poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Życie jak eintopf. Joanna Jagiełło – Hotel dla twoich rzeczy. O życiu, macierzyństwie i pisaniu


O czym to jest… o czym właściwie jest… o miłości, o dzieciach czy o pisaniu? Eintopf mi wyszedł, niemiecka potrawa jednogarnkowa. Trochę tam mięsa, dużo kartofli i jeszcze jakieś resztki, które szkoda było wyrzucać. Zawsze wszystko jednocześnie: dzieci, praca, pisanie, miłość. Teraz jeszcze doszło malowanie i śpiewanie. (…) Raz jest dobrze, raz jest źle. Sukces albo porażka. Ale jest tego tyle, że te wszystkie smaki i tak świetnie ze sobą współgrają. Porażka to nie porażka – raczej odkrycie innej przestrzeni, gdzie może pójść lepiej.*



Joanna jest matką dwóch córek. Jest też kobietą po przejściach. Ale i niepoprawną  optymistką lub, jak określiła osobiście, osobą trochę niedorozwiniętą umysłowo, która wszystkich problemów i niewygód po prostu nie dostrzega, a jeśli nawet, to mija je obojętnym wzrokiem jak zeschłe liście. Na ten przykład kilkuletniego zamieszkiwania w starej pracowni, która nie wyolbrzymiając za bardzo, nie była niekoniecznie komfortowym miejscem, tym bardziej, kiedy ma się małe dziecko: na siku trzeba wyjść  do wspólnej toalety, ściany wewnątrz mieszkania zostały partyzancko oklejone styropianem, aby nie zamarznąć zimą. O takie tam klimaty.

Do tego dołóżmy jeszcze wczesne macierzyństwo, notoryczny brak kasy i niezbyt dojrzali faceci. Ojciec Dużej, tj. dziecka numer jeden: „artysta” malarz żyjący w swoim świecie, nieodpowiedzialny, wiecznie niepunktualny, mało pomocny – ale zawsze chętnie w roli misia do kochania. Ojciec Małej – córki numer dwa jawi się zaś jako apodyktyczny bufon.  W tym przypadku zmiana jednego partnera na kolejnego, to jak wejście podczas deszczu w sandałkach z jednej zimnej kałuży do drugiej.

Spotkanie autorskie w Domu Braci Jabłkowskich, 4.10.2014 r.
Autorka - pierwsza z prawej


Wydawałoby się, że po tym małym zarysie Joanna jest przypadkiem beznadziejnym. Ale nie da się jej nie lubić. Tym bardziej, że nie jest to postać fikcyjna, a jej „Hotel dla twoich rzeczy” jest autobiograficznym spojrzeniem w szaloną przeszłość, w której zarysowują się punkty przełomowe dla emocjonalnej dojrzałości, pokonywania własnych słabości, rozrachunku z byciem dzieckiem z rozbitej rodziny i pomimo powielenia błędu rodziców – szukaniem w tym wartości dodanej, mozolnym wydeptywaniem swojej drogi do lepszego życia i… (jakże trywialnej w tym zestawieniu) próby pogodzenia małego metrażu z przedmiotowym maksymalizmem. Są również wątki sentymentalne i optymistyczne, jak odnowienie więzi z utraconym ojcem, czy spajające (sic!) życiowy chaos spokojne, ciepłe i bardzo opiekuńcze relacje z dziadkami.

Wyd. Czarne - seria Bez fikcji o...


I chociaż życiorys Joanny nie mieści się w mojej koncepcji sposobu na życie, to jej książka trafiła do mnie bardzo. Jest lekka w treści, nawet rzekłabym żartobliwa, mimo że pod płaszczykiem ironii i życiowej groteski skrywa miejscami gorzką stronę życia. Lubię zupy, więc i ten eintopf również był literacko smaczny.


5/6
_________________________
* Joanna Jagiełło – Hotel dla twoich rzeczy. O życiu, macierzyństwie i pisaniu; wyd. Czarne 2014



niedziela, 31 lipca 2016

Czy Castro to hiszpański bliźniak Szwejka? Juan Eslava Galán – Walentyna


Patrzy na nią i myśli: „Nie wiemy, jak masz na imię, co?”. Po paru krokach przystaje. Mulica robi to samo. Widać, że przyuczona.
- A nie powiesz mi, jak masz na imię, co? No to będę na ciebie wołał Walentyna, boś taka waleczna była, żeś wlazła tam, gdzie się czerwoni z faszystami strzelali. Właśnie: Walentyna.



Dzisiaj coś dla miłośników zwierząt (szczególnie mułów ;)), literatury hiszpańskiej, ale też literatury (anty)wojennej i historycznej. Taki miks oferuje „Walentyna”. Chcecie coś więcej? Zacznijmy od okładki, którą polubiłam… od pierwszego spojrzenia ;) Ma charakter – muszę to przyznać. Niesie też pewną obietnicę. Mianowicie sugeruje treść z dużą dozą humoru, snuje wizję wojny w wersji antyheroicznej, łotrzykowskiej i rozczulającej jednocześnie. Przyrównuje nawet do czeskich „Przygód dobrego wojaka Szwejka”. A jak było w istocie?

Treść z okładki chyba poszła o krok za daleko. Za dużo mi naobiecywała, więc i sporo spodziewałam się po tej książce. Kapral Juan Castro Pérez z pododdziału mulników walczący na froncie hiszpańskiej wojny domowej może i jest na swój sposób zabawny, ale daleko mu do głupiutkiego, ale za to fartownego Szwejka. Hiszpan, aby mu tak bardzo nie umniejszać – ma również ma na swoim koncie szereg zabawnych sytuacji, cechuje się podobną chłopską mentalnością i zachowuje się niekiedy nieadekwatnie do sytuacji (zwykle kiedy nie wie co powiedzieć – salutuje) i nawet jakimś cudem zostaje odznaczony przez samego Franco - to jednak wciąż dla mnie za mało jak na wydawnicze peany, tym bardziej przyrównujące bohatera do osobowościowego profilu uparcie wywoływanego przeze mnie Szwejka.

Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że książka jest zła. I choć daleko jej do ironicznego obnażenia wojennych absurdów, to odnalazłam fragmenty, które dużo zapunktowały. Tłumaczenie nieobytemu chłopu idei latania zeppelina, stosunek bohatera względem tytułowej mulicy Walentyny, związek Castra z Conchitą, sposób przedstawienia wojskowej propagandy wojennej, opisy potraw hiszpańskiego żołnierza oraz umieszczony na końcu książki (i bardzo pomocny) słowniczek terminów, pojęć i wydarzeń zdecydowały, że jednak tę hiszpańską ciekawostkę literacką nie spisuję zupełnie na straty. Nawet mimo tego, że nie postawię jej na swojej domowej bibliotecznej półce. 


3/6
_____________________________
Juan Eslava Galán – Walentyna (La Mula, przekł. z hiszpańskiego Zofia Siewak-Sojka), wyd. Sonia Draga 2015

piątek, 8 lipca 2016

Wakacje w mieście Mozarta. Radek Knapp - Lekcje Pana Kuki


- Wiem, że pan nie cierpi przewodników – powiedziałem. – Ale przeczytałem w nich o katedrze św. Stefana, o Schönbrunnie i o Mozartkugeln.
- To jest jakiś argument. Rzeczywiście, tam są nie tylko samobójcy, ale też mnóstwo zabytków i różnych specjałów. Nie mówiąc już o lipicanerach.
Pan Kuka schował się znów za kieliszkiem, a jego nos wydłużył się jak ogórek.
- To specjalny austriacki deser lodowy. Musisz go koniecznie zamówić w jakiejś kawiarni.*



Mój egzemplarz „Lekcji Pana Kuki” ma ten najbardziej nielubiany przeze mnie typ okładki – filmową. Zresztą w innych wydaniach ta powieść też nie miała szczęścia.
I może właśnie przez tę okładkę tak długo odkładałam w czasie przeczytanie tej niezbyt obszernej powieści. A szkoda, bo historia młodego Waldusia odkrywającego uroki Wiednia to świetny materiał na lekką, odprężającą, zabawną i nieskomplikowaną wakacyjną lekturę.


Pozostałe, równie niezbyt fortunne okładki


Oto czasy, kiedy Zachód jawił się kolorową, obfitą bajką, do której wiodąca wolna strefa Schengen jeszcze długo była marzeniem, a na granicy współzawodniczyli celnicy z rentgenem w oczach i cwani przemytnicy z kontrabandą. 
Waldemar wybiera się za granicę na wakacyjne saksy - trochę pozwiedzać i zarobić kilka groszy. Kierunek austriacki podpowiada mu sąsiad z dołu – Pan Kuka, dystyngowany pijak, który alkohol pija równie elegancko, co Anglicy swoją herbatę. Sam Wiedeń, to nie jedyna wskazówka starszego sąsiada. Jako że w mieście Mozarta sam już bywał, a nawet ma tam niejakie znajomości, w kwestii transportu poleca skorzystać z usług linii autobusowej „Dream Travel”, na miejscu rekomenduje tani, ale ponoć urokliwy hotel „Cztery Pory Roku” i aby cały wyjazd był pomyślny wręcza dodatkowo talizman – starą zapalniczkę.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie pewien niuans – równie mały co ów lipicaner z cytatu ;) Ale może, gdyby nie to - w przeciwnym razie Waldemar nigdy nie wykopałby basenu w parku narodowym, nie odkrył uroków pewnej ławki w parku, nie przeżył przygody miłosnej, nie zgubił tajemniczej puszki swojego pracodawcy, nie poznał świetnych znajomych i może jednak wrócił do domu kompletnie spłukany po zjedzeniu wszystkich puszek konserwy turystycznej.

Okazuje się jednak, że los płatający figla może być czasem bardzo zabawny i oferować zaskakujące rozwiązania. Tym bardziej, kiedy posiada się szczęśliwy cień, który nawet głupca potrafi wydobyć z największych tarapatów. Co jednoznacznie wskazuje na to, że szczęście w nieszczęściu to czasem najlepsze, co może nam się przytrafić. A tacy panowie pokroju Pana Kuki, choć starzy z nich cynicy, to jednak warząc piwo - zupełnie przypadkowo potrafią ubarwić życie innych.

Ale nie zdradzę już nic ponad to, co powyżej. Te zaledwie 200 stron szybkiej i przyjemniej lektury rekomenduję, jako czasoumilacz podczas wylegiwania się na plażowym ręczniku, w hamaku, ogrodowej huśtawce, podróży w pociągu, czy gdzie tam zastanie Was wakacyjny czas na książkę ;)



4/6
_____________________________

Radek Knapp – Lekcje Pana Kuki [Herrn Kukas empfehlungen; przekł. z niemieckiego Sława Lisiecka]; wyd. Sonia Draga 2008 

sobota, 2 lipca 2016

Pod wulkanem. Jean Rolin – I ktoś rzucił za nim zdechłego psa*


Myślę (…) o napisaniu historii o psach feralnych (jest to anglicyzm albo ściślej – kalka angielskiego przymiotnika „feral”, oznaczającego zwierzę domowe, które wróciło do stanu dzikości, zdziczałe; stosowanie tej kalki – w postaci „feralny” lub „sferalizowany” – zamiast określeń „zbiegły” lub „zdziczały”. (…) Rozumiem przez to – wyjaśniałem – psy błąkające się zupełnie swobodnie, nieposiadające ani domu, ani pana.”**



Kiedy 8 lat temu spacerowałam po księżycowym krajobrazie sycylijskiej Etny mój wzrok wypatrzył leżącego żółtego psa. Zastanawiałam się w jaki sposób tam trafił, co je i czy w ogóle ktoś się nim opiekuje. Wszak droga na wulkan (którą pokonywaliśmy autokarem) wiodła pośród pustkowia. Później w Internecie doczytałam, że to specjalna, stara rasa bardzo wytrzymałych psów Cirneco Dell'Etna, której występowanie na Sycylii odnotowuje się już od co najmniej 2500 lat. Wszystko się wyjaśniło – nie był to zatem porzucony piesek, który utraciwszy właściciela – jest bezradny. Tak jakby ulga.


O sycylijskim psie z wulkanu przypomniałam sobie przy okazji lektury książki, którą omawiałyśmy na wczorajszym klubie książkowym zwanym Sabatowem.  A w niej, jak głosi opis na okładce: Francuski reporter wyrusza w zaskakującą podróż psim śladem. (…) Co dzieje się ze zwierzętami w czasie wojny czy klęski żywiołowej? Pisząc o psach, pisze w istocie o ludziach i ich bezradności wobec problemów, które sami stworzyli – o tym, że wszędzie tam, gdzie chwieje się ład społeczny, pojawiają się watahy bezpańskich psów, że w krajach tak różnych, jak Rumunia i Australia wciąż trzeba prowadzić z nimi regularne wojny.

Zapowiada się ciekawie – pomyślałam. I zabrałam się do niej z wielkim zapałem. Tym bardziej, że to reportaż Czarnego – a to dla mnie marka sama w sobie. Jak dotąd każdą książkę tej serii brałam w ciemno i nigdy nie żałowałam. Hmmm… czy ja napisałam jak dotąd? No właśnie! I tutaj mamy ten haczyk. Bo właśnie przy tej książce zmieniłam zdanie. 

Według mnie to zmarnowana szansa na realizację świetnego pomysłu na formę interesującego reportażu. W zasadzie to nawet nie wiem, co autor chciał przekazać swoją książką. Czy aby na pewno wziął na warsztat psią historię bezdomności? A może jednak chciał napisać o swoich wojażach, a nie wiedział jak ugryźć ten temat? I dlatego wyszło z tego coś na kształt studenckiego wodolejstwa na zaliczenie semestru? I nawet nie jestem odosobniona w tej opinii, bo wszystkie obecne na Sabatowie równo skrytykowałyśmy tę próbę psiego reportażu. Jaka szkoda, że tak nas zawiódł ten autor, bo gdyby książka okazała się fantastyczna, byłoby to świetne czytelnicze uczczenie przypadającego wczoraj Dnia Psa.

Czy mogę jednak tę książkę za coś pochwalić? Byłabym skłonna za fragmenty, w którym autor wyjaśnia dlaczego psy nie pasjonują się malarstwem (i co z tym wspólnego mają van Gogh oraz królik na środku klombu nasturcji), jak postępują z pijanymi ludźmi i dlaczego chodzenie kładką nad ruchliwą ulicą dowodzi ich inteligencji. Ale to jednak za mało, aby ją polecić jako pasjonującą lekturę. No może tylko dla wielkich miłośników psów i wszystkiego, co się z tym tematem łączy. Inni mogą sobie tę książkę spokojnie odpuścić. No chyba, że chcą podobnie jak ja (że posłużę się psią nomenklaturą) – wynudzić podczas czytania jak mops ;)


1/6
_______________________________
* Wyjaśnienie tytułu z przypisu w książce: „Ktoś rzucił za nim do rozpadliny zdechłego psa”. Jest to ostatnie zdanie powieści Malcolma Lowry’ego „Pod wulkanem”

**Jean Rolin – I ktoś rzucił za nim zdechłego psa [Un chien mort après lui; przekł. Wiktor Dłuski], wyd. Czarne 2011


środa, 29 czerwca 2016

"Wymyśliłem, zbiliśmy fortunę"*. Albert Jack – Z Galileusza też się śmiali


Zastanawiając się nad przeszłością, gdy chodzi o te gałęzie przemysłu, piszący te słowa nie jest skłonny do narzekań i twierdzenia, że to on zasadził drzewa, a inni zebrali owoce. Osiągnięć zawodowych nie powinno się oceniać wyłącznie w dolarach i centach, jak to zbyt często ma miejsce. Powód do żalu pojawia się wtedy, gdy tego, co człowiek zasieje, nikt nie zbiera. (Charles Goodyear, wynalazca wulkanizacji kauczuku)


Wszystkie przedmioty, które widać na powyższym  na zdjęciu nie byłyby dzisiaj obecne i tak powszechne (że wręcz się o nich nie myśli, jako rzeczach istotnych), gdyby nie wynalazcy, którzy stali za ich odkryciem.

Jednakże droga od idei, przez jej realizację i przekonanie innych o niezbędności wynalezionego przedmiotu bywała kręta i wyboista. I nie zawsze przynosiła ze sobą finansowe zadowolenie. Często opór przy wprowadzaniu innowacji pojawiał się nie ze strony zwykłych konsumentów, ale oświeconych naukowców i ekspertów. Świetnym przykładem jest tutaj cytat Petera Ustinova: Gdyby świat jakimś cudem samoistnie wyleciał w powietrze, ostatnie, co dałoby się usłyszeć, to głos eksperta mówiącego: „To niemożliwe”.

Takim siejącym defetyzm ekspertem był wybitny szkocki naukowiec, przewodniczący brytyjskiego Towarzystwa Królewskiego Lord Kelvin,  William Thomson, który u schyłku XIX wieku oświadczył, że: promieniowanie X okaże się mistyfikacją, radio nie ma przyszłości, a także maszyny latające cięższe od powietrza są czymś niemożliwym. Mimo tych stwierdzeń współczesna medycyna czerpie pełnymi garściami z możliwości zdjęć rentgenowskich, radio to wciąż popularne źródło informacji i rozrywki, a samoloty są jednym z bezpieczniejszych i częściej wybieranych środków lokomocji w przypadku chociażby wakacyjnych wyjazdów.

Oczywiście nie tylko Lord Kelvin był tak pewny swych stwierdzeń i tak bardzo rozminął się z rzeczywistością. Byli też inni:
Rakieta nigdy nie będzie w stanie opuścić atmosfery ziemskiej (New York Times, 1936 r.)

Zwierzęta, które się poruszają, mają kończyny i mięśnie. Ziemia nie posiada ani kończyn, ani mięśni, a zatem się nie porusza. (Scipion Chiaramonti, profesor filozofii i matematyki na Uniwersytecie w Pizie, wypowiedź z 1633 r. na temat teorii Galileusza)

Koń jest i zostanie, a automobil to tylko nowość, przelotna moda i nic więcej. (słowa prezesa Michigan Savings Bank przestrzegającego prawnika Henry’ego Forda przed inwestowaniem jego przełożonego w Ford Motor Company)

Przemierzyłem ten kraj wzdłuż i wszerz i rozmawiałem z najlepszymi ludźmi, i mogę was zapewnić, że przetwarzanie danych to chwilowa moda, która nie przetrwa roku. (Redaktor odpowiadający za książki biznesowe w wydawnictwie Prentice Hall, 1957 r.)


I tak dalej… Wbrew teoriom sceptyków jednak udało się wprowadzić wiele innowacji i udogodnień, a nawet udowodnić, że nawet eksperci nie zawsze są dobrą wyrocznią. Podróżując koleją nie dusimy się śmiertelnie z powodu rozwijającej przez lokomotywę prędkości, ani nie odnotowano, aby żołnierze stali się przez to zniewieściali, w metrze nie ociekamy od ścieków, a przez kody kreskowe umieszczone na produktach automatycznie nie wpadamy w moc szatana. Ciekawe jednak, czy gdyby nie wybuch wojny kobiety nadal nosiłyby gorsety, a jednorazowe maszynki do golenia może nie byłyby tak popularne? I jak wyglądałby ostatecznie telefon, gdyby to prawnik Bella, a nie Graya zrobił sobie przerwę obiadową i przez to spóźnił dwie godziny ze złożeniem wniosku o patent dla nowego wynalazku?

Z tej książki wyłuskałam sobie trzech bohaterów: niedocenionego Franka Whitlle’a twórcę silnika odrzutowego (gdyby wcześniej wdrożono jego pomysł, to być może przewaga na wojennej szali mogłaby zdarzyć się o wiele szybciej?), docenionego pośmiertnie Charlesa Goodyera (który wynalazł sposób wulkanizacji kauczuku i choć się na tym nie wzbogacił, a owoce jego pracy zebrali po latach inni – zdobył pośmiertne uznanie) oraz Henry’ego Forda, który nie tylko stworzył samochód produkowany na masową skalę, ale jest dzięki temu „ojcem” autostrad, korków, fastfoodowej popkultury i całego stylu życia, który jest możliwy dzięki samochodom.

Ale wynalazki, o których mowa w tej książce, to nie tylko kategoria typowo technicznych przedmiotów. Znalazło się również miejsce dla ciekaowstek o produktach żywnościowych, popkulturze, biznesie, a także o wynalazkach śmiesznych, przypadkowych lub też porzuconych głęboko w szufladach.

I chociaż korekta polskiego wydania nie ustrzegła się kilku błędów, miejscami zżymałam się na stylistyczne konstrukcje zdań i wrzucanie niezwiązanych z omawianym wynalazkiem cytatów, to lektura była mimo to przyjemnie spędzonym czasem. Nawet pokuszę się o stwierdzenie, że niektóre ciekawostki były zaskakujące, a opisana droga dojścia do wynalazku wielokrotnie zdumiewała. Polecam lekturę wszystkim ciekawskim - nie tylko aspirującym do roli naukowca i wynalazcy ;)


4/6 (i 6/6 za okładkę)
_________________________________
Albert Jack – Z Galileusza też się śmiali (They laughed at Galileo, przekł. Jolanata Sawicka); wyd. MUZA SA 2016
Egzemplarz do recenzji przekazało wyd. MUZA SA

* King C. Gillette w liście do swojej żony (wszystkie umieszczone cytaty pochodzą z recenzowanej książki)

niedziela, 26 czerwca 2016

Z bliska o niedalekich podróżach. Łukasz Długowski – Mikrowyprawy w wielkim mieście. Wypocznij i naładuj baterie


Z jakiegoś powodu to, co mamy pod ręką, wydaje nam się mniej ciekawe niż to, co jest na drugim kontynencie. Tam, w tej Amazonii, Patagonii, Himalajach, na stepach albo w delcie Nilu to dopiero mają przygodę! A my, tu? Nic ekscytującego.*



W całym swoim życiu zwiedziłam naprawdę malutki kawałek świata. Tak się złożyło, że nie zawsze miałam czas lub możliwości, aby chociażby zwiedzić część Europy, a co dopiero mówić o lotach na inny kontynent. Czy żałuję? Trochę tak. Ale przede mną, mam nadzieję, jeszcze cały kawał życia, więc liczę, że kiedyś jednak będę w Wilnie, skąd pochodzą dziadkowie, porozmawiam po rosyjsku w Moskwie, objadę słoneczną Toskanię i resztę Sycylii, zmarznę w krajach skandynawskich, zadziwię się Japonią i pozadzieram głowę w Nowym Yorku. Ale póki co – odkrywam uroki Polski.

Bo to wcale nie musi być tak, że ładnie i ciekawie jest tylko za granicą. Na ten przykład z sentymentem wspominam poranny spacer po sennym, lekko jeszcze zamglonym Tykocinie. No i zakochałam się w Beskidzie Niskim. I chociaż natura nie zostawiła tam tak oszałamiających śladów, co w czeskim Skalnym Mieście, za to ja zostawiłam część siebie w tej beskidzkiej ciszy, pustce i łemkowskich cerkwiach. I nic dotąd nie smakowało tak bardzo, jak kanapki (z chleba pieczonego w piecu na liściach kapusty przez gospodarza - Łemka) podczas suszenia mapy, wcześniej skąpanej w Wisłoce.

Taka ze mnie prosta kobieta ;) Wybieram niepopularne kierunki bez potrzeby bycia outsiderem.
A tymczasem na mojej podróżniczej liście dopisują się kolejne polskie ciekawostki, które chciałabym zobaczyć. I nie mam zamiaru ścigać się ze światem.

Innym sposobem na slow turystykę, bo za taką w istocie uważam swoje zamiłowanie do krajoznawstwa, mogą być mikrowyprawy. W tym specjalizuje się Łukasz Długowski, który zachwycił mnie swoją ideą bliskiego podróżowania. On odkrył uroki dalekich, egzotycznych, a nawet ekstremalnych wypraw, a mimo to z ogromnym zapałem opisuje, jak przyjemną przygodą może być podróż za grosze, na własnych nogach i wcale nie tak daleko od domu. 

Które dziecko nie marzy o nocowaniu w ogrodzie podczas ciepłej, letniej nocy? To jest coś, co może zafundować sobie każdy nawet bez posiadania jednorodzinnego domu z własnym kawałkiem trawnika. Zamiast wymówek, można wybrać się z namiotem na łąkę, działkę znajomego, czy nawet… spać na hamaku w lesie ;) Długowski przyznaje, że to wielka frajda i wcale nie trzeba od razu włączać strachu przed dziką naturą. Zresztą – można znaleźć miliony możliwości, aby poznać uroki otaczającego świata: spłynąć kajakiem, w czatowni obserwować jelenie na rykowisku, przespać się w kopalni soli w Wielczce, jamie śnieżnej lub w portalu wiszącym na skale, przejechać rowerem większy kawałek nieznanej jeszcze okolicy, czy skoro świt wykąpać się w rzece. 
Jednak ze wszystkich mikrowypraw autora szczególnie urzekło mnie nocowanie na pomoście nad jeziorem w Puszczy Zielonka wraz z pobudką skoro świt przy akompaniamencie ptasich treli, czy wspólne z żoną obserwowanie w zupełnej ciemności (i z termosem gorącej czekolady w dłoni) deszczu meteorytów.

Bo w mikrowyprawach wcale nie chodzi o to, by pojechać jak najdalej.  Podczas nich nie jest się polarnikiem, himalaistą czy globtroterem. To ma być uszczknięcie z kawałka zwykłej codzienności jej niezwykłego charakteru. To przede wszystkim ładowanie akumulatorów przez pozorne nicnierobienie. Bez zbędnych większych przygotowań, czy kosztów i wbrew wszelkim wymówkom. Ba! To ma być przede wszystkim ten jakże mało popularny i traktowany po macoszemu - odpoczynek. Niech zatem o jego pochwale przemówi sam autor:

Usiadłem na cyplu i gapiłem się na płynącą wodę. Uspokajała mnie, wyciszała, pogłębiała oddech. Potem gapiłem się na niebo, choć właściwie nie było na co: ciemniejący błękit i trzy białe kreski po samolotach. Ale gapiłem się jakby to było najwspanialsze dzieło największego z malarzy.
Gapić się, lenić, leniuchować, byczyć, odpoczywać, wypoczywać, wałkonić się – słowa związane z czasem wolnym często mają negatywny wydźwięk, jakby praca była świętością, a odpoczynek niczym więcej, jak brakiem pracy. Złem. Inna rzecz – tych słów na odpoczynek mamy niewiele. Eskimosi mają ponad 20 słów na śnieg i kilkanaście na kolor biały. Mają, bo obcują z nim codziennie i jest dla nich ważny. Potrafią rozpoznać różne jego postaci. My mamy tylko kilka na wypoczynek, jakbyśmy strasznie rzadko mieli z nim do czynienia albo jakby był zakazany. Nie wolno było o nim mówić. Jak jeszcze do niedawna seks – wolno go uprawiać, ale przy zgaszonym świetle i pod kołdrą.**

Tak naprawdę największą wartością tej książki nie są same opisy pomysłów na mikrowyprawy, których doświadczył autor. To tylko pewna wskazówka dla własnych preferencji i możliwości. Najciekawsze były rozdziały – wywiady: o wpływie przyrody na zwalczanie stresu, o tym, jak utraciliśmy więź z naturą, dlaczego nasze mózgi są zielone, a umysł niebieski, jak żyć w mieście i być szczęśliwym oraz o tym, dlaczego nie potrafimy wypoczywać. A także sporo informacji o tym jak i gdzie zorganizować mikrowyprawę, dlaczego powinno się na nią wyruszyć i jakie można napotkać przy tym przeszkody, a co zyskać.

Klasyfikuję tę książkę w kategorii slow life, turystyki oraz afirmacji życia i przyrody jednocześnie. A czytałam ją głównie na ogrodowej huśtawce przy gwizdach latających jerzyków. I chociaż leśnikiem nigdy nie zostanę – zawsze mogę wybrać się na kojący spacer po zielonym lesie ;) A tamte podróże marzeń? Świat nie ucieknie, jeszcze zdążę, mam nadzieję, zwiedzić conieco.


6/6
______________________
*, ** cytaty: Łukasz Długowski – Mikrowyprawy w wielkim mieście. Wypocznij i naładuj baterie, wyd. MUZA SA 2016
Egzemplarz przekazało wydawnictwo MUZA SA

niedziela, 19 czerwca 2016

Niezupełnie wakacyjna plaża. Chris Cleave – Między nami


Kiedy człowiek budzi się pod rozpalonym słońcem, w pierwszej chwili znajduje się poza czasem i nie wie, gdzie jest. (…) Czujesz drobne ziarenka na gołej skórze i na chwilę zmieniasz się w piasek przenoszony wiatrem przez całą plażę. (…) W końcu dociera do ciebie, że nie, nie jesteś piaskiem, bo skóra, po której ten piasek się przesuwa, należy do ciebie. (…) więc otwierasz oczy, spoglądasz na siebie i mówisz: „Ach, więc jestem dziewczyną, dziewczyną z Afryki. Tym właśnie jestem i tym zostanę”, a zmieniająca kształty magia snów cofa się w głąb ryczącego oceanu. *



Kupując tę książkę, a było to jakieś 2 lata temu, zupełnie nie wiedziałam, o czym jest fabuła. Miała być tajemnicą, o którą zadbał wydawca. Tym bardziej wcale nie pojawiła się na mojej półce po cukierku, obiecującym zaskakujące doznania dzięki hasełkom: „Szokująca” (Newsweek), „Doskonała” (The Daily Telegraph), „Urzekająca” (The Economist), czy „Przerażająca” (The Baltimore Sun).


Nie działają na mnie takie marketingowe haczyki, czasem wręcz odrzucają od sięgnięcia po książkę. Wolę sama ustanowić osobisty ranking bestsellerów. Kupiłam ją jednak dzięki przedniej stronie okładki. Urzekł mnie ten projekt autorstwa Roberto De Vicq De Cumtich'a zrealizowany w stylu kamei

Ale co z samą fabułą? Było warto kupić w ciemno sugerując się tylko okładką? Przecież ważniejsza jest treść, a nie samo opakowanie. Czy wydawca naciągnął mnie na kasę? Nie, nie żałuję, że dałam się namówić. Nawet te hasełka z tyłu pasują do moich przemyśleń po lekturze. I nawet powtórzę ten manewr i bez wyjawiania szczegółów sama będę teraz namawiać do jej przeczytania.

Istotnym motywem jest plaża, bo ona wszystko zaczyna i kończy. Szkielet fabuły oparty jest na temacie ucieczki przed prześladowaniami i konfliktami zbrojnymi. Ale nie jest to typowa kolejna książka o uchodźcach. Tych akurat sporo można znaleźć w dziale reportaży. I jakkolwiek to ważny, a nawet ostatnio bardzo gorący temat, to nadmiar prasowych i reporterskich doniesień chyba już nieco większość drażni, odczula na krzywdę i każe trzymać się z daleka. A jednak ta powieść choć wpisuje się tematem w tę gorączkę, to zupełnie inny kaliber. I całe szczęście, że nie szukałam w Internecie żadnych spojlerów i streszczeń, bo może na samo hasło „uchodźca” wcale bym po nią nie sięgnęła? 

Zatem z przekory i dla wzbudzenia ciekawości nie napiszę więc, dlaczego pewna Nigeryjka chciałaby być brytyjską monetą funtową, z czym może kojarzyć się zapach herbaty, ile i jakich można opracować wariantów samobójstwa, dlaczego pomalowane na czerwono paznokcie u stóp mogą być sposobem na przetrwanie i co ma z tym wszystkim wspólnego nauka królewskiej angielszczyzny. Niech to pozostanie tajemnicą… do czasu, aż sami sięgnięcie po ten tytuł. Usilnie do tego namawiam ;)


5/6
________________________________________
*Chris Cleave – Między nami (The Other Hand, przekł. Aldona Możdżyńska), wyd. Świat Książki 2012
Czarno-biała fotografia autorstwa Adama Golca (z książki Joanny Bator „Wyspa Łza”)


sobota, 4 czerwca 2016

Wydarzy się w czerwcu...


Minął targowo-nagrodowy maj, czas na bardzo ciekawy czerwiec. A dziać się będzie sporo:


4-5 czerwca (czyli dzisiaj i jutro): Warszawski Weekend Księgarń Kameralnych.


Sprawdźcie na stronie wydarzenia, które księgarnie biorą udział i w miasto ;)




10-12 czerwca (czyli za niecały tydzień): 4. Big Book Festiwal. 


Tegoroczna edycja odbywać się będzie na terenach Pałacu Szustra przy ul. Morskie Oko. Tutaj program.



16 czerwca (w czwartek za 2 tygodnie): XIII Ogólnopolskie Święto Wolnych Książek.




18 czerwca (w sobotę za 2 tygodnie): Imieniny Jana Kochanowskiego w Parku Krasińskich. Tym razem gościem specjalnym "będzie" Krzysztof K. Baczyński.


Wprawdzie na stronie internetowej wydarzenia program jest wciąż w przygotowaniu, ale z opisu wynika, że szykują się fajne atrakcje: Gościem specjalnym tegorocznych Imienin Jana Kochanowskiego będzie Krzysztof Kamil Baczyński, którego postać zostanie przypomniana w mniej znanych, zaskakujących kontekstach. Praca w drukarni, którą wykonywał Baczyński, stanie się punktem wyjścia do dyskusji o projektowaniu i produkcji książek – rozmawiać będą między innymi Piotr Rypson i Przemysław Dębowski. Pracownia Kwiaciarnia Grafiki przygotuje inspirowany grafikami Baczyńskiego pokaz sitodruku, a same grafiki i rękopisy będzie można obejrzeć w otwartym dla zwiedzających Pałacu Rzeczypospolitej. Justyna Sobolewska zapyta młodych pisarzy, czym jest dla nich Warszawa, Barbara Schabowska porozmawia o Baczyńskim z Wiesławem Budzyńskim, a szef kuchni Maciej Nowicki opowie, co jadano kiedyś na warszawskich imieninach i pokaże, jak te potrawy przygotować.




A na co Wy czekacie w czerwcu? :)



niedziela, 29 maja 2016

Ciąg... (dalszy) Chyłki (i Zordona). Remigiusz Mróz - Rewizja


- Zamierzasz się z nimi spotkać?
- Oczywiście, jestem w drodze.
- Uważaj na siebie – rzucił Oryński.
- Coś ty powiedział?
- Żebyś…
- Błagam cię, Zordon, oszczędź mi melodramatu.
- Chciałem tylko…
- Powinieneś powiedzieć: zjedz ich na surowo i obgryź kości, a potem rzuć resztki świniom.
Uniósł brwi, nie bardzo wiedząc, co odpowiedzieć.*

Wcześniejsze recenzje Kasacji i Zaginięcia


Czy warto było czekać na trzeci tom z Chyłką i Zordonem w roli głównej? To jest chyba dobre pytanie, które sobie zadawałam w trakcie lektury. Miałam bowiem podczas czytania mieszane odczucia. Ale od początku.

Chyłka od momentu rozwiązania umowy z kancelarią Żelazny&McVay (skutki zakończenia sprawy z "Zaginięcia") wpada na równię pochyłą. Degraduje swoją pozycję cenionego adwokata udzielając porad prawnych w boksie w warszawskim centrum handlowym. Swoją obniżoną renomę próbuje rekompensować towarzystwem płynnym w swej istocie, choć zdradliwym – alkoholem. W ciągu alkoholowym klin zabija klinem i chociaż nie traci ostrości języka, to tym razem w stanie po spożyciu jej cięty język jest raczej żałosny, aniżeli zabawny.

Zordon natomiast w trzecim tomie nieco zyskuje. Nie jest już takim nieopierzonym aplikantem. W kancelarii przenosi się z ogólnej noryobory do własnego pokoju. Trafia również pod opiekę nowego patrona, zwanego przez Zordona Borsukiem, i na tle starszego kolegi staje się bardziej charakterny. Chyłka wyraźnie go zdominowała, teraz jednak nie będąc pod jej skrzydłami – Zordon punktuje swoim zdecydowaniem i, jakkolwiek to zabrzmi, prawniczą bezczelną pewnością siebie.

W tym momencie na scenę wchodzi Robert Horwath, Rom znany w swej społeczności jako Bukano. Ściślej rzecz ujmując – dawnej społeczności, bo żeniąc się z Polką został skalany i wyklęty z klanu ziomków. Tak się nieszczęśliwie składa, że właśnie dowiedział się, że jego żonę i córkę ktoś zamordował. Podwójnie nieszczęśliwie się składa, że pierwszym podejrzanym o dokonanie czynu zwykle jest małżonek, czyli w tym przypadku Bukano. Tym bardziej, że miał motyw – opiewające na kwotę miliona złotych odszkodowanie, które mógłby skasować z polisy na życie, którą gwarantowały płacone przez teściów składki w Towarzystwie Ubezpieczeniowym SALUS.

No i trafiamy w końcu na zacieśnięcie się więzów – Chyłka zupełnie przypadkowo i po pijaku zostaje obrońcą Bukano oskarżonego o dokonanie zabójstwa żony i córki, a Zordon jest pełnomocnikiem SALUSA, który broni się rękami i nogami przed wypłatą odszkodowania. I teraz ruletka: jeżeli w sprawie karnej wygra Chyłka, Zordon będzie musiał się napocić w sprawie cywilnej, aby nie dopuścić do wypłaty odszkodowania. Jeżeli ona przegra, zdecydowanie ułatwia późniejszą robotę Zordonowi. Tyle tylko, że cała sprawa nie jest wcale tak klarowna, jak się wydaje na pierwszy rzut oka, pomijając od razu tak oczywiste aspekty, jak rozkojarzenie Chyłki pracującej po pijaku, trudności mentalnego porozumienia między Polakami i Romami oraz pojawienie się na scenie wątpliwej moralności Piotra Langera, którego w Kasacji broniła para wówczas jeszcze partnerów: Chyłka i Zordon.

Robi się ciekawie i podobnie się kończy. Co zatem wywołało moje mieszane uczucia? Przede wszystkim liczyłam na zaciętą walkę na sali sądowej obu bohaterów stojących po dwóch stronach barykady. Liczyłam też, że dobrze rokujący wreszcie Zordon wyostrzy swój charakter i nie będzie odgrywał roli przydupasa, co jednak nieco się rozmyło w trakcie kulminacji fabuły. Chciałam też więcej scen z batalii na sali sądowej, te jednak dość szybko doczekały się finału. Ba! nawet urywały, więc nagle dowiedziałam się, że najpierw jest już po sprawie karnej, a potem że przypieczętowano pewne postanowienia ze sprawy cywilnej (nie zdradzę wyniku obu, bo spojlerując zepsuję przyjemność z czytania). Nagle więc dowiaduję się, że obie sprawy się zakończyły, a ja dowiedziałam się o nich mimochodem. A wolałabym być widzem, a nie czytelnikiem doniesień prasowych, że tak to ujmę. Zresztą sama sprawa z niebezpiecznym psycholem, jakim jest Langer też jakoś tak się rozeszła po kościach, a przecież wciąż mam w pamięci, że ów wspomniany miał w 'Kasacji" na podorędziu nie tylko ludzi pokroju Gorzyma, ale w "Rewizji" dodatkowo sporą siatkę kontaktów opartych na podległości finansowej. Tymczasem ci najtwardsi, zdecydowani i nawet może bezwzględni w realizacji swoich interesów bohaterowie (w tym również Artur Żelazny) – okazali się dosyć miałcy.

Liczyłam również na więcej prawniczo-sądowych odniesień do fabuły, bo informacja o kontradyktoryjności procesu karnego, to jednak dla mnie za mało, jak na prawniczy charakter powieści. No i przede wszystkim liczyłam, że sama fabuła będzie odzwierciedleniem  tytułu trzeciego tomu. Tak przecież było z "Kasacją”.

Obawiałam się również kończąc ostatnią stronę, że Chyłka w upojeniu alkoholowym, zejdzie z tego świata. Byłoby to najgłupsze i najprostsze rozwiązanie całej trylogii. Całe szczęście po ostatniej stronie pojawia się jeszcze posłowie Autora, które sugeruje, że nader ciekawa sprawa ojca Chyłki (tak, tak – ów starszy pan objawił się w „Rewizji”) doczeka się rozwinięcia z udziałem samej Joanny. Czekam zatem z niecierpliwością na realizację obietnicy Autora: „A potem dopiero się zacznie”.



Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona

4/6
______________
Remigiusz Mróz – Rewizja, wyd. Czwarta Strona 2016



poniedziałek, 23 maja 2016

Warszawskie Targi Książki 2016. Moim okiem


Warszawskie Targi Książki 2016 za nami. Dla mnie tym razem to najmniej zwariowane targi, dość statyczne i z najmniejszą liczbą zakupionych książek, co wcale nie znaczy, że nudne. Bynajmniej!


Tym razem postawiłam na Dzień Reportażu i prawie całą sobotę przesiedziałam na II piętrze w sali Londyn A. Bo, jak co roku, odbywały się tam spotkania z autorami książek nominowanych do nagrody za reportaż literacki im. R. Kapuścińskiego. Mnie szczególnie zainteresowały trzy książki, a w związku z tym i spotkania im poświęcone:

„Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro” Karoliny Domagalskiej (której w konkursie bardzo kibicowałam),



„Diabeł i tabliczka czekolady” Pawła Piotra Reszki (tegorocznego laureata) 


i „Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie” Jenny Nordberg (o ciekawym społecznym zjawisku bacza pusz w Afganistanie).



Jestem ogromnie zadowolona z tych spotkań. Były wisienką na torcie targów (i wcale nie chodzi o to, że odbywały się na najwyższym targowym poziomie Stadionu ;)). Fascynujące tematy, bardzo dobrze napisane książki (dwie z tych trzech już za mną), świetne spotkania (a podczas jednego, jako mój ulubiony prowadzący – Mariusz Szczygieł).



Oczywiście przeszłam się również po poziomie, w którym zainstalowali się wystawcy. Ale zrobiłam to wtedy, kiedy mogłam uniknąć dzikich sobotnich tłumów ;) Bo przecież nie mogłam sobie odmówić ustanowienia osobistego rankingu najlepiej zaaranżowanych stoisk.

I tutaj pierwsze miejsce bez niespodzianki, bo od trzech lat prym wiedzie Wielka Litera. Co roku proponuje nowy pomysł dla ekspozycji swoich książek i wychodzi im to znakomicie.



Na drugim miejscu ustawiam wydawnictwo Marginesy za oszczędny, ale bardzo przyjemny dla oka drewniany design ze świetnie wkomponowanym zdjęciem chłopca sięgającego po książki. Ta ekspozycja, jak można zauważyć na tym zdjęciu – żyje swoim życiem, a „chłopiec” z okładki książki Jaume Cabre multiplikuje się przy udziale samych uczestników targów ;)



Trzecie miejsce otrzymuje Wydawnictwo Tatrzańskiego Parku Narodowego. Wprawdzie tegoroczna ekspozycja była powtórzeniem ubiegłorocznej, ale równie niezmiennie mi się podoba.



Pojawia się jeszcze wyróżnienie. Stoi obok podium dlatego, że Węgry – Gość Honorowy miały łatwiej. Choćby pod względem ilości powierzchni do wykorzystania. I przyznać muszę, że ażurowa kompozycja półek wyglądała bardzo przyjemnie.





Zostawiłam sobie jeszcze miejsce na kronikarskie podsumowanie w kwestii nagród i nominacji.
Najważniejsza dla mnie – Nagrodę za reportaż literacki im. R. Kapuścińskiego otrzymał Paweł Piotr Reszka za „Diabła i czekoladę” (wyd. Agora)






1. Julia Fiedorczuk, "Nieważkość", Marginesy
2. Magdalena Grzebałkowska, "1945. Wojna i pokój", Agora
3. Łukasz Jarosz, "Kardonia i Faber", Biuro Literackie
4. Piotr Ibrahim Kalwas, "Egipt. Haram Halal", Dowody na Istnienie
5. Marcin Kącki, "Białystok. Biała siła, czarna pamięć", Czarne
6. Angelika Kuźniak, "Stryjeńska. Diabli nadali", Czarne
7. Ewa Lipska, "Czytnik linii papilarnych", Wydawnictwo Literackie
8. Renata Lis, "W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu", Sic! 
9. Piotr Matywiecki, "Którędy na zawsze", Wydawnictwo Literackie
10. Weronika Murek, "Uprawa roślin południowych metodą Miczurina", Czarne
11. Bronka Nowicka, "Nakarmić kamień", Biuro Literackie
12. Joanna Olczak-Ronikier, "Wtedy. O powojennym Krakowie"
13. Łukasz Orbitowski, "Inna dusza", Od Deski do Deski
14. Maciej Płaza "Skoruń", W.A.B.
15. Uta Przyboś "Prosta" Forma
16. Dariusz Rosiak, "Ziarno i krew", Czarne
17. Żanna Słoniowska, "Dom z witrażem", Znak
18. Jerzy Sosnowski, "Co Bóg zrobił szympansom", Wielka Litera
19. Katarzyna Surmiak-Domańska, "Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość", Czarne
20. Ziemowit Szczerek, "Tatuaż z trybuzem", Czarne





ESEJ:
1. Lidia Kośka, „LEC. Autobiografia słowa”, Żydowski Instytut Historyczny im. Emanuela Ringelbluma, Warszawa
2. Michał Książek, „Droga 816”, Fundacja Sąsiedzi, Białystok
3. Renata Lis, „W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu”, Wydawnictwo Sic!, Warszawa
4. Michał Paweł Markowski, „Kiwka”, Wydawnictwo Austeria, Kraków
5. Piotr Paziński, „Rzeczywistość poprzecierana”, Wydawnictwo Austeria, Kraków

POEZJA:
1. Kacper Bartczak, „Wiersze organiczne”, Dom Literatury w Łodzi
2. Maria Bigoszewska, „Jeden pokój”, Wydawnictwo FORMA. Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy, Szczecin, Bezrzecze 
3. Hanna Janczak, „Lekki chłód”, Wydawnictwo Igloo, Wrocław
4. Barbara Klicka, „Nice”, Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu
5. Tadeusz Pióro, „Powązki”, Biuro Literackie, Wrocław 

PROZA:
1. Weronika Murek, „Uprawa roślin południowych metodą Miczurina”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 
2. Andrzej Muszyński, „Podkrzywdzie”, Wydawnictwo Literackie, Kraków
3. Łukasz Orbitowski, „Inna dusza”, Wydawnictwo Od deski do deski, Warszawa
4. Maciej Płaza, „Skoruń”, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa
5. Dominika Słowik, „Atlas: Doppelganger”, Wydawnictwo Znak, Kraków 

PRZEKŁAD NA JĘZYK POLSKI:
1. Jacek Giszczak, „Zwierzenia jeżozwierza”, autor oryginału Alain Mabanckou, Wydawnictwo Karakter, Kraków
2. Jolanta Kozak, „Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi”, autor oryginału David Foster Wallace, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa
3. Robert Papieski, „Lato w Baden”, autor oryginału Leonid Cypkin, Zeszyty Literackie, Warszawa
4. Agnieszka Pokojska, „Młode skóry”, autor oryginału Colin Barrett, Wydawnictwo Igloo, Wrocław
5. Anna Wasilewska, „Rękopis znaleziony w Saragossie”, autor oryginału Jan Potocki, Wydawnictwo Literackie, Kraków



1. Anna Janko  - "Mała Zagłada", 
2. Katarzyna Gondek - "Otolit"
3. Magdalena Kicińska - "Pani Stefa"
4. Renata Lis - "W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu" 
5. Agata Tuszyńska  - "Narzeczona Schulza"




A z czym wróciłam do domu z tegorocznych targów? Jak już wspominałam na wstępie - ilość bardzo skromna, za to treść wielce obiecująca. 


"Diabeł i tabliczka czekolady" już za mną (niebawem recenzja), a "Chłopczyce z Kabulu" idą na tapetę tuż po rozpoczętym właśnie kolejnym tomie historii Zordona i Chyłki (jeśli wiecie, co mam na myśli ;)).


A jak wyglądały Wasze Warszawskie Targi Książki 2016? :)



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...