wtorek, 14 lutego 2017

„Wszystko zaczyna się od zdziwienia.”* Andrew Fuller – Psychologia geniuszu. Odblokuj talent i kreatywność swojego dziecka


Aby zrozumieć rolę rodziców w rozpalaniu iskry geniuszu dziecka warto (…) dodać jeszcze stary dobry przykład szklanki do połowy pustej lub do połowy pełnej.
Jak wiemy, punkt widzenia ma kluczowe znaczenie. Co zatem ty widzisz?
Podczas gdy optymiści zobaczą tam szklankę do połowy pełną, a pesymiści już w połowie pustą, osoby, które potrafią korzystać z okazji, po prostu wypiją tę wodę.
Pracując przez wiele lat z młodymi ludźmi, zdążyłem się nauczyć, że niewiele da się zrobić z połową tej szklanki. Można natomiast sprawdzić, co znajduje się niżej. Warto odkryć, co znajduje się w szklance twojego dziecka i pomóc mu wykorzystać to najlepiej, jak się da.**



Kiedy patrzę na swojego trzymiesięcznego syna zastanawiam się jaki będzie w przyszłości. Jak będzie wyglądał, jak będzie brzmiał tembr jego głosu, ale też, co go będzie interesować, jakie rozbudzi w sobie pasje, i który przedmiot w szkole będzie tym ulubionym, a który znienawidzonym.
Wszystko przed nami, jego mózg dopiero się rozwija, wciąż w szaleńczym tempie mnożą się w nim synapsy i połączenia. Z jego nastoletnią siostrą jest inaczej – już opuściła wiek, w którym mózg osiąga swą szczytową formę, plastyczność i elastyczność – jest teraz w fazie wielkiej przebudowy, o której czytałam w „Self-reg” Stuarta Shankera. Będąc na tym etapie rozwoju rzadziej, niż jeszcze 2 lata temu zaskakuje ona fantastycznymi pomysłami (miecz świetlny ze słoików i żarówki to był hit), ale też można już w przybliżeniu określić, czym być może będzie się zajmować w przyszłości, bo jej zdolności i zainteresowania są coraz wyraźniej ukierunkowane. Co nie oznacza oczywiście, że wszystko może się jeszcze zdarzyć.

W obu przypadkach rola rodzica jest bardzo istotna – u młodszego dziecka jest się przewodnikiem po świecie, w drugim objaśnia jego zawiłości. I w obu również rodzic odgrywa dużą rolę w rozwijaniu geniuszu swojego dziecka. Wszak najważniejszym i pierwszym nauczycielem wcale nie jest szkoła tylko najbliższe dziecku środowisko.

Podobno współczesne dzieci są o 40% bardziej inteligentne niż młodzi ludzie w 1950 roku, oszacowano, że obecnie przyjmujemy dziennie pięć razy więcej informacji niż w 1986 roku, a poza tym mamy do czynienia z ogromnym rozwojem technologii. Szerszy, szybszy i nieograniczony dostęp do wiedzy jest doskonałą pożywką dla rozwoju inteligencji. Mając takie możliwości, każdy z nas może być geniuszem. A już na pewno dziecko, którego mózg jest w stanie przyswoić znacznie więcej i efektywniej, niż u dorosłego. Ale czy świat potrzebuje samych geniuszy?

Takie właśnie zadałam sobie pytanie, zanim zapoznałam się z książką: „Czy moje dziecko musi być geniuszem?” Nie, nie musi. Ale chciałabym, aby było świadome swoich możliwości, by miało w sobie pasję do odkrywania świata w tej dziedzinie, w której ten świat go zachwyci, bądź zadziwi. I o tym właśnie jest „Psychologia geniuszu”. 

Dla mnie jest to książka bardzo w duchu rodzicielstwa bliskości i bardzo montessoriańska. Rodzic według niej ma być mentorem, ale jednocześnie podążać za dzieckiem, niczego nie przyspieszać, nie narzucać, nie naciskać i nie rozwiązywać za nie problemów (jeżeli potrafi dokonać to samo). Za to stymulować, rozwijać i kształtować w dziecku ciekawość i chęć nauki. Jednocześnie daje rodzicowi narzędzia, dzięki którym on sam może planować jak wprowadzić dziecko w świat doświadczeń, historii, obrazów, pomysłów i umiejętności, które pomogą odkryć w dziecku geniusza.

Ale kim właściwie jest geniusz? Otóż wcale nie alfą i omegą. Wszak znani geniusze (np. A. Einstein, W. Disney, S. Jobs) nie we wszystkich dziedzinach osiągali szczyty swoich możliwości. Ba! bywali nawet kiepskimi uczniami, niektórzy nawet nie skończyli szkoły. Ale fokusowanie na jednej pasji, na tym, w czym czuli się dobrze i co dawało im przyjemność, sprawiło, że w danej dziedzinie rozwinęło to ich geniusz.

Warto w dziecku pielęgnować ciekawość świata, cieszyć się z każdego „dlaczego”, pomagać mu dostrzegać różne aspekty jednego zjawiska, wzbudzić chęć do obserwacji, poszukiwania wielu rozwiązań i odpowiedzi na jedno pytanie, dyskutować i wspierać, kiedy w obliczu porażki iskra wiedzy zaczynie przygasać. Oraz kiedy Rex (część mózgu, która dba o przetrwanie, lubi proste rozwiązania i jest bardzo leniwa) zacznie dominować nad Albertem (druga część mózgu odpowiedzialna za nasz geniusz: odkrywcza, twórcza i ciekawska).

Autor miał rację, pisząc, że tę książkę nie powinno się czytać na jeden raz. Ja tak zrobiłam, ale wiem już, że będę do niej wracać jeszcze wielokrotnie, i że będzie mi towarzyszyć, kiedy moje dziecko będzie wkraczać w kolejne etapy swojego rozwoju.

Wspominałam o narzędziach, jakie daje ta książka rodzicowi. Oto i one: „pizza inteligencji” do własnego rozrysowania, „typy” geniuszy wraz z podpowiedziami, jak pomóc rozwijać ich koncentrację, techniki myślenia, sposoby na rozwijanie umiejętności podejmowania decyzji, praktyczna organizacja informacji (drabiny zrozumienia, Diagram Venna, notatki przy użyciu „pomocnej dłoni”), tabelki z listą pomysłów na doświadczenia, gry, zabawy i inne czynności (podzielona na grupy wiekowe), jakie warto zapewnić dziecku wspierając rozwój jego kreatywności. To oczywiście nie wszystko. Więcej można dowiedzieć się już z samej książki. Podobnie jak i to, co ma wspólnego pchła ze szklanym sufitem ;)

A najważniejsze przesłanie? Tylko ćwiczenie czyni mistrza, a nauka przede wszystkim powinna być dobrą zabawą.




Egzemplarz do recenzji przekazało wydawnictwo Mamania
________________________
*Sokrates

środa, 8 lutego 2017

Obietnica dzieciństwa* Elizabeth Kim - Mniej niż nic


Dyrektorka sierocińca powiedziała mi, że wyjeżdżam daleko do wspaniałego miejsca zwanego Ameryką i zamieszkam tam na zawsze z miłą rodziną. Kazała mi zawsze pamiętać, jakie miałam szczęście.**



To wcale nie jest tak, że Korea Północna jest be, a Korea Południowa cacy. Okazuje się bowiem, że życie na prowincji może być ciężkie po obu stronach linii demarkacyjnej. Ale i to nie wszystko, również wspaniała Ameryka, ten kraj spełniania marzeń, może okazać się piekłem na Ziemi. 

Jest sobie taki film noszący tytuł "Obietnica dzieciństwa" będący kontynuacją filmów "Tata, I love you" oraz "Dom nad Missisipi". Opowiada o pięciorgu polskiego rodzeństwa, które zostało wspaniałomyślnie zaadoptowane przez pewną amerykańską parę. Ich wyjazd do Ameryki miał być ogromną szansą: po pierwsze – zyskują nowych rodziców, którzy ich chcą, po drugie – bogata i syta Ameryka umożliwi im lepszy start w dorosłość. Właśnie on skojarzył mi się z biografią „Mniej niż nic”.

"Tata, I love you", czyli część I


Elizabeth Kim jest córką Koreanki z Południa. Jej matka żyła w konfucjańskiej wiosce, w której mężczyzna był bogiem. Kobiety miały być ciche, posłuszne, pracowite i rodzić synów. Jakikolwiek bunt lub choćby wyrażenie własnych poglądów były surowo karane, a za irracjonalne splamienie honoru rodziny można było nawet zapłacić życiem. Podobnie jak w talibańskim Afganistanie. 


"Kobieta była nieodwołalnie zhańbiona, jeśli popełniła któryś z chilgo chiak, czyli siedmiu zlych uczynków:

Nieposłuszeństwo wobec krewnych
Nieurodzenie synów
Okazywanie zazdrości
Przenoszenie dziedzicznej choroby
Gadatliwość
Kradzież

Mężczyzn takie zasady nie krępowały."


Omma zburzyła porządek uciekając z wioski do Seulu, gdzie poznała amerykańskiego żołnierza i zaszła z nim w ciążę. Amerykanin wyjechał jednak do swojego kraju i rodziny, a Omma z brzemiennym brzuchem wróciła do wioski. Wyklęta przez rodzinę i społeczność zamieszkała w lepiance, ciężko pracowała fizycznie i wychowywała córkę. Żyły biednie, ale miały siebie. Jednak wypędzenie na skraj wioski to nie koniec kary za splamienie honoru rodziny. Ten mogła uratować tylko brutalna śmierć nieposłusznej krewnej. 

Bękart, nieczysta córka Ommy – Elizabeth trafiła najpierw do koreańskiego sierocińca. Umieralni, smutnego miejsca, w którym dzieci wegetują do czasu znalezienia nowej rodziny lub… śmierci. I nagle zdarza się to szczęście – amerykańskie małżeństwo misjonarzy postanawia zaadoptować jedno koreańskie dziecko. Taka szansa! Jak w bajce. Tyle tylko, że bajki najczęściej w tym miejscu mają happy end. A w przypadku Elizabeth z chwilą przylotu do USA zaczyna się jej gehenna.

I właśnie o niej opowiada autorka. O nienormalności, która była traktowana jako norma. O pokoleniowej dominacji, poniżaniu i umiłowaniu cierpienia. O tym, że chrześcijańscy fundamentaliści widzieli świat tylko przez pryzmat grzechu, że wszystko było albo dobre, albo złe. Przy czym najczęściej za coś trzeba było odpokutować. Że adopcja, to nie zawsze dla dziecka szczęśliwy los, że to jak jesteśmy traktowani w wieku, kiedy jesteśmy najbardziej bezbronni – rzutuje na to, jak układamy sobie dorosłe życie. Ale w ogromnej części jest też oceanem tęsknoty i hołdem miłości dla Ommy - biologicznej, koreańskiej mamy. I chociaż historia życia Elizabeth jest ogromnie przygnębiająca, to jej ton zaskakuje łagodnością i spokojem. Mimo wszystko nie czytajcie tej książki, kiedy jesteście smutni.


4/6
______________________
* zaczerpnięte z ww. filmu
** Elizabeth Kim, Mniej niż nic [Ten Thousand Sorrows, przekł. z ang. Danuta Górska]; wyd. Świat Książki 2002

wtorek, 7 lutego 2017

Tam, gdzie mata jest walutą. J.M.G. Le Clézio, Raga. Ujrzałem niewidzialny kontynent


O Afryce mówi się, że to kontynent zapomniany.
Oceania jest kontynentem niewidzialnym.
Niewidzialnym, gdyż podróżnicy, którzy po raz pierwszy przybyli w tamte strony, nie dostrzegli go. A i dzisiaj jest jedynie miejscem tranzytu, bez znaczenia na arenie międzynarodowej, poniekąd nie istnieje.*



Niczego nie spodziewałam się po tej książce. Nic również sobie nie wyobrażałam przed lekturą. Nie znałam twórczości J. M. G. Le Clézio, a książka przeleżała na półce dobre 2 lata. W styczniu trafiła na stos rocznego wyzwania, a ponieważ autor jest Noblistą z 2008 roku postanowiłam zacząć od niej. Nie będę czarować i przyznam też, że znaczenie miała jej chudość (zaledwie 124 strony), idealna do ręki podczas zabijania czasu przy karmieniu piersią.

Jak na pierwszą książkę w roku – trafiłam nieźle. „Raga” będąca podróżniczo-etnograficzno-antropologiczną opowieścią zabrała mnie do przedziwnego państwa, w którym środkiem płatniczym bywają wyplatane maty, ludzie często mieszkają w szałasach z gałęzi i liści, skręcone zęby świń są rodzinną lokatą, bezładne „ogrody” mogą kryć się w najmniej oczekiwanym miejscu w lesie, ziemia nie jest własnością, ale odzwierciedla mistyczne porozumienie między żyjącymi na niej ludźmi i duchami ich przodków, a stare mity mieszają się ze świeżą historią.

To państwo to Republika Vanuatu, archipelag Oceanii, który do uzyskania niepodległości w 1980 roku nosił nazwę Nowe Hebrydy. Historia wysp jest ciekawa i straszna jednocześnie. Łączy się z odkryciami geograficznymi, które rozpalały wyobraźnię Europejczyków, a zatem również z kolonializmem i niewolnictwem. Miesza tradycję, mity i chrześcijaństwo, kusi egzotyką i zaskakuje prostotą życia daleką od pogoni za monetarną wartością portfela.

Le Clézio dużo miejsca poświęca rozważaniom na temat odrodzenia się, a raczej obudzenia tradycji i zwyczajów ludów zamieszkujących oceaniczne wyspy? Czy po wiekach zależności i kolonialnego nadzoru, wyspy Oceanii będąc już autonomicznymi państwami poradzą sobie w nowej rzeczywistości? Czy rozwinie się między nimi kulturalne, polityczne i ekonomiczne porozumienie? Oraz czy zdołają uchronić się przed współczesną kolonizacją, jaką bywa agresywny przemysł turystyczny

Miałam taki zamiar, że po przeczytaniu książka trafi na stos książek do wydania lub wymiany. Na razie się wstrzymam – niech jeszcze postoi na półce. Może jeszcze kiedyś do niej wrócę?

5/6
______________________________
* J.M.G. Le Clézio, Raga. Ujrzałem niewidzialny kontynent (przekł. z franc.  Zofia Kozimor), wyd. PIW 2009

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Tyle książek, że o matko!



Nosiła w sobie życie i odnajdywała w sobie tyle sił, o których istnieniu nie miała nawet pojęcia. Jej ciało przygotowywało się do porodu. Skóra pod wpływem wzrostu Lu z każdym dniem rozciągała się i napinała. Małe jeszcze niedawno piersi stawały się pełne. – Jestem większa i mocniejsza, zamieniam się w warownię – żartowała. Moja córka wyjdzie z potężnej twierdzy.

Okres ciąży i poród już za mną, przede mną bardzo fascynujący czas obserwacji rozwoju własnego potomka i wspólnych chwil. Nie spodziewałam się, że to będzie taki wspaniały czas. Idealizuję? Bynajmniej! Są okresy trudniejsze, kiedy płacz młodzieńca powoduje, że w uszach mam stopery, kiedy bywam niewyspana, a on akurat w tej właśnie chwili postanawia być aktywny. Wtedy czasem sobie uświadamiam, że takiej wolności, jak przed ciążą nie będę miała jeszcze przez jakieś kilkanaście lat i że moje potrzeby w wielu przypadkach będą musiały ustąpić potrzebom mojego dziecka. Przyjmuję to wszystko z dużą dozą spokoju. Jednocześnie jestem zdumiona, że potrafię wydobyć z siebie aż takie tego pokłady. Książki to wiedza, wiedza to informacje, a informacje to dużo odpowiedzi na znaki zapytania.


Oto okołomacierzyńskie książki, z którymi się do tej pory zapoznałam. Posegregowałam je nie w kolejności czytania, ale tematycznie. Większość z nich ma własne szersze recenzje na blogu, które podlinkowałam. Postanowiłam jednak zebrać je wszystkie skrótowo w jednym miejscu A zatem: 


CIĄŻA

Heidi Murkoff, W oczekiwaniu na dziecko; wyd. Rebis 2015 (dodruk w nowym tłumaczeniu)

Ta książka jest jak najpopularniejsze nocne koszule do karmienia. Producenci takich koszul zakładają, że kobieta w ciąży i zaraz po porodzie przestaje być dorosła i nagle wraz z narodzonym dzieckiem staje się małą dziewczynką. Inafantylizują przez aplikacje i nadruki z żyrafkami, słonikami, kotkami i serduszkami. Jednocześnie, dzięki rozpięciom, guzikom lub suwakom umieszczonych w strategicznym miejscu nie można odmówić takim koszulom funkcjonalności i użyteczności. Jednak jeżeli kogoś taka bajkowo-dziecinna stylizacja odrzuca to trzeba sporo się naszukać, aby znaleźć coś, co będzie kobiece lub neutralne i jednocześnie spełni wymogi karmiącej matki.
I właśnie taka jest ta książka: autorka (a może tylko twórca polskiego przekładu?) zwraca się do odbiorcy, jak do małego dziecka, często do niego „ciumkając” jak do niemowlaka. I chociaż bardzo mnie to wielokrotnie irytowało, to na obronę tej książki wskażę jej użyteczność. Czytałam ją co tydzień, aby dowiedzieć się co właśnie wydarzyło się u mojego In statu nascendi dziecka i co wydarzy się w kolejnym tygodniu, czego mogę się spodziewać, w kontekście zmian mojego ciała, samopoczucia i na co zwracać uwagę. Przebolałam zatem te książkowe infatylizmy, wystarczy, że zakupiłam bardziej dorosłe koszule do karmienia ;)



Tę książkę można określić zwrotem: „jak urodzić i nie zbankrutować”. Prawda jest taka, że najbardziej podatnymi na emocjonalne reklamy są właściciele psów i kotów oraz rodzice (szczególnie ci, którzy właśnie oczekują narodzin). Rynek potrafi zaproponować pierdyliard niezbędnych rzeczy, dzięki którym Twoje dziecko będzie mądre, szczęśliwe, zabawione, nakarmione itd. A Ty, dzięki temu, że je zakupisz nie będziesz wyrodnym rodzicem. Tylko czy dziecko naprawdę potrzebuje tego wszystkiego, co można znaleźć w sklepach? I czy czasem nie można tego zastąpić czymś, co mamy już w domu? A może zamiast kupić możemy to zrobić sami lub pożyczyć od rodziny lub znajomych? Bardzo rozsądna książka, która zwraca uwagę na to, że klientem może być płód w macicy.


Michalina Wisłocka, Sztuka kochania. Witamina „M”, wyd. ISKRY 1991
A to taka ciekawostka „historyczna”. Autorka „Sztuki kochania” napisała również książkę poświęconą ciąży i macierzyństwu. W czasach młodości naszych mam, kiedy nie było Internetu, a dostępność wiedzy i świadomości biologii własnego ciała była mniejsza – Wisłocka objaśniała młodym kobietom zawiłości w sferze seksu i własnej płodności. Pisała jednak książki nie jako uczona pani doktor, ale jak starsza doświadczona koleżanka, czy sąsiadka. Jej książki charakteryzuje swojski język. Tutaj szerzej się uśmiecham, bo w „Witaminie M” uczy nie tylko tego, jak prawidłowo zakłada się prezerwatywę (to w rozdziale o niepożądanej ciąży), ale opowiada też o zagranicznych nowinkach w szpitalach położniczych (wanna i worek sako w sali porodowej, system rooming-in, możliwość odwiedzin przez najbliższych). Ta książka to fajna wycieczka w przeszłość, bowiem wiele rzeczy opisanych przez Wisłocką jest teraz albo niewymagające objaśniania albo już zwyczajnym standardem.




PORÓD



Czy poród to naprawdę coś, czego trzeba się bać? Z własnego doświadczenia powiem, że wszystko zależy od tego, co mamy w głowie. A pozytywny stosunek do tego wydarzenia, jeszcze zanim stało się faktem umożliwiły mi te dwie książki. Obie opisują poród jako coś pięknego, na co powinno się czekać z radością, wydarzenie, które rzutuje na całym dalszym życiu. Afirmacja tych kilku godzin rzeczywiście sprawiła, że strach ustąpił miejsca ciekawości, dzięki czemu mój (dodajmy bardzo aktywny) poród, to coś, co sprawiło, że czuję się silniejsza i z siebie dumna. I tak – bolało jak cholera, ale prawda jest taka, że o tym (jedynym fizjologicznym) bólu naprawdę zapomina się szybko.


Frederick Leboyer, Narodziny bez przemocy; wyd. Mamania 2012



Natomiast książka Fredericka Leboyera przedstawia poród z punktu widzenia już nie kobiety, ale właśnie rodzącego się dziecka. Przekonuje, że tę małą osobę poród również może boleć, i że można sprawić, aby te pierwsze chwile nie były dla niego szokiem, kiedy opuszcza ciepłą i bezpieczną macicę. Jak tego dokonać? Odpowiedź jest w książce ;)







DZIECKO

Tracy Hogg, Język niemowląt



Biblia wielu rodziców, która dla mnie wydała się książką dosyć przeciętną. Przeczytałam ją po usilnych namowach przez Pana R. Nie wydała mi się zbyt odkrywcza, być może dlatego, że zabrałam się za nią będąc już dwa tygodnie po porodzie i pewne rzeczy, o których napisała Tracy Hogg wprowadziłam sama kierując się intuicją. A ponieważ autorka jest zwolenniczką szybkiego usamodzielniana się niemowlaka (np. trening snu) niezbyt trafiła w moją wizję rodzicielstwa.
A propos - polecam lekturę analizy książki na blogu wymagające.pl





Magarita Klein – Dlaczego niemowlęta płaczą? Sprawdzone sposoby na uspokojenie, wyd. Klub dla Ciebie 2009




Niezbyt gruba książeczka (zaledwie 94 stron, format mniejszy niż A5), którą przeczytałam kilka dni przed porodem. Napisana przystępnym, rozsądnym językiem i zaskakująco przydatna, bowiem poukładała mi w głowie trochę rzeczy i już na wstępie nauczyła odpowiedniego reagowania na płacz niemowlęcia.  Zawiera mini leksykon sygnałów wysyłanych płaczem przez dziecko oraz odpowiedź jak na nie reagować i jak uspokajać dziecko. W odróżnieniu do Tracy Hogg – ta niemiecka położna reprezentuje raczej rodzicielstwo bliskości, pisze o emocjonalnej równowadze, magii dotyku i o tym, że stała harmonia (pomimo naszych chęci) nie zawsze jest możliwa.




Gill Rapley, Tracey Murkett, Po prostu piersią. Jak dobrze rozpocząć, ominąć trudności i karmić naturalnie; wyd. Mamania 2015





W obszerniejszej recenzji pokusiłam się o określenie jej per biblia o laktacji. Liczyłam, że po spotkaniu (na szkole rodzenia) z doradcą laktacyjnym i dzięki zdobytej po lekturze tej książki wiedzy uda mi się bez problemów rozkręcić trudną na początku laktację. I rzeczywiście się udało. Wiedziałam też, czego mogę się spodziewać, na jakie trafić problemy i jak im zaradzić. A poza tym, jako kompletna i zielona w tym temacie debiutantka nie przeraziłam się, że… kupa mojego dziecka w przeciągu trzech dni trzy razy zmieniła kolor ;)





MACIERZYŃSTWO

Małgorzata Łukowiak, Projekt Matka. Niepowieść; wyd. Świat Książki
Joanna Woźniczko-Czeczott, Macierzyństwo non-fiction. Relacja z przewrotu domowego; wyd. Czarne


A na koniec coś na odprężenie, czyli wiedz matko, że wychowawcza orka nie jest tylko domeną twojego poletka. W którejś klasie nauczania początkowego w podstawówce na Dzień Matki deklamowaliśmy fragmenty tekstu z książeczki „Ile zawodów ma mama?”. Właśnie o tym traktują polskie (nie)powieści. Autorki na własnych przykładach opisują trudną codzienność, kiedy kobieta staje się matką i zaczyna się jej logistyczna gimnastyka. To książki trochę humorystyczne, ale i bardzo realistyczne. Ku przestrodze, że macierzyństwo to nie sam lukier, ale i ku pokrzepieniu serc, że życie z małym, wymagającym troski człowiekiem to nie są same gorzkie chwile.







To zaś międzykontynentalna ciekawostka. Podczas lektury można powzdychać do organizacji i funkcjonowania paryskich żłóbków, podnieść do góry brwi przy tekstach o nadmiernej opiece amerykańskich rodziców i porównać postrzeganie ciąży, porodu i karmienia piersią w Polsce i pozostałych obu krajach. Fajny obiekt porównawczy gdyby się zastanowić, które metody można by wziąć od Amerykanek, a które od Francuzek.






A teraz Drogie Mamy (in statu nascendi również) opowiedzcie o swoich okołomacierzyńskich lekturach :) Które tytuły polecacie?



środa, 25 stycznia 2017

Jackoteka: Eryl Norris i Andy Mansfeld - Kto się kryje w lesie?


Lada moment będę odhaczać kolejny skończony miesiąc życia mojego syna, a w międzyczasie zapisuję kolejne tytuły książek, które w niedalekiej przyszłości będziemy czytać razem. Póki co wyciągnęłam z półki dwie stare książeczki z wierszami Jana Brzechwy i ilustracjami Franciszki Themerson. I czytam o Katarzynie, która miała katar, o Kaczce dziwaczce, o tym jak tańcowała igła z nitką… Jacenty słucha uważnie, robi wielkie oczy, a czasem się uśmiecha i artykułuje niemowlęce dźwięki. Wprawdzie to nie na treść tak reaguje, ale na moją żywą intonację, ale i tak sprawia mi to sporo frajdy.

A jeszcze lepiej będzie, kiedy z książką usiądziemy razem. Na początek, aby sprostać umiejętnościom wciąż rozwijającego się mózgu – będzie dużo obrazków, a mało treści. W tej kategorii świetnie wpisywać się będzie najnowsza książeczka typu pop-up z wydawnictwa Mamania „Kto się kryje w lesie?”.


Na kilku kartach opowiedziana jest historia leśnego stworzenia, które sieje postrach przed sową, niedźwiedziem, nietoperzem, jeleniem, a nawet wilkiem. Kim jest owe licho? Odpowiedź jest zaskakująca ;)


To co mnie w tej książeczce urzeka najbardziej to efektowny minimalizm. Na kolejnych stronach utrzymanych w oszczędnych barwach (czerń, szary, biały i żółty) wyskakują piękne przestrzenne wycinanki zwierząt.




Dedykowana jest dla dzieci w przedziale wiekowym 3+. Dodam, że koniecznie w obecności rodzica – byłoby bowiem szkoda, aby taka piękna książeczka szybko skończyła żywot w ciekawskich rączkach latorośli. I bynajmniej nie jest to jej minus, bo dzięki temu wymusza wspólne spędzenie czasu z rodzicem. A tego dzieciom potrzeba najbardziej. Nie tylko pięknych rzeczy. 


____________________
Egzemplarz przekazało wydawnictwo Mamania


niedziela, 22 stycznia 2017

Varia: Nagrody literackie grudzień 2016 i styczeń 2017


Blogowe podsumowanie roku już się pojawiło, ale oczywiście nie zapominam o podsumowaniu grudnia pod kątem nagród literackich. Ponieważ w styczniu jest tylko jedna nagroda (swoją drogą już ogłoszona) – pod koniec wspomnę jeszcze i o niej.

Oto laureaci poszczególnych nagród:

Pióro Długosza na Najlepszą Książkę Roku 2016: Wydawnictwo Karakter za Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast Filipa Springera.




Nagroda PS IBBY:
Kategoria graficzna:


Nagroda graficzna za ilustracje 2016: Agata Dudek, Małgorzata Nowak, Daję słowo. Wędrówki po języku i literaturze

Wyróżnienie graficzne 2016:
w kategorii książka obrazkowa: Monika Hanulak, Grażka Lange (tekst i ilustracje), Wytwórnik. Kalendarz 2017
w kategorii ilustracje:
- Wojciech Pawliński, Legendy warszawskie. Antologia
- Joanna Czaplewska, Katja Widelska, Trzy, dwa, raz, Günter Gras
- Wyróżnienie graficzne 2016: Maria Dek, Czary na Białym


Kategoria literacka:


Nagroda literacka za książkę dla dzieci 2016: Marcin Szczygielski, Klątwa dziewiątych urodzin
Nagroda literacka za książkę dla młodzieży 2016: Joanna Fabicka, Rutka

Wyróżnienia literackie 2016:
- Grażyna Bąkiewicz, Mówcie mi Bezprym. (Wydawnictwo Literatura)
- Jarosław Mikołajewski, Wędrówka Nabu (Austeria)
- Anna Onichimowska, Prawie się nie boję… (Ezop)
- Dorota Suwalska, Czarne jeziora (Nasza Księgarnia)
- Marcin Szczygielski, Teatr Niewidzialnych Dzieci, (Instytut Wydawniczy Latarnik)


Nagroda za upowszechnianie czytelnictwa: Beata Jewiarz, dziennikarka radiowa, prowadząca autorski program Niedzielny Poranek w rozgłośni RDC, w którym podejmuje problemy z obszaru literatury, kultury dla dzieci i młodzieży, edukacji oraz rodzicielstwa (cytat za PS IBBY).




Nagroda Skrzydła Dedala przyznawana przez Bibliotekę Narodową: ex aequo Marta Kwaśnicka za książkę Jadwiga i Renata Lis za książkę W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu.





Nagroda Moczarskiego: Andrzej Nowak za książkę  Pierwsza zdrada Zachodu. 1920 – zapomniany appeasement (Wydawnictwo Literackie)




Nagroda Identitas w dziedzinie humanistyki i literatury pięknej: Jarosław Marek Rymkiewicz za tom poezji „Koniec lata w zdziczałym ogrodzie” (wyd. Sic!)


Oraz nagroda styczniowa - Paszporty Polityki 2016 w kategorii Literatura: Natalia Fiedorczuk-Cieślak za książkę „Jak pokochać centra handlowe”





Wydarzenia inne:

- 7. grudnia świętowano 20-lecie Nagrody Nobla w dziedzinie literatury, którą ówcześnie otrzymała Wisława Szymborska 
- 19. grudnia zainaugurowano obchody Roku Josepha Conrada. W 2017 r. w grudniu minie 160-lecie urodzin pisarza.

(skopiowane ze strony wirtualnywydawca.pl)


Moja domowa biblioteczka została gruntownie przejrzana i oto proszę: W. Szymborska i J. Conrad :) "Lord Jim" jest na liście mojego rocznego wyzwania, pozostałe dwie - jak czas pozwoli też się przeczytają ;)
Macie swoje ulubione tomiki poetki i książki pisarza? :)



piątek, 20 stycznia 2017

Co było w 2016 i będzie w 2017? - czytelnicze podsumowanie roku


Witajcie w 2017 roku! Skoro mamy już drugą połowę stycznia, to już naprawdę dobra chwila, aby podsumować miniony rok. A działo się w nim sporo. Tym razem jednak mniej czytelniczo, a bardziej osobiście, bo listopad powitał na świecie mojego syna. I w związku z tym na Czytelniczym pojawił się nowy cykl „Jackoteka”, który będzie pojawiał się również w tym roku i nieco ubogaci blog w literaturę dziecięcą. Będą pojawiać się również książki okołorodzicielskie, ale bez obaw - blog nie zamieni się w twór szalonej mamuśki ;)

Ale wróćmy jeszcze na chwilę do roku poprzedniego. Moja statystyka tym razem szczególnie mnie nie zachwyca: przeczytałam 56 książek i opublikowałam na blogu 63 posty, co jest dużym spadkiem w stosunku do roku 2015 (70 książek i 115 wpisów). Co oczywiście nie wyklucza wśród nich interesujących i wciągających książek. 

Moją książką 2016 roku (tak jak słusznie przewidywałam już po jej lekturze) jest książka Åsne Seierstad – Jeden z nas. Opowieść o Norwegii.


To była naprawdę świetnie napisana, mocna opowieść dokumentalna. A ja przy okazji wraz z Google Street View "objechałam" pół Norwegii i nabrałam apetytu na wycieczkę do krainy fiordów.




Blisko podium znalazł się również Top Ten (kolejność przypadkowa):


Jenny Nordberg - Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie (recenzja niebawem)


Jak widać – całkiem sporo ciekawych lektur, które utwierdzają mnie w tym, że reportaże i książki z elementami dokumentalnymi należą do moich ulubionych gatunków.
Niestety w tymże gatunku znalazło się rozczarowanie roku. Tym bardziej dotkliwe, że książka wyszła nakładem wydawnictwa Czarne, który w serii reportażowej aż do tej książki jeszcze nigdy mnie nie rozczarowało. Jedną z najniższych not nie tylko w tym roku, a w ogóle na blogu otrzymała książka Jeana Rolina "I ktoś rzucił za nim zdechłego psa".




I jeszcze coś, co opóźniło mój wpis aż do drugiej połowy stycznia (gdyż nie mogłam się zdecydować na konkretne tytuły) – stosik rocznych wyzwań. Jest on dla mnie w tym roku o tyle istotny, że z powodu braku czasu będzie niezłą motywacją, aby przy odhaczaniu kolejnych filmów z domowej filmotekowej półki nie zapominać jednak o książkach. 
Podobnie jak w zeszłym roku, część nieprzeczytanych książek ze stosiku 2016 (4 sztuki z samego dołu) przechodzą na ten rok.  Tutaj jestem uparta szczególnie na „Imię róży” Umberto Eco, z którą to książką robiłam już dwa podejścia. Może trzecie będzie owocne ;)

Recenzje przeczytanych książek ze stosika 2016 (od góry) znajdują się pod poniższymi linkami:



A oto wybór na tegoroczny stosik:
J. M. G. Le Clézio - Raga. Ujrzałem niewidzialny cień
Pentii Haanpӓӓ – Pomysł gubernatora
Milan Kundera – Święto nieistotności
Kurt Vonnegut – Śniadanie mistrzów
Jospeh Conrad – Lord Jim
Dorota Combrzyńska-Nogala – Wytwórnia wód gazowanych
Jacek Dehnel – Młodszy księgowy
Joanna Bator – Wyspa Łza
Joseph Heller – Paragraf 22
Joyce Carol Oates – Oni
Robert Graves – Ja, Klaudiusz
Umberto Eco – Imię róży


I tak to właśnie wygląda :) A co tam słychać u Was? :)

piątek, 30 grudnia 2016

Nowojorska niewiadoma. Sara Donati – Złota godzina


Zawsze dziwnie się czuła, kiedy coś przypominało jej, jak blisko ta najgorsza część miasta znajdowała się od domu, w którym się wychowywała, i okolicy, którą doskonale znała i w której czuła się bezpiecznie bez względu na porę dnia. To miasto było jak dobrze przetasowana talia kart: w każdym rogu można było spotkać równie dobrze zgubę, jak i ratunek.*



Na koniec roku trafiła mi się książka, wobec której trudno mi się określić, czy ostateczne mi się podobała, czy może jednak nie. I właściwie dlaczego trapi mnie taki znak zapytania?

Nowy Jork, rok 1883. Próżno tu szukać budynków sięgających nieba i żółtych taksówek. Po pokrytych brukiem ulicach jeżdżą dorożki, kobiety noszą długie, obszerne suknie, właśnie dla ruchu otwiera się niedawno ukończony Most Brookliński, a postawienie Statuy Wolności jest dopiero w planach. 

To również czas, kiedy kobietom jest naprawdę trudno: antykoncepcja i aborcja jest zakazana, a wszelkie nimi zainteresowanie grozi sankcjami karnymi. Kobiety, które zajdą w ciążę – muszą urodzić. Nawet za cenę własnego zdrowia lub życia. A nawet jeżeli tylko zainteresują się pokątnie przemycanymi informacjami dotyczącymi antykoncepcji, mogą nadziać się na podstęp Anthony’ego Comstocka, inspektora pocztowego i jednocześnie sekretarza Towarzystwa na Rzecz Walki z Występkiem.

Po drugiej stronie są kuzynki Sophie i Anna Savard. Obie są lekarkami, a ta profesja wykonywana przez kobiety nie jest jeszcze zbyt powszechna, ani nawet szczególnie poważana przez większą część męskiego świata lekarzy, jak również pacjentów. Ale to one są świadkami tego, jak bardzo kobiety cierpią przez zakazy w sferze prokreacji. One przyjmują kolejne porody i przynoszą pomoc w przypadku źle, niechlujnie i pokątnie dokonywanych aborcji. A te nie są wcale rzadkością. Wiedzą też, że każda edukacja, którą kierują do zainteresowanych kobiet jak zabezpieczyć się przed ciążą, w przypadku donosu - może je zaprowadzić na salę sądową w roli oskarżonych o szerzenie występku i nieobyczajności. Tymczasem w mieście pojawiają się kolejne martwe ofiary bestialsko dokonanych aborcji. I co gorsza – wszystko wskazuje na to, że ich autorem może być jedna osoba…

Tyle, jeżeli chodzi o zarys fabuły. A ta w trakcie czytania ewoluuje. Zaczyna się jako powieść społeczna opisująca zderzenie bogatego nowojorskiego świata z biedotą poupychaną w zatęchłych, zagrzybionych i przeludnionych kamienicach. Miasto jest narodowościowym tyglem, w którym mieszają się języki świata, napływają kolejne rzesze imigrantów, których dziesiątkują choroby zakaźne, a sierocińce pękają w szwach. Kobiety-lekarze muszą co krok udowadniać, że są godne wykonywanej profesji, a seksualność jest tematem tabu.

Następnie powieść przechodzi w obyczajówkę z elementami romansu. Obie kuzynki biorą pod swoje skrzydła parę włoskich sierot, ale i znajdują miłości swojego życia, snują plany na przyszłość, pojawiają się zaręczyny i śluby. Ale już w międzyczasie rozwija się niezły kryminał, bo oto sierżant Mezzanotte, mąż jednej z bohaterek zajmuje się tajemniczą sprawą śmiertelnych aborcji, które noszą znamiona ewidentnych morderstw, a modus operandi każe myśleć, że ktoś dokonuje ich naumyślnie.

Przyznaję, że wątek kryminalny jest w tej powieści najciekawszy. Chociaż i samo nakreślenie sytuacji kobiet pod koniec XIX wieku zabrzmiało groźne, bo okazuje się, że współczesność chyba chciałaby na tym polu wrócić do przeszłości. W zasadzie to było ciekawe, kiedy mieszały się różne wątki. Ale to również zabójstwo dla tej książki. Odniosłam bowiem wrażenie, że autorka chciała zawrzeć dużo więcej, niż zdołała napisać. I chyba nie do końca zdecydowała, który wątek będzie tym głównym. W efekcie czego zakończenie książki pozostawiło mnie z pytaniami, na które nie otrzymałam odpowiedzi, bo wątki wydają się urwane. Nie uzyskałam też odpowiedzi, do czego odwołuje się tytuł powieści. Nawet zastanawiałam się, czy to nie jest czasem tylko pierwszy tom większej historycznej sagi…  Ale nie, nic takiego nigdzie nie znalazłam. A może źle szukałam…?

Na obronę „Złotej godziny” muszę przyznać, że czytało się ją naprawdę dobrze. Może miejscami była napisana zbyt naiwnie, ale im dalej w fabułę, tym bardziej wsiąkałam w atmosferę XIX wiecznego Nowego Jorku. W wyobraźni słyszałam stukot kół dorożek po kocich łbach, widziałam kobiety w zabudowanych, czarnych i długich do kostek sukniach i wieczorne ulice oświetlone gazowymi lampami, czułam zapach stęchlizny w dzielnicach biedy, które odwiedzały lekarki i smak włoskiego jedzenia w domu rodziny Mezzanotte. Tyle tylko, że nie wiem, co właściwie było tym głównym wątkiem. I właśnie tej niewiadomej mi żal…


3/6
__________________________
*Sara Donati – Złota godzina [The Gilded Hour]; Wydawnictwo Kobiece 2016
Egzemplarz recenzencki przekazało Booksenso

piątek, 23 grudnia 2016

Jackoteka: Książeczki kontrastowe, Oczami maluszka


Kupowaliście ostatnio jakieś zabawki dla noworodków? Jeśli tak, to prawdopodobnie zauważyliście, że działy wyprawek dla dzieci są teraz pełne przedmiotów o wyraźnych czarno-białych deseniach – pluszowych zwierzątek, sznurków z zabawkami do zawieszania w kołyskach, wózkach i łóżeczkach, kocyków, poduszek i tak dalej. Producenci zrozumieli wreszcie, co może widzieć noworodek, a czego nie. Te ostro kontrastujące ze sobą ascetyczne wzory są nie tylko najlepsze ze względu na ograniczoną ostrość wzroku noworodków, ale również dlatego, że w pierwszych tygodniach życia widzenie barw jest bardzo kiepskie. (…) Przyczyn tego jest wiele, ale najważniejszą jest znana nam już niedojrzałość siatkówki, która ogranicza ostrość wzroku, ponieważ czopki wykrywające barwy są, podobnie jak te, które wykrywają szczegóły, grube i rzadko rozmieszczone. W miarę wydłużania się i zagęszczania w dołku środkowym wychwytują światło coraz lepiej. A zatem zdolność widzenia barw zwiększa się wraz z dojrzewaniem czopków.
(Lise Eliot, „Co tam się dzieje? Jak rozwija się mózg i umysł w pierwszych pięciu latach życia, wyd. Media Rodzina 2010)


Dopóki potomek nie był w drodze, czyli dopóki nie szykowałam się do roli mamy o dzieciach, a tym bardziej o noworodkach wiedziałam mało, żeby nie powiedzieć wcale. Ba! nigdy nie trzymałam noworodka na rękach – Jacek to mój debiut. A zatem dużo zdaję się na intuicję, nieco improwizuję, ale sporo też czytam mądrzejszych ode mnie. 

I tak na ten przykład dowiedziałam się, że noworodki w pierwszych dniach widzą świat… do góry nogami ;) A poza tym ten świat jest nieostry i dość słabo widoczny. Najlepiej widoczny na odległość od twarzy mamy, a już góra w odległości 20-30 cm. Jacuś status noworodka porzucił wraz z końcem listopada. Mimo to jako niemowlak wciąż widzi dość słabo. Trzeba więc mu pomóc w rozwijaniu jego wzroku i mózgu. 

Na początku w ramach kontrastów występowały: kocia poduszka z IKEA, osobisty lemur Jacka i pożyczona łaciata szmatka krówka – głównie podczas leżakowania na brzuszku. Ale i aktywizacji na plecach również. A uwagę od przewijania (czego młodzież nie lubi) odwracają obrazki, które stworzyłam z kształtów dostępnych Wordzie. 




A teraz w ramach świątecznego prezentu od jednej z cioć doszły bonusy w postaci książeczek kontrastowych oraz kart z serii „Oczami maluszka”.


To fantastyczna sprawa obserwować takiego malucha, który nagle zauważa coś, co jest dla niego widoczne: oczy robią się wielkie jak spodki, a usta tworzą coś na kształt bezgłośnego „woooow!” :) A teraz, kiedy Jacenty po kolejnym skoku rozwojowym nabył nowych umiejętności – dodatkowo wodzi za tymi obrazkami, kiedy przed oczami przesuwam je po łuku. I tak sobie „czytamy” pierwsze książeczki. No bo wiecie: Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci ;)


W ramach świątecznej edukacji Jacenty uczy się, jak wygląda choinka. Dlatego tym razem przy życzeniach nie będzie drzewka zielonego, a czarne ;)


Zatem Drodzy Czytelnicy Czytelniczego, życzę Wam wszystkiego dobrego na święta, dużo świętego spokoju, miłej atmosfery, czasu na lenistwo z książką i prezentów pod (niekoniecznie czarną) choinką :) 


______________________________
Książeczki kontrastowe, wyd. Wilga - Grupa Wydawnicza Foksal

niedziela, 18 grudnia 2016

"I'm Not a Girl, Not Yet a Woman"* Adele Faber, Elaine Mazlish – Jak mówić do nastolatków, żeby nas słuchały. Jak słuchać żeby z nami rozmawiały


Nie możecie ich ochronić przed wszystkimi niebezpieczeństwami dzisiejszego świata czy oszczędzić im emocjonalnej burzy okresu dojrzewania, czy odciąć od popkultury, która ich bombarduje szkodliwymi przekazami. Ale jeśli potraficie stworzyć w waszych domach taki klimat, aby dzieci czuły, że mogą swobodnie wyrazić swoje uczucia, to istnieje duża szansa, że będą też bardziej skłonne wysłuchać, co wy czujecie. Że będą w stanie rozważyć punkt widzenia dorosłych oraz zaakceptować wprowadzone przez was ograniczenia. Istnieje też większe prawdopodobieństwo, że wasze wartości będą dla nich ochroną.**

Recenzja Self-Reg pod tym linkiem
Mózg nastolatka jeszcze czeka na półce ;)


Jestem obecnie na bardzo ciekawym etapie życia. Mogę teraz dużo obserwować i uczyć się więcej o ludzkim mózgu. I nie! Nie zostałam nagle psychologiem, psychiatrą tudzież neurologiem. Jestem od 1,5 miesiąca matką niemowlaka i od kilku lat macochą dla nastoletniej już pasierbicy. Trzeba przyznać, że to bardzo duży rozrzut wiekowy i zupełnie inna dojrzałość emocjonalna. I obie te osobowości, uwzględniając wiek, trzeba poznać, aby je zrozumieć i przetłumaczyć sobie ich zachowania na język dorosły. 

Prawda jest taka, że ze swojego okresu niemowlęcego nie pamiętamy nic a nic. Konstrukcja i możliwości mózgu powodują, że na tym etapie nie przechowuje on danych dla długookresowej pamięci. Jesteśmy pozbawieni wspomnień aż do 3 roku życia. Ponieważ nie ma możliwości czerpać z własnych doświadczeń, właśnie dlatego tak trudno czasem zrozumieć niemowlę. Inaczej jest z wiekiem nastoletnim. O tak! Z tego okresu możemy przypomnieć sobie całe mnóstwo chwil, które przeżyliśmy. Prosta z tego konkluzja, że będąc rodzicem nastolatka – jego wychowywanie powinno być pestką, niczym trudnym, pasmem – ba! wręcz autostradą samych sukcesów. Skąd zatem bierze się popularność powiedzenia „małe dzieci – mały kłopot, duże dzieci – duży kłopot”?

Mamy pewne ugruntowane wymagania, jak dziecko powinno się zachować. Jest to suma tego, czego wymagali rodzice od nas, tego, jakimi nastolatkami byliśmy oraz… ile spokoju chcielibyśmy mieć, mając w domu nastolatka. Ciekawa mieszanka, która często nijak się ma do zastanej sytuacji. Prosty przykład: ja i moja pasierbica to dwa zupełnie różne temperamenty i kompletnie inne sfery zainteresowań. Dodajmy do tego upływ czasu między naszymi nastoletnimi czasami, w których w ogromnej mierze odgrywa nie tylko sytuacja ekonomiczno-polityczna, ale również ogromny postęp technologiczny. Już samo to powoduje, że swoją wizję nastolatka muszę przekonwertować przez szereg różnych czynników.

Przyznaję, nie jest to łatwe. Nie oznacza jednak, że nagle jestem jak kosmita na Ziemi. Mogę czerpać ze swoich wspomnień, aby próbować wczuć się w rolę nastolatki i próbować ją zrozumieć. Zawsze warto cofnąć się do swoich nastoletnich czasów i przypomnieć sobie, co było najlepsze w tym okresie, ale też, czego się nie lubiło, jakie miało obawy. Pomyśleć o pierwszych miłościach, randkach, przypomnieć ówczesne pasje, westchnąć na myśl o wolności od dorosłych obowiązków, ale przypomnieć też o poczuciu odrzucenia lub zagubienia, trudności w zrozumieniu swoich emocji i hormonalnej burzy objawiającej się nie tylko trądzikiem na twarzy. To tak na przykład.

Chodzi o to, aby naprawdę wiedzieć i zrozumieć, z czego mogą wynikać różne reakcje młodego człowieka. Bo nie chodzi o to, aby nastoletni bunt jakoś przetrwać lub go zagłuszyć. On jest po coś. Negacje, kłótnie, robienie na opak to paradoksalnie dobre rzeczy (sic!) pozwalające przeciąć emocjonalną pępowinę z rodzicami. A to przygotowuje do samodzielnego dorosłego życia. Ale z drugiej strony nie chodzi o to, aby rodzic na nieakceptowane zachowania spuścił zasłonę milczenia i udawał, że nic się nie dzieje. Inaczej: kolejne „nie” trzeba potraktować jak wyzwanie i punkt odniesienia do zrozumienia, co tak naprawdę za tym słowem się kryje. Zaręczam, że zmiana myślenia i podejście z szacunkiem do nawet absurdalnej naszym zdaniem sytuacji jest kolejnym krokiem do zrozumienia intencji nastolatka. 

Nie ma czarodziejskich sposobów na „pokojowe” życie z nastolatkiem. Ale z pozycji mentora zdziała się więcej, niż będąc żandarmem. Po co udowadniać za każdym razem, że to rodzic ma rację, a dziecko jest w błędzie? Nawet jeżeli istotnie tak jest. A może lepiej usiąść przy wspólnym stole i przedyskutować, dlaczego dziecko uważa tak, a nie inaczej, dlaczego powiedziało tak, a nie inaczej, dlaczego postąpiło tak, a nie inaczej? Kiedy jest się wysłuchanym istnieje szansa, że kolejnym razem również będzie chciało się coś powiedzieć. 

I o tym właśnie jest ta niespełna 200 stronicowa, ale za to bogato ilustrowana  przykładami książka. Zmienia punkt myślenia, pokazuje, jak radzić sobie w codziennych sprawach bardzo często będących zarzewiem domowej wojenki na linii dziecko-rodzic i uczy słuchania drugiej strony. Dotyczy w większości błahych sytuacji, codziennych zwykłych minikonfliktów, ale to właśnie, jak przekonują autorki, od tego, w jaki sposób potrafimy poradzić sobie z tymi „normalnymi codziennymi drobiazgami”, zależy też nasze postępowanie w przypadku „dużych spraw”. Mnie się podobała i dużo nauczyła, Pan R. również był zadowolony jasnością przekazu. To kawałek edukacji, której często nam brakuje. Trzeba się uczyć na własną rękę, skoro nie ma szkół, w których wykłada się tego, jak być dobrym rodzicem ;)

Na koniec, na zachętę, dwa skróty, które są świetną rozgrzewką przed tą książką: 

A jako uzupełnienie (szczególnie w części poświęconej specyfice mózgu nastolatka) polecam, recenzowaną już na blogu, książkę z wyd. Mamania Stuarta Shankera "Self-Reg"

____________________
*Tytuł posta, idealnie opisujący wiek nastoletni - zaczerpnęłam z tekstu piosenki... Britney Spears ;)
**Adele Faber, Elaine Mazlish – Jak mówić do nastolatków, żeby nas słuchały. Jak słuchać żeby z nami rozmawiały [How to talk so Teens will listen & Listen so Teens will talk; przekł. Beata Horosiewicz]; wyd. Media Rodzina 2006


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...