wyklejek w książkach z Waszych domowych biblioteczek :)



niedziela, 23 kwietnia 2017

O pewniej "bardzo dużej rodzinie" i o tym, jak napisać dobrą debiutancką książkę. Kamil Bałuk – Wszystkie dzieci Louisa


Na sam koniec zrobiłem obliczenia. W kalendarzach miałem spisane wszystkie wizyty co do jednej, znałem też przybliżoną skuteczność zapłodnień. Przepisałem dane do arkusza kalkulacyjnego, żeby się nie pomylić. Zastosowałem statystyki z Lejdy, bo te znałem: dwieście czterdzieści trzy wizyty tam sprawiły, że dzieci urodziło się trzydzieścioro jeden. Wyszło mi więc, że tysiąc pięćset dwadzieścia cztery wizyty we wszystkich trzech bankach przez dwadzieścia lat to ponad dwie setki dzieci.*



W Międzynarodowy Dzień Książki i Praw Autorskich, a ten przypada właśnie dzisiaj, aby go odpowiednio uczcić - wypadałoby napisać o czymś szczególnym. Postanowiłam jednak, że nie będzie statystyk, wniosków z badań, kompilacji ani tematów pobocznych. Skoro to święto książek, będzie o książce szczególnej. Jej wyjątkowość w moim rankingu wynika z tego, że już na początku drugiego kwartału tego roku mam swój typ na książkę roku. To debiut Kamila Bałuka „Wszystkie dzieci Loiusa”.

Wyjątkowość tej książki tkwi zarówno w kontrowersyjnym temacie głównym, jego rozwinięciu, ale i wątkach pobocznych. In vitro i metody poboczne to szalenie ciekawy społeczno-demograficzno-etyczny temat, który od zawsze rozpala publiczną debatę o tym, czy jest to etycznie dobre. Trudno postawić ocenę jednoznacznie pozytywną lub negatywną. Jej owoce rodzą (sic!) zarówno szczęście, ale i mnożą konsekwencje. Szczególnie, kiedy w grę wchodzi dawstwo.

Na tym właśnie opiera się szkielet reportażu Kamila Bałuka. Bo oto mamy holenderski skandal, który jest jednocześnie niezłą pożywką dla mas. Od lat 80-tych XX wieku dzięki m.in. klinice niepłodności dr Jana Karbaata przychodzą na świat dzieci, które mają nieznanego ojca biologicznego. Teoretycznie przy użyciu nasienia jednego dawcy mogło zaistnieć 6 ciąż. A przynajmniej tak był informowany gros klientów kliniki niepłodności.

Klinika dr Jana Karbaata
foto: Milan Rinck, www.ad.nl


Tymczasem, po latach, okazało się, że dzieci rodziło się więcej niż sześcioro. Nawet więcej  niż dziesięcioro. Louis, jeden z bardzo „aktywnych” dawców w swoich szczegółowych notatkach sporządzonych przez dwie dekady, kiedy oddawał nasienie do inseminacji doliczył się, że w Holandii może żyć pokaźne grono jego biologicznych dzieci, bo aż 200! Całkiem niezła mała wioska. Pikantności dodaje fakt, że z pochodzenia jest śniadym Surinamczykiem, zatem z wyglądu nie przypomina typowego bladego Holendra. Jakież więc zdziwienie rodziców dziecka z poczętych z pomocą kliniki Karbaata, kiedy okazywało się, że ich latorośl nie jest blondynem, a ma ciemne, kręcone włosy, ciemniejszą karnację, pokaźny duży paluch u stopy, a dentysta twierdzi, że zgryz ma nie europejski, a afrykański!

A to jeszcze nie koniec. Bo po latach okazuje się, że dawca jest autystykiem (a dokładniej cierpi na Zespół Aspergera), o czym przyszli rodzice nie byli informowani. Zresztą, powiedzieć, że byli dezinformowani, to mało. Duża „zasługa” w tym należy do dr Jana Karbaata, który do zasadek i regułek (jak sam lubił używać zdrobniałej formy) miał podobne podejście, jak niektórzy kierowcy do sygnalizacji świetlnej uważający kolor czerwony jedynie za sugestię.

Zatem mamy dwustu ludzi, którzy mają jednego i tego samego biologicznego ojca, z racji swojej choroby mało przystosowanego społecznie, różniącego się również fizycznie od typowych Holendrów. Na dodatek klinika niepłodności przez lata robiła niezłe wałki na swojej działalności, sam doktorek uważa się za zbawcę świata, a ujawnienie całej sprawy jest jednocześnie telewizyjną rozrywką. Bo oto poszukiwanie półbraci i półsióstr („Połówek” jak sami siebie określają, bowiem w holenderskim nieznane jest słowo rodzeństwa przyrodniego) odbywa się w kolejnych programach telewizyjnych typu „show”. Bo jak wiadomo – życie pisze przecież najlepsze scenariusze.


Książka dotyka wielu aspektów: niepłodności, inseminacji (jako jednej z form wspomagania rozrodu), tożsamości, więzów rodzinnych, autyzmu (wywiad z Loiusem to mój ulubiony fragment), trendów społecznych (jak np. matek BOM – samotnych z wyboru), etyki klinik leczenia niepłodności i bioetyki w ogóle i jeszcze paru innych. Złożoność, problematyka i kontrowersje całej historii to jedno. 
Drugie natomiast  to forma i narracja, jaką ostatecznie przybrał reportaż Kamila Bałuka. Panie i Panowie – czapki z głów przed tym debiutem! Rozwijanie kłębka zawiłej historii i kolejne prowadzanie postaci dramatu jest poprowadzone tak umiejętnie i rozbudzające ciekawość, że moje myśli podczas świąt wielkanocnych krążyły głównie wokół tej książki. Nie mogłam się doczekać kolejnych pór karmienia syna, aby móc dorwać się do kolejnej porcji lektury. Wow! To naprawdę niezły kawał literatury faktu. Kamil Bałuk postawił sobie poprzeczkę naprawdę wysoko. Ta książka jest właśnie odpowiedzią na to, jak napisać dobrą debiutancką książkę. „Wszystkie dzieci Louisa” jest mocnym kandydatem w osobistym rankingu na najlepszą książkę przeczytaną w 2017 roku.

Moja ocena - bezdyskusyjne 6/6



A tak na koniec: jeżeli czytaliście książkę Asne Seierstad „Jeden z nas. Opowieść o Norwegii” i/lub „Człowiek o 24 twarzach.Billy Milligan – najcięższy przypadek rozszczepienia osobowości w dziejach” Daniela Keysa, to „Wszystkie dzieci Louisa” są równie doskonałe i mają dość podobny sposób prowadzenia narracji. Jeżeli nie czytaliście żadnego z tych tytułów literatury faktu – polecam baaardzo gorąco (choć znacząco różnią się tematem) wszystkie trzy. 

Natomiast w temacie in vitro polecam następujące tytuły:


____________________
Egzemplarz do recenzji przekazało wyd. Dowody na Istnienie

piątek, 21 kwietnia 2017

O tym, że nie każda bajka jest dla dzieci. William Makepeace Thackeray - Pierścień i róża, czyli historia Lulejki i Bulby z rysunkami autora. Pantomima przy kominku dla dużych i małych dzieci


Im jestem starsza, a tym bardziej od kiedy zostałam mamą – coraz bardziej krytycznie patrzę na rzeczy (z różnych kategorii) opatrzone etykietką „dla dzieci”. Z racji przedmiotu bloga – wezmę na tapet książki.


Mam taki oto stos bajek, baśni, (o)powieści, wierszy i różnych historyjek. Wszystkie dedykowane dla dzieci i młodzieży. Zbiory z dobrych kilku lat, a nawet i ponad dwóch dekad. Część z nich sentymentalna, bo dobrze kojarzą się z czasów, kiedy czytałam je będąc dzieckiem.
Jakiś czas temu przeszły już pierwszą selekcję. Ilustracje (o niektórych wspomniałam tutaj) brzydkie, nieatrakcyjne, wątpliwej wartości artystycznej. Papa, takich nie chcę – poszły na bookrossingowy regał w gminnej bibliotece i wymienialnię w Kordegardzie.

Teraz przyszedł czas na treść. Naszły mnie bowiem przemyślenia nad tym, jak dużo w bajkach jest przemocy i jaki mają wpływ na dzieci. Nie tylko telewizyjno-kinowych.
-"Ale odkrycie" - powiecie! Przecież wszyscy czytaliśmy baśnie Andersena i/lub braci Grimm i żyjemy. Baba Jaga wkładająca Jasia do pieca, siostry poniewierające Kopciuszkiem i obcinające sobie kawałek stopy, aby zmieścić się w tego pantofelka (wtf?!) , opisy prób zabójstwa królewny Śnieżki - to tak na przykład. Jasne, czytaliśmy, nie skrzywiło to naszej psychiki, a nawet uczyliśmy się, że dobro zawsze zwycięża. O co zatem to całe halo? Ano w kącie też nas stawiali, kazali jeść obiad do końca nawet jak nam nie smakował, niektórych tyłki posmakowały pasa, a wszyscy mieli być grzeczni i siedzieć cicho, kiedy mówi dorosły. Tak się wychowywało, taka była pedagogika, dzieci i ryby głosy nie miały. Ale teraz jest inaczej.



Góra: Francisco Goya, Manuel Osorio Manrique de Zu_iga, 1778 
Dół: Diego Velázquez, Panny Dworskie, 1656


A zatem skoro niektóre metody wychowawcze odchodzą do lamusa jako szkodliwe lub nieadekwatne, może warto również zastanowić się, czy nie powinno się zweryfikować klasyki literatury dziecięcej?
Zatem ze zbioru na pierwszy ogień „Pierścień i róża, czyli historia Lulejki i Bulby z rysunkami autora. Pantomima przy kominku dla dużych i małych dzieci”, czyli baśń W.M. Thackeraya  z 1855 r.

- Oznajmiam najpokorniej Ich Książęcym Wysokościom, że Ich Królewskie Moście oczekują Ich Książęcych Wysokości w sali tronowej, dokąd ma wkrótce przybyć Jego Dostojność Następca Tronu Krymtatarii.


Cieszyłam się, że ją zdobyłam na wymianie, bo spodobały mi się ilustracje samego autora. Kiedy zaczęłam ją czytać było jeszcze lepiej, bo zapowiadała się niezła komedia w krzywym zwierciadle, królowie przyznawali ordery Brylantowej Dyni i Złotego Ogórka, a w polskim przekładzie Zofii Rogoszówny postaci miały zabawne imiona: Mrukiozo, nadworny lekarz Pigulini, kucharz Rondelino, sroga hrabina Gburia-Furia, baron de Monte Marinato Szparagino, król Kalafiore, rody Pomidorionich, Kapustianich, Kalarepich i Buraczellich – dzieciom to się podoba.



Ale im dalej w las, tj. w lekturę, tym gorzej. Podstępnie odsunięci od tronu książę Lulejka i księżniczka Różyczka, dobra Czarna Wróżka i strata tronu przez tych, którzy się wywyższali i skrzywdzili dwójkę dzieci – to już taki oklepany wątek zwycięstwa dobra nad złem i w zasadzie nic, co razi. Ale, co powiecie na poniższe fragmenty?


Przyrzeknij, że zostaniesz moją żoną, ja zaś jako podarunek ślubny ofiaruję ci łeb króla Padelli, nos i oczy syna jego Bulby, a w dodatku prawą rękę i uszy zdradzieckiego władcy Paflagonii (…). O, szepnij „tak”, bo straszne będą następstwa twej odmowy. Będę palił, pustoszył, rabował, zadawał najsroższe tortury, cały kraj pogrążę w ogniu i krwi i zadrży Krymtataria pod pięścią Brodacza Pancernego! (…) Cały świat utopię w morzu krwi. Ha! Ha! Dumna królewno! Jeszcze się ugniesz pod straszliwą zemstą (…).


- Co?! – ryknął Padella posiniały z wściekłości. – Tortury? Wielka mi rzecz. Tortury! (…) Mam dwudziestu takich synów jak Bulbo i każdy w sam raz tak się nadaje na następcę tronu jak on! Bijcie go, męczcie, wydłubujcie mu oczy, wbijajcie go na pal, drzyjcie z niego żywcem pasy, wyrywajcie mu zęby jeden po drugim. Droższy nad źrenicę oka mego jest mi mój syn pierworodny, ale droższa jeszcze jest mi zemsta! Hej, siepacze! Hej, oprawcy! Katy! Rozpalić ogień i mieć szczypce w pogotowiu. Kocioł napełnić wrzącym ołowiem! Nuże, bierzcie się do tej dzierlatki!...

Francisco Goya, „Pielgrzymka do źródła św. Izydora” (fragment),1819-182


Hej! Serio?! I takie książki mam czytać mojemu dziecku? Ja wszystko rozumiem: baśnie zwykle nie są na serio, krzywe zwierciadło jest instrumentem, które ma uczyć odróżniać dobro od zła, oswajać lęki i pokazywać, że świat jest nie tylko kolorowy. Ale do współczesnej pedagogiki i wiedzy o emocjach i psychologii dziecka - książki pokroju „Pierścienia i róży”, baśni braci Grimm i tym podobnych już się zdezaktualizowały. Trącą myszką – lepiej odstawić je do lamusa i poszukać literatury wartościowej i bardziej przystającej do współczesności. Oferta wydawnicza jest naprawdę bardzo bogata - tylko z tego korzystać. Ku radości małych i dużych.

W kolejce do ponownego przeczytania czeka jedna z ulubionych książek dzieciństwa - „Pinokio” Carla Collodiego. Aż się boję, co z tego wyniknie ;) A Wy które książki nie (prze)czytacie swoim dzieciom?


_____________________________
William Makepeace Thackeray, Pierścień i róża, czyli historia Lulejki i Bulby z rysunkami autora. Pantomima przy kominku dla dużych i małych dzieci (przekł. Zofia Rogoszówna), PiW 1984


środa, 19 kwietnia 2017

O biografii, która brzmi jak thriller. Hanna Krall - Król kier znów na wylocie


A zatem – rady. Wybitna specjalistka od przeżywania chce dać swojej rodzinie cenne wskazówki. Wszystkie sprawdzone, oparte na osobistym, bogatym doświadczeniu.
Na przykład:
należy ufarbować włosy,
należy zmienić głos,
należy patrzeć spojrzeniem spokojnym, pewnym siebie,
nie należy stawiać torby po żydowsku, ani wykręcać ścierki po żydowsku, ani odmawiać po żydowsku zdrowaśki *



Izolda Regensberg, Maria Pawlicka, Maria Hunkert – Żydówka, Polka i Niemka. Każda jest żoną jednego i tego samego mężczyzny: wysokiego, szczupłego, z prostymi, złotymi włosami Szajka Wolfa Regensberga. Każda zakochana w nim jednakowo i każda z taką samą determinacją zostaje podczas wojny „specjalistką od przeżywania” tylko po to, aby przeżyć mógł on i aby już nigdy nie zostali oboje rozdzieleni. Bo tak właściwie te wszystkie trzy kobiety to jedna i ta sama żona. Tylko wojna zmusiła  ją do tego, by wcielać się w role innych kobiet.


Jeszcze przed wybuchem powstania w getcie warszawskim, kiedy była pielęgniarką dla chorych na tyfus, Izolda marzyła, aby zobaczyć czyjąś śmierć. Nie spodziewała się, że jej „marzenie” urzeczywistni się tak szybko i na tak wielką skalę. Że sama będzie uciekać przed śmiercią i przed nią chronić swoją rodzinę. Że będzie musiała zmienić się w Polkę, przefarbować na blond, nauczyć, żeby nie stawiać na stole torebki, jak to czynią Żydówki, nauczyć zdrowaśki i pamiętać, aby odmawiać ją niedbale. Będzie udawać, że kogoś nie zna, lub gorąco się przyznawać, że zna. Otrzyma życiową lekcję, że nie każdy, kto obiecuje pomoc – słowa dotrzyma, będzie opatrywać rany wrogom, przejedzie mnóstwo kilometrów, ucieknie z robót, trafi do Oświęcimia, ratunek „otrzyma” za pośrednictwem doktora Mengele… Że gdyby nie wzięto ją za prostytutkę, nie dowiedziałaby się o Mauthausen, nie pojechałaby do Wiednia, zostałaby w Warszawie i zginęła w powstaniu w piwnicy wraz z matką, że gdyby nie ucieczka z Guben, pewnie umarłaby na tyfus, nie weszła na most i nie byłoby jak w amerykańskim filmie, nie byłoby Szajki, dwóch córek i Izraela…

Życiorys Izoldy rzeczywiście brzmi jak dobry scenariusz na hollywoodzki film, zresztą ona sama chciała, aby jej rolę zagrała Elizabeth Taylor, która była do niej bardzo podobna. Filmu nie było, jest za to książka, którą napisała Hanna Krall. Czyta się ją jak nieprawdopodobny thriller, tymczasem to najprawdziwsza historia kobiety, która żyła, i która przeżyła – nie tylko powstanie w getcie warszawskim. Warto przeczytać ją nie tylko w tym rocznicowym, „żonkilowym” dniu.


6/6
__________________
Hanna Krall, Król kier na wylocie, wyd. Świat Książki 2006


poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Bogate wnętrze, czyli rzecz o wyklejkach. Część III - mapy


Święta, święta, święta… Oprócz zwyczajowego siedzenia przy stole, to również czas podróżowania. Od rodziny do rodziny. Z jednej ulicy na inną, z jednego osiedla na drugie, z miasta A do miasta B, z jednego końca Polski na jej drugi koniec. Zatem z tej okazji w cyklu pn. "Bogate wnętrze" traktującym o wyklejkach dzisiaj na tapet idą mapy :)



Edward Rutherfurd, Paryż; wyd. Czarna Owca 2014







Elżbieta Cherezińska, Legion; wyd. Zysk i S-ka 2013







Henryk Zins, Historia Anglii; wyd. Bellona i Zakład Narodowy im. Ossolińskich 1995




Robert M. Wegner, Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza; wyd. Powergraph 2015





Biblia Tysiąclecia, wyd. Pallotinum 1991 i 1996





cdn. :)


niedziela, 16 kwietnia 2017

Wesołych Świąt! :)


Drodzy Czytelnicy Czytelniczego, z okazji świąt wielkanocnych życzę Wam wszystkiego najlepszego. Niech będą to święta spokojne, rodzinne, przyjemne i zaczytane (swoją drogą, ciekawa jestem, co będziecie czytać). Życzę Wam również stołu pełnego pyszności i oczywiście tradycyjnego smacznego jajka. O niebo lepszego, niż jajecznica Harrisa ;) 



Harris zaproponował na śniadanie jajecznicę. Powiedział, że może ją usmażyć. On to świetnie robi – tak przynajmniej należało sądzić z tego, co mówił. Nieraz już smażył jajecznicę na wycieczkach i przejażdżkach jachtem. Zdobył sobie nawet pewną sławę na tym polu. Kto raz spróbował jajecznicy Harrisa (można się było tego domyślić z jego opowiadania), nie chciał już słyszeć o niczym innym, usychał z tęsknoty do tej potrawy i ginął marnie, jeśli mu jej nie dali. (…) 
Nie wiedząc, co to jest jajecznica, wyobrażaliśmy sobie, że to jakaś potrawa czerwonoskórych lub mieszkańców Wysp Hawajskich, której właściwe przyrządzenie wymaga tańców i pieśni rytualnych. (…) 
Wynik zawiódł jednak nadzieje Harrisa. Nie bardzo było na co patrzeć. Sześć jaj weszło na patelnię, a to, co z niej wyszło, mogło się zmieścić na łyżeczce od herbaty i było niczym więcej, jak przypalonym i nieapetycznym wyskrobkiem.
Jerome K. Jerome, Trzech panów w łódce nie licząc psa, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza 1986


piątek, 14 kwietnia 2017

O tym, jak mieć fajną rodzinę. Małgorzata Musiał - Dobra relacja. Skrzynka z narzędziami dla współczesnej rodziny


Boimy się, że sama relacja to za mało, by drugiej stronie chciało się chcieć – przyzwyczailiśmy się, że relacje trzeba wzmacniać siłą, przewagą, przemocą, a wyprowadzanie dzieci „na ludzi” oznacza często sprawianie im przykrości, za które kiedyś mają nam być wdzięczne.
Tymczasem nie musi to tak wyglądać – coraz więcej rodziców i dzieci doświadcza, że rezygnacja z kar stwarza pole do dialogu oraz porozumienia również wtedy, gdy dzieci rosną i przestają obwiać się rodzicielskiej przewagi. Że robią coś (lub nie robią czegoś) nie z obawy przed karą, ale dlatego, że rozumieją, jaki wpływ ma ich działanie na innych – i chcą im czegoś oszczędzić lub coś ofiarować.*


Święta to chyba najlepszy sprawdzian dla rodzinnych relacji. Może to być czas, na który czeka się z niecierpliwością, bo wspólne spotkania w rodzinnym gronie są przyjemnością, albo zaciska zęby i odlicza minuty i godziny cyklicznej udręki lub jeszcze inaczej – ucieka od nich. To wszystko zależy od tego, jak wygląda życie rodzinne w zwykłym codziennym czasie. Czy rodzice i dzieci potrafią ze sobą rozmawiać, wspólnie rozwiązywać problemy, nie obarczać winą, ale poszukiwać dialogu? 

Zwykło się mawiać: „małe dziecko – mały kłopot, duże dziecko – duży kłopot” i dokładać do tego etykietki m.in. buntu 2-latka, i buzującego hormonami trudnego nastolatka. Czy rzeczywiście istnieją „niegrzeczne dzieci”? I czy faktycznie wychowywanie dziecka to orka na ugorze? Czy metoda kija i marchewki lub tzw. „bezstresowe wychowanie” to jedyne modele, z których mogą korzystać rodzice?
A gdyby tak wyjść ze schematu? Zapomnieć o karach i nagrodach, o tych wszystkich szlabanach na komputer, zabierania telefonu, zakazami wyjścia lub wyjazdu w atrakcyjne miejsce i przestać powielać metody własnych rodziców, tylko po to, aby uzyskać „wychowawczy efekt” w stosunku do swojego upartego dziecka i/lub krnąbrnego nastolatka? Przecież z kar dziecko kiedyś wyrośnie, przewaga rodzica nagle zmaleje. Jak wtedy będzie wyglądała relacja dorosłego dziecka z rodzicem? 

Moja pasierbica jest obecnie w tzw. „głupim wieku”. Wystarczy słowo-wytrych „nastolatka” i większość głośno wzdycha, przewraca oczami albo składa wyrazy głębokiego współczucia. A ja się cieszę, że właśnie jesteśmy na tym etapie. Zwariowałam, czy trafiło się wyjątkowo „grzeczne dziecko”? Bynajmniej! 

Co pierwsze przychodzi na myśl, kiedy dziecko coś przeskrobie? Kara, nieprawdaż? A gdyby tak usiąść wspólnie i porozmawiać o kłopotach? Gdyby np. uwagę nauczyciela potraktować nie jako wychowawczą porażkę, ale informację o trudnej sytuacji? Gdyby najpierw wysłuchać dziecka, wczuć się w emocje drugiej strony, zrozumieć, jak zdarzenie wygląda z jej strony i wspólnie wypracować sposoby opanowania kłopotów? 

Fundamentem relacji nie tylko na płaszczyźnie rodzic-dziecko, ale międzyludzkiej powinna być empatia. Właśnie od niej zaczyna się poszanowanie autonomii drugiej osoby i możliwość wypracowania dialogu i wzajemnego szacunku, dzięki którym można szybko i bezboleśnie rozwiązać każdy konflikt.
I o tym właśnie jest książka Małgorzaty Musiał. O porzuceniu schematów, o zmianie postępowania w kryzysowych sytuacjach, wzmacniania pozytywnych relacji i o przemodelowaniu z góry ustalonych ról. O tym, że rodzic wcale nie musi być żandarmem, a może być mentorem. I wcale nie musi odgrywać  przy tym roli kumpla dziecka. 

Małgorzata Musiał wspólnie z przyjaciółką Joanną Dardzińską, z którą prowadzi warsztaty dla rodziców opracowała model piramidy (wzorowany na piramidzie potrzeb Maslowa) będący punktem wyjścia dla wypracowania zachowań skutkujących harmonią w życiu rodzinnym nawet wobec występujących trudności i problemów. Rozwinięcie jej składowych (Granice, Emocje, Współpraca, Rozwiązywanie konfliktów, Konsekwencje) jest właśnie treścią recenzowanej książki. Swoją drogą przystępnie napisanej i bardzo przydatnej. Jest to książka odwołująca się do pedagogiki m.in. Jespera Juula i Agnieszki Stein i bardzo w duchu rodzicielstwa bliskości. Wszak rodzicielstwo bliskości to nie tylko naturalny poród, noszenie w chuście, karmienie piersią, współspanie. To przede wszystkim empatia, szacunek i chęć zrozumienia drugiej, najbliższej nam osoby.  


Wnioski z badania The Harvard Study of Adult Development, w którym przez 75 lat śledzono losy 724 mężczyzn, których co roku pytano o pracę i rodzinę były następujące: Dobre relacje z innymi ludźmi sprawiają, że jesteśmy zdrowi i szczęśliwi. Czyż to nie brzmi przyjemnie? :)



Już niebawem odbędą się 2 potkania autorskie z autorką książki, Małgorzatą Musiał:
• Toruń, 27 kwietnia, godz. 18.00, Centrum Sztuki Współczesnej, Wały G. Władysława Sikorskiego 13
• Warszawa, 17 maja, godz. 18.00, Mediateka, ul. Szegedyńska 13a.


Natomiast jako uzupełnienie recenzowanej książki polecam następujące tytuły:
Frances E. Jesen i Amy Ellis Nutt, Mózg nastolatka. Jak przetrwać dorastanie własnych dzieci; wyd. W.A.B.  2016

____________________________
* Małgorzata Musiał, Dobra relacja. Skrzynka z narzędziami dla współczesnej rodziny, wyd. Mamania 2017 (nowa seria "Z Bocianem" to poradniki dla rodziców, w której ukazywać się będą wartościowe książki polskich autorów)

Egzemplarz do recenzji przekazało wyd. Mamania



niedziela, 2 kwietnia 2017

Jackoteka i Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci: Martin Widmark (tekst) i Emilia Dziubak (ilustracje) - Tyczka w Krainie Szczęścia


Przy wpisie otwierającym cykl o wyklejkach, kiedy to na warsztat wzięłam bajki, Pożeracz z bloga Qbuś pożera książki zostawił następujący komentarz:

Wydaje mi się, że od pewnego czasu książki dla dzieci stały się w Polsce ostoją ciekawych i wartościowych praktyk wydawniczych. Oryginalne, pięknie i z dbałością tworzone. Obcowanie z literaturą dziecięcą, choć na blogu o tym nie piszę, to dla mnie świetna zabawa.

Oczywiście, że się z tym zgadzam. W przeciągu kilku lat na polskim rynku pojawiło się kilka bardzo ciekawych wydawnictw, które promują literaturę dziecięcą. Książki, które wydają – w większości zachwycają współczesną, dostosowaną do małych odbiorców treścią i ilustracjami, które są atrakcyjne również dla dorosłych.

I właśnie myśląc o książce dla dzieci moim pierwszym skojarzeniem są ilustracje. Przykładam do nich dużą wagę, jedne krytykuję, drugie obdarowuję uznaniem, jeszcze inne darzę sentymentem.
W osobistym rankingu mam również ulubionych ilustratorów. To trójca ze starszego pokolenia: Jan Marcin Szancer (za rozmach, dostojność i baśniowość), Franciszka Themerson (za wesołą zadziorność) i Bohdan Butenko (za prostą kreskę i niesamowity humor). Natomiast z młodych twórców (chociaż mam w głowie kilka nazwisk) moją absolutną faworytką jest Emilia Dziubak. Głównie śledzę jej twórczość na Facebooku, ale kiedy mam okazję – przeglądam również książki, które ilustrowała. Teraz, dzięki potomkowi mam już pretekst do ich kupowania ;)

Rysunki Emilii Dziubak są tajemnicze, baśniowe, niesamowicie barwne i żywe, o czym zaraz się przekonacie. No i właśnie pora przejść do sedna, czyli jednej z nowości wydawnictwa Mamania


Baśń „Tyczka w krainie szczęścia” to wynik współpracy szwedzkiego autora książek dla dzieci z polską ilustratorką. Opowiada o małej Julii, która po zaginięciu brata Tomka dla ukojenia smutku dostaje od rodziców czerwone sanki. Te zawożą ją do Krainy Szczęścia, wkrótce jednak wpada ona w szczypce pazernego na perły kraba.



Ale jak na baśń przystało – wszystko skończy się szczęśliwe dla niej i innych rodzin. Treść jest prosta, opowieść krótka. Brakowało mi w niej morału, jakiejś myśli przewodniej lub chociażby płynnej narracji. Nie wiem, dlaczego dziewczynka została nazwana Tyczką, o co chodziło z zupą z trupa i dlaczego chrząszcz przeinaczał wyrazy - może czytelnik sam miał sobie na to odpowiedzieć, ale czy dziecko będzie widziało, że jest to inspiracja marzeniami sennymi i "Alicją w krainie czarów"? Szczerze powiedziawszy – opowieść jest dość przeciętna i nawet nie wiem, czy tak wymyślił ją Martin Widmark, czy może nieudolnie przełożyła Marta Dybula.


Za to ilustracje... Nawet jeżeli rozczarował mnie pomysł na fabułę, to jej opracowanie graficzne jest… bajeczne (sic!). Światłocienie, barwy, nawet same fragmenty poszczególnych scen sprawiają, że rysunki ożywają. Na przykład wysoka trawa, w której siedzi mała Julia naprzeciw wielkiego kraba sprawa wrażenie, jakby falowała na wietrze.


Jest jeszcze coś! Przeglądając w Internecie rysunki Emilii Dziubak, zdarzało mi się łączyć ich atmosferę z obrazami np. Rembrandta, Josepha Turnera lub martwymi naturami na obrazach malarzy flamandzkich. W „Tyczce w Krainie Szczęścia” odnalazłam zaś nawiązanie do niderlandzkiego XVI-wiecznego malarza Pietera Bruegla. Ciekawe, czy to przypadek, czy może zamierzony efekt?



I wiecie co jeszcze jest zachwycającego w tej książce? Oczywiście, to co lubię, czyli śliczna wyklejka. No i okładka! Polecam pójść do księgarni i wziąć książkę w rękę – twarda oprawa, z miłą dla palców fakturą i „pozłacanymi” fragmentami. 


Gdyby oceniać tę książkę tylko pod kątem staranności wykonania i ilustracji – dałabym jej szkolną szóstkę ;) I właśnie dlatego postawię ją na półce w domowej biblioteczce :)


___________________
Martin Widmark (tekst) i Emilia Dziubak (ilustracje), Tyczka w Krainie Szczęścia [przekł. ze szwedzkiego Marta Dybula]; wyd. Mamania 2017

Egzemplarz do recenzji przekazało wyd. Mamania



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...