wtorek, 13 listopada 2018

O lekturach niekoniecznie obowiązkowych. Remigiusz Mróz - Testament, Margaret Atwood - Opowieść Podręcznej, Marie Darrieussecq - Świństwo (Truzimy)


Przejrzałam swoją listę przeczytanych do tej pory książek w 2018 r. Okazało się, że w większości były to reportaże (w szczególności dotyczące historii najnowszej), książki poświęcone rodzicielstwu (a ściślej spojrzeniu na rodzicielstwo z innej perspektywy), książki o zmianie nawyków i stosunku do stanu posiadania oraz książki przyrodnicze (ptaki rulezz!). A beletrystyka? Ten fikcyjny świat, w który tak bardzo lubiłam się zanurzać? Jakby go mniej, a nawet zdecydowanie mniej. I nawet nie mogę się tłumaczyć, że nie mam na to czasu, bo tegoroczne czytelnictwo skoczyło mi szalenie do przodu, czytam po kilka książek miesięcznie, a kilkanaście następnych czeka już zgromadzonych na półce w Legimi.

A zatem co z tą fikcją? No właśnie problem z nią jest taki, że to fikcja. A jak ktoś ma już opowiadać realistce bajkę, to niech ona już będzie, ale zajmująca. A na takie ostatnio mam problem trafić. Może to kwestia zmiany priorytetów, oczekiwań, gustu, złych trafów lub wybredności? A może wszystkiego po trochu? Niewykluczone. A zatem w tym roku już bez wyrzutów sumienia niektóre książki porzucałam w połowie, czasem nawet na samym początku. Doszłam bowiem w  końcu do wniosku, że jeżeli znajomość nie zaczyna się dobrze, to szkoda to ciągnąć do ostatniej strony. Przecież tyle innych ciekawych tytułów czeka na (niechby nawet) wirtualnej półce z e-bookami. Dzisiaj zatem krótko o książkach nieistotnych, które (jednak) udało mi się doczytać do końca.


Remigiusz Mróz, Testament, wyd. Czwarta Strona 2018



Chyłka zmrużyła oczy. 
– A mnie się wydaje, że jest pan trochę jak Korea Północna – oceniła. – Z pańskiego punktu widzenia wszystko z panem w porządku, ale wszyscy inni widzą, że tak nie jest.

Chyłka i Zordon dzielnie zajmowali mój czas przez kilka ostatnich tomów. Bywało zabawnie (niewyparzony jęzor Chyłki), czasem pouczająco (okruchy prawa karnego wplecione w tekst) i wciągająco (bo kryminał wciągać powinien). Z tych względów dlatego dotrwałam aż do Testamentu. No dobrze przyznaję – ma w tym pewne znaczenie również przywiązanie do bohaterów i ta ciekawość, co też ten Mróz jeszcze wymyśli bazując na aktualnych wydarzeniach. 

Ale jak wspominałam ostatnio: za dużo mlecznej czekolady, to już żadna przyjemność. I właśnie mam wrażenie, że obżarłam się tej o smaku Chyłki z Zordonem za dużo jak na moje możliwości. Trzeba kiedyś powiedzieć pass i właśnie po lekturze Testamentu to uczyniłam nie sięgając po już wydany kolejny tom. Relacja obu prawników zrobiła się już za bardzo romansowa (co za banał), historia jest już przekombinowana, a na dodatek wszyscy znają wszystkich (co niebezpiecznie zbliża się do jedynkowego Klanu). A poza tym - Chyłko, na litość! – zamiast wyczyniać makarenę w poszukiwaniu telefonu w kieszeni, lepiej przestań ciągle pocierać to piętno dżihadu. 

Na plus poczytuję to, że mimo wszystko fabuła była dość wartka (choć momentami można zazgrzytać zębami) oraz wplecenie w fikcję gorącego tematu reprywatyzacji. Jeżeli jest się zielonym w temacie – powieść może być przyczynkiem do szerszego przestudiowania literatury tematu. Także ten… przeczytać można, ale z nieprzeczytania straty wielkiej nie będzie. Tako rzekłam. Teraz mogę już książkę usunąć ze znajomych, znaczy z półki na Legimi.



Margaret Atwood, Opowieść Podręcznej (The Handmaid’s Tale, przekł. Zofia Uhrynowska-Hanasz, wyd. Wielka Litera 2017



Jesteśmy pojemnikami, liczy się tylko wnętrze naszych ciał.


Na tę powieść ostrzyłam sobie zęby, jak szczerbaty na suchary. W Internecie pojawiała się w komentarzach tu i tam, w szczególności w odniesieniu do Czarnego Wtorku z 2016 r. co mnie szczególnie zaintrygowało. A jak doczytałam, że to wizja dystopii – zaintrygowało podwójnie. Wprawdzie nie przepadam ani za literaturą fantasy, ani sci-fi, ale dystopie mają u mnie fory. Rok 1984 i Nowy, wspaniały świat – to klasyki same w sobie, przyznać jednak muszę, że niesamowicie pozytywnie zaskoczył mnie koncept Gry Endera.

Ale wróćmy do Opowieści Podręcznej. Oto świat, w którym kobiety są niewolnicami mężczyzn. Zakwalifikowane do różnych kategorii, odziane w dedykowane im kolory strojów wykonują role: żony (kolor niebieski), pomocy domowej, czyli Marty (kolor zielony), Gospożony (biedniejsza kasta żon odziana w tanie i kuse sukienki w czerwono-niebiesko-zielone paski), wdowy (kolor czarny) i surogatki (czerwony habit i biały czepek ze „skrzydłami”). Surogatki, czyli Podręczne, to ludzki inwentarz z wytatuowanym na kostce kolejnym numerem w ewidencji (cztery cyfry i oko). Istoty podległe męskiej jurysdykcji, i rzekomo niezwykle podatne na pokusy (nawet szyld w sklepie może mieć na nie zły wpływ, zdecydowano więc o masowym ich zamalowywaniu).

Podręczne wykonują najważniejszą „pracę”, ale najmniej mogą. Są żywymi inkubatorami; bez prawa głosu, na wynajem do jedynego „godnego” celu – urodzenia dziecka parze małżeńskiej, w której żona jest bezpłodna. Bowiem w tym świecie (przynajmniej oficjalnie) nie ma czegoś takiego jak bezpłodny mężczyzna.  Nie ma też chorych lub starych kobiet. Wszystkie, a w szczególności Podręczne -  oceniane są  pod kątem biologicznej przydatności. Nie ma również badań USG, ani aborcji – kobieta musi bezwzględnie rodzić. A to czy urodzi zgodnie z ogólnymi oczekiwaniami - dziecko, czy potworka okazuje się przy publicznym porodzie. W każdym razie, póki jest w ciąży – jest emanującym magią bogactwem narodowym, przedmiotem zazdrości i pożądania, czymś w rodzaju zatkniętej na szczycie flagi.

Oczywiście w całej masie Podręcznych jest główna bohaterka, która mierzy się ze wspomnieniami z normalnych czasów, w tym z tęsknotą i niepewnością o losy własnej córki i sytuacją, w której znalazła się obecnie, szczególnie z momentem nawiązywania nielegalnej relacji z Komendantem – swoim panem i ich wspólnymi wypadami do podziemia wolnego od pruderii. 

I teraz tak: sam pomysł na fabułę – ciekawy, ale Atwood potraktowała go trochę po macoszemu. Świat Podręcznych jest przedstawiany skrawkami trochę chaotycznie w założeniu, że czytelnik już wszystko wie, a teraz tylko porządkuje te puzzle. Niektórych rzeczy trzeba się domyślać, niekoniecznie są dobrze wyjaśnione. Oczywiście nie zawsze należy to poczytać jako minus, dobrze skonstruowana fabuła z niedopowiedzeniami daje możliwość popisu wyobraźni w głowie czytelnika. Ale ja cały czas liczyłam na kulminację, jaką na ten przykład zaserwował Orwell w Roku 1984… Niestety nie doczekałam się. Jednak w przypadku Podręcznej… chyba założyłam już na starcie zbyt wysoką poprzeczkę przez co ostatecznie zamiast wielkiego „wow” było „uff, koniec”. Liczę, że serial trochę mi wynagrodzi ten mały zawód.



Marie Darrieussecq, Świństwo (Truzimy) (Trusmes, przekł. Barbara Walicka), wyd. Karakter 2018



Od tamtej pory przez większą część roku jestem maciorą; to bardziej praktyczne, gdy żyje się w lesie. Związałam się z pewnym dzikiem, bardzo przystojnym i męskim. (…) Nie narzekam na swój los. Jedzenie jest smaczne, polana wygodna, warchlaki zabawne. Gdy budzę się rano, z przyjemnością wchłaniam zapach ciepłej ziemi zmieszany z wonią mojego ciała. Nie wstając z barłogu, połykam pierwsze kęsy – żołędzie i kasztany, które stoczyły się do mnie, gdy przez sen wierzgałam racicami. Pisze teraz, gdy moc natury trochę się we mnie wyciszyła.

Ależ ona się dobrze zapowiadała! No przynajmniej w recenzjach. Była mowa o tym, że to książka łamiąca schematy, feministyczny manifest, metaforyczna wersja konsumpcyjnej współczesności i wilczego kapitalizmu.

Młoda, głupiutka, bardzo naiwna, łaknąca pochwał i uwagi kobieta za wszelką cenę chce się wyprowadzić od matki, łapie więc pracę w salonie piękności, który za zasłonką oferuje erotyczne masaże i inne seksualne usługi. Ona świadczy je równie często i równie chętnie wyrastając na niejaką przodowniczkę zakładu pracy, w ogóle nie zdając sobie sprawy z tego, że jest wykorzystywana. Za pachnące kosmetyki jest w stanie zrobić wiele i cieszy się z tego, że w ten sposób pomaga światu. Zatapia się w tym tak głęboko, że zaczyna żyć odrealnionym zżyciem, a jej ciało okresowo zamienia się w ciało tłustej maciory. Dla społeczeństwa w zezwierzęconym wydaniu jest odrażającym wyrzutkiem. Po pewnym czasie bezdomnego życia, krótkiego i tragicznie zakończonego związku ze znanym wcześniej mężczyzną, który podobnie jak ona, co jakiś czas przemieniał się (dla odmiany) w… wilka, a potem epizodu w chlewni - na zawsze zostaje już dziką świnką cieszącą się prostym życiem w lesie, ciepłem słońca, przyjemnego błota i smacznych żołędzi.

To oczywiście bardzo duże i nie dość dokładnie odwzorowujące streszczenie. Może sugerować, że powieść jest taką komedyjką, jakąś erotyczną satyrką o zwierzęcym zabarwieniu. I trochę jednak tak jest. Ale im dłużej się zastanawiam nad moim odbiorem tej książki, tym stwierdzam, że ciężko mi się o niej wypowiedzieć jednoznacznie źle lub dobrze. Zdarzało mi się czytać książki erotyczne i tak jak nie zszokowały mnie książki Anny Rice o śpiącej królewnie, podobnie Świństwa też nie zrobiły specjalnego wrażenia bezpośredniością.

Bardziej byłam zdziwiona faktem, które wydawnictwo firmuje tę książkę. Gdyby to była Muza lub Sonia Draga (bez obrazy dla nich) – zrozumiałabym wybór. Ale Karakter? Po jego wydawniczym profilu nie spodziewałabym się książki z taką erotyczno-pokręconą treścią. I przyznam, że na początku byłam tym faktem mocno zaskoczona.

Ale im dłużej sobie myślę o Truzimach, tym więcej mam znaków zapytania. Bo to, że przedstawiają one współczesność w dość wynaturzonym i bardzo krzywym zwierciadle – zgoda od początku. Myślę sobie jednak, że gdyby czytać ją w oryginale może ostatecznie odbiór byłby odmienny? Może to polski przekład nie udźwignął słownych gierek i odwoływań do popkultury? Wychodzi na to, że ostatecznie mam do Truizmów daleko posunięty ambiwalentny stosunek, co jednocześnie przekłada się na stwierdzenie, że to lektura niekoniecznie obowiązkowa. Ale okładkę akurat ma bardzo w punkt!




niedziela, 11 listopada 2018

O esencjalizmie, kąpielach leśnych i życiu na wsi. Przegląd książek


Dzisiaj znowu będzie mały przegląd lektur. Tak ostatnio mam, że często kilka książek zlewa mi się w pewien tematyczny blok, od którego trudno mi później uciec. 
Każda z trzech poniższych jest trochę inna, skupia się na innym temacie, ale wszystkie mają podobny wydźwięk, z którego można wyczytać pragnienia na poziomie duchowym i egzystencjalnym: o poszukiwaniu siebie, o byciu w zgodzie ze sobą, szukania zen w codzienności, o zachwycie naturą i radości z obcowania z nią, o zmianie priorytetów, o ucieczkach i byciu we właściwym miejscu. 



Agnieszka Krzyżanowska, Prosto i uważnie na co dzień. Wybierz najlepsze, z reszty zrezygnuj, wyd. Pascal Sp. z o.o. 2018



To książka o prostym, uważnym życiu w wielkim mieście. O powracającej refleksji, co jest dla nas ważne. O życiu po swojemu, na własnych zasadach. Życie jest proste. Jest chwilą, która właśnie trwa. Najcenniejszą.


Tak napisała w swojej książce Agnieszka Krzyżanowska. Niedawno opublikowałam kolejny przegląd książek o minimalizmie. Tym razem będzie o esencjalizmie. Jeżeli przyjąć, że minimalizm to walka z nadmiarem, uporządkowanie przestrzeni wokół siebie i tego, co w głowie, to esencjalizm to trochę, przynajmniej dla mnie, dalszy krok wtajemniczenia. Bo zrezygnować z czegoś niekiedy jest zdecydowanie łatwiej, niż coś wybrać. 

Idee esencjalizmu są nieodłączną częścią japońskiej kultury, w której ważnym aspektem jest też tokimeki – refleksja nad uczuciami żywionymi do przedmiotów pozwalająca się otaczać tylko takimi rzeczami, które mają dla nas szczególne znaczenie.
Ale nie o sztuce wyboru traktuje ta książka, ale o sztuce życia skupiającym się na wartościach, które coś wnoszą do codzienności i usuwaniu tego, co uwiera, przeszkadza, wprowadza niepokój etc. To odkrywanie potrzeb, praktyka radosnego życia, zdyscyplinowana sztuka redukcji. I znowu – nie tylko o przedmiotach tu mowa, ale i codziennym życiu pełnym list zadań do wykonania, miejsc do zobaczenia, pieniędzy do zarobienia. I jakie w tym wszystkim emocje generują różne sytuacje życiowe i czy jest nam z nimi dobrze.

Francuski badacz szczęścia, Frédéric Lenoir stwierdził: Jestem szczęśliwy i nic nie jest tego przyczyną. Chodzi zatem o to, aby umieć odnaleźć radość z samego faktu istnienia i jego wartości, a niekoniecznie ze stanu posiadania. I wcale nie trzeba od razu być ascetą, aby osiągnąć stan, do którego się dąży praktykując esencjalizm. Warto zrobić sobie pewien sprawdzian i choć na jakiś czas redefiniować listę potrzeb, zacząć mówić „nie”, zmniejszyć listę zadań i skupić się na głębszym przeżywaniu codzienności. 

Jako zachętę do lektury książki, zapraszam najpierw do zapoznania się z treściami, które autorka opublikowała na swoim blogu Agnes on the cloud.



M. Amos Clifford, Kąpiele leśne. Jak czerpać zdrowie z natury (Your Gide to Forest Bathing, przekł. Karolina Bochenek), Wydawnictwo Kobiece 2018

Las, zieleń parków, zagajniki i ogrody to ulubione miejsca, w których lubię karmić swój wzrok pięknem natury i w których naprawdę odpoczywam. I bardzo zazdroszczę tym, którzy las lub park mają niedaleko swojego miejsca zamieszkania. 

Od niedawna na rynku pojawiają się książki z obcobrzmiącym japońskim terminem shinrin-yoku w tytule. Japończycy słyną ze swojego umiłowania przyrody, trudno nie zachwycać się ich ogrodami, a hanami – święto wiśni znane jest na całym świecie. Nie dziwne zatem, że w japońskiej kulturze i medycynie ogromną rolę odgrywa las.


Chikanobu Toyohara (1838–1912)  
Chiyoda Great Interior Flower Viewing (Chiyoda Ōoku Hanami); 1894 r.

Autor niniejszej książki wielokrotnie uczestniczył w leśnych wędrówkach w Japonii. Tam są one wyspecjalizowane, odbywają się z przewodnikami, a każdy spacer rozpoczyna się i kończy pomiarem ciśnienia krwi oraz amylazy ślinowej. Wyniki porównawcze przed i po marszu na osobistej karcie uczestnika kąpieli leśnej pokazują, jakie zmiany zachodzą w organizmie po kojącym kontakcie z naturą.

Liczne badania wykazały, że kontakt z przyrodą, a w szczególności kąpiele leśne pozytywnie wpływają na układ nerwowy i hormonalny, na budowanie odporności organizmu, a dzięki uwalnianiu przez leśne drzewa wzbogaconego tlenu, przyjemnym widokom i dźwiękom oraz bioróżnorodnością – kąpiele leśne przede wszystkim relaksują.

Autor należy do ANFT - Stowarzyszenia Przewodników i Programów Przyrodniczych i Terapii Leśnej i właśnie tam rozwija swoją praktykę leśnych kąpieli, głęboko zainspirowaną właśnie japońskim shinrin-yoku. Książka, którą napisał jest pewnym wstępem do tego, czym jest terapia leśna, jaki ma wpływ na człowieka i jak do niej podejść, aby wynieść z niej jak największe korzyści. Jednocześnie przestrzega, aby już na starcie nie zakładać z góry i nie wpaść w pułapkę, że kąpiel leśna spowoduje zachwyt. Lepiej wejść do lasu z umysłem początkującego i bez żadnych oczekiwań. Powołuje się przy tym na Japończyka Shunryū Suzukiego, buddyjskiego mnicha i eksperta od filozofii zen, który stwierdził, że w umyśle początkującego jest wiele możliwości, w umyśle eksperta – parę.

Jeżeli lubicie i praktykujecie powolne wędrówki leśne – książka jest dla Was. Jeżeli jednak temat nie wydaje się Wam ciekawy – myślę, że tym bardziej warto zagłębić się w ten temat. A książka Clifforda to w tym przypadku całkiem dobry wstępniak.



Natalia Sosin-Krosnowska, Cisza i spokój. Cała prawda o życiu daleko od miasta, wyd. Czarna Owca 2018



Szczęście masz w sobie albo nie - i jeżeli go nie masz, to ucieczka na wieś nic za ciebie nie załatwi.


Najlepiej, gdyby powiedzieć, że ta książka zamyka klamrą dwie powyższe. Ale to byłoby zbytnie uproszczenie. Bo Ciszę i spokój można czytać, odebrać i skorzystać z niej na kilka sposobów. W zależności od tego, jaka jest nasza potrzeba. Można zatem potraktować ją jako nieformalny przewodnik po ciekawych miejscach w Polsce. Miniprzewodnik dla poszukiwaczy ciekawych miejsc agroturystycznych, rzemiosła (miody, ceramika, sery kozie i owcze) lub ciekawostek ze starej architektury (Młyn Jędrów w Suchedniowie). Dla kogoś, kto rozważa przeniesienie się z miasta na wieś, a w planach ma zakup starego domu i/lub ewentualne rozkręcenie jakiegoś biznesu – książka może być niezłą kopalnią wskazówek. Jest też ciekawym studium ludzkich marzeń zobrazowanych ich późniejszą weryfikacją przez życie.

Książka wreszcie daje pewien obraz tego jaka wieś jest, a jaką my mamy w głowie. Czy jest rzeczywiście spokojna, sielska, urocza i blisko natury? Oczywiście, że tak i… oczywiście, że nie. Bo można się w niej zakochać, będąc na wakacjach, kiedy natura tętni życiem, i kiedy beztrosko można spacerować po okolicy. Ale wiejska cisza to często oksymoron.

Miastowi mówią: aaa, wieś, cisza i spokój… Jaka cisza, jak od rana sąsiad pilarką rżnie drewno, a ten z drugiej strony kosi? Tę ciszę i spokój wieś tworzy we wnętrzu człowieka.
Wieś weryfikuje wszystko. Jest pograniczem, na którym konfrontuje się własną wygodę, pracę w mieście, potrzebę samotności, relacje rodzinne i społeczne i powzięte plany z realizmem. Dywan cierpliwie poczeka na odkurzacz, ale ogród na siew już nie. Samotność potrafi być odczuwalna do potęgi entej, zwłaszcza w długie zimowe wieczory, dojazdy do pracy w mieście potrafią być długie i trudne, szczególnie przez zasypaną śniegiem w zimie lub zabłoconą przez wiosenne roztopy drogę, kiedy nie nawiąże się dobrych sąsiedzkich stosunków i nie żyje sprawami wsi, może być trudno, szczególnie, kiedy wyprowadzka na wieś ma być też remedium na rodzinne zawirowania, a pieniądze zgromadzone na potrzeby osiedlenia się, renowacji i rozkręcenia biznesu nagle jakoś tak się kończą w połowie remontu tego urokliwego starego siedliska.



Autorka książki swoją wiedzę o życiu na wsi, oparła na własnych doświadczeniach (mieszkała tam aż do osiągnięcia dojrzałości), ale również dzięki pracy nad programem Daleko od miasta, na potrzeby którego zjeździła Polskę i rozmawiała z blisko setką osób, które zdecydowały się na życie na wsi. Jak sama napisała, ta książka jest zbiorem historii tych, którzy przebyli drogę przeprowadzki z miasta na wieś, oraz porad, jakie daliby swoim przyjaciołom marzącym o podobnej zmianie, a w szczególności sobie samym z czasów, gdy zaczynali przygodę ze wsią. Ja dodam, że to ciekawe i bardzo pouczające opowieści. Nawet dla tych, którzy w ogóle nie rozważają takiej rewolucji w życiu.



niedziela, 4 listopada 2018

Jackoteka: Monika Kamińska (tekst), Andrzej Tylkowski (ilustracje) - Kuku i historia pępka


Sam początek listopada to u nas podwójne święto, bo urodziny obchodzę zarówno ja jak i Jacek. Tak się to fajnie złożyło. Wczoraj zatem zdmuchnęliśmy świeczki na wspólnym pysznym czekoladowym torcie. 
Urodziny to święto, które nieodłącznie kojarzy się z mamą. Sama zresztą, od czasu urodzenia Jacka, uważam, że narodziny dziecka to również święto jego mamy. Traf chciał, że zupełnie przypadkiem przeglądając książki w dużym sklepie na literę "E" natknęłam się na książkę, która od razu przypadła mi do gustu i do narodzin oraz urodzin pasuje doskonale. Szczególnie, że Jacek od okołu 2 miesięcy jest zafascynowany faktem istnienia pępka nie tylko na jego ciele, ale również na ciele mamy i taty ;)

Kuku to chłopiec, w wieku powiedzmy przedszkolnym. Jest mu smutno, bo jego mama wyjechała na kilka dni i nie zostawiła mu żadnej pamiątki, która mogłaby sprawić, że o niej nie zapomni. Tata stara się na wiele sposobów, aby pocieszyć i zająć czymś malucha, ale atrakcyjne nie są ani klocki, ani nawet robienie naleśników, które Kuku tak bardzo lubi zjadać. Tęsknota za mamą jest silniejsza. W końcu na ojca spływa oświecenie i opowiada synkowi, że wprawdzie mamy nie będzie przez kilka dni, ale oczywiście, że zostawiła mu pewną ważną i najlepszą na świecie pamiątkę - pępek. Obaj zasiadają przed albumem ze zdjęciami ciążowymi mamy Kuku i tych z czasów jego narodzin. Kuku w końcu rozumie w czym rzecz i jest już szczęśliwy, że ma coś, co zawsze będzie mu przypominać o mamie. Ba! pępek zawsze z nim będzie, bo przecież nie sposób go zgubić. A co lepsze - taką pamiątkę po mamie mają wszyscy ludzie - nawet posunięty w latach dziadek Kuku.


Uwielbiam takie życiowe książeczki dla najmłodszych. Mamy ją od dwóch dni, a na życzenie Jacka przeczytałam ją w tym czasie już chyba z dziesięć razy. A to oznacza, że gorąco ją oboje polecamy :)


Monika Kamińska (tekst), Andrzej Tylkowski (ilustracje), Kuku i historia pępka, wyd. Mamania (Grupa Wydawnicza Relacja) 2018












poniedziałek, 29 października 2018

Jackoteka: Kirsten Hall, Isabelle Arsenault (ilustracje) - Pszczółka


Cieszy mnie to, że pośród oceanu książek dla dzieci z brzydkimi ilustracjami i bzdurną/przestarzałą/niemądrą/niepedagogiczną treścią pojawiają się coraz częściej perełki. 
Perełki mogą być ładne, ale nie zawsze trafiają w gust, mogą być też poprawne, ale treść wynagradza pierwsze wrażenie. 

Ale dzisiaj będzie o kolejnej książce w wersji full wypas samego dobra :) Pszczółka to edukacyjna, prześlicznie zilustrowana i przyciągająca uwagę książka o prawdziwym świecie. Bardzo Montessori, a ja takie akurat najbardziej lubię czytać Jackowi. Dobrze, aby 2-latek najpierw poznał przede wszystkim rzeczywisty świat, a dopiero potem niech chłonie baśniowe opowieści. A ponieważ u nas dobra passa dla pająków, różnych żyjątek, kwiatków, ptaszków i innych przyrodniczych ciekawostek ma się dobrze, więc Pszczółka zasłużenie zgarnia uwagę. Przy okazji można potem powiedzieć kawalerowi, jak powstaje miód, którym z lubością objada się Kubuś Puchatek (a na którego - niespodziewanie dla nas - również przyszła czytelnicza miłość Jacka). 

Zresztą, co ja się będę rozpisywać, wystarczy popatrzeć na zdjęcia, aby samodzielnie wyrobić sobie zdanie, czy książka jest warta uwagi. 


Kirsten Hall, Isabelle Arsenault (ilustracje), Pszczółka, wyd. Kultura Gniewu/Krótkie Gatki 2018











wtorek, 23 października 2018

Jackoteka: Jörg Mühle: Seria o Króliczku, czyli o książce interaktywnej inaczej ;)


Są książki do oglądania, są do czytania, ale są również aktywizujące ;) Seria o Króliczku należy do każdej z tych grup. Mamy te książki na półce już od kilku miesięcy i wciąż cieszą się zainteresowaniem; szczególnie jako książki na dobranoc.

Muszę przyznać, że sama lubię czytać Jackowi o Króliczku. Bohater ma tak sympatyczny wyraz pyszczka i tak smutno wygląda, kiedy płacze, że jest jak nasza kicia Misia – gotowy do tulenia ;)

Wszystkie trzy książki oprócz prostych ilustracji i grubych kartonowych stron mają niezaprzeczalną zaletę – dziecko aktywnie uczestniczy w krótkich historiach, będących udziałem Króliczka; czasem trzeba zaklaskać, dmuchać, głaskać po pleckach, poprawić poduszkę, nakleić plasterek, posmarować buzię kremem, dać buziaka, zgasić światło. Interaktywna książka analogowa ;) To lubię.



Jörg Mühle: Do kąpieli, Króliczku, wyd. Dwie  Siostry 2017
Jörg Mühle:  Śpij, Króliczku, wyd. Dwie  Siostry 2017
Jörg Mühle: Nie płacz, Króliczku, wyd. Dwie  Siostry 2018












niedziela, 21 października 2018

Twarz Książki, czyli rzecz o okładkach. Część VII - malarstwo


Sztukę można chłonąć na różne sposoby. Można na przykład pójść do muzeum. Dobrze jest wtedy schować telefon głęboko do kieszeni, bo tam lepiej jest oglądać obrazy, a nie obrazki ;)




Można również wtopić się w obraz:


Albo przeglądać książki. Okazuje się, że czasem można nawet poprzestać na okładce ;) 





Młodszy księgowy: Łukasz Huculak, Młodszy księgowy (tempera na kartonie, fragment, 2012) 
Dom z papieru: Giuseppe Arcimboldi, Bibliotekarz (1556) 






Pogrzebane zwierciadło: Diego Rivera, fresk w hotelu Prado w Meksyku (fragment)
Światu nie mamy czego zazdrościć: obraz z młodym Kim Ir Senem 



Germinal: Honoré Daumier, Wagon trzeciej klasy
Saturn: Francisco Goya, Czarne obrazy Saturn zjadający własne dzieci



Zaginione królestwa: Simone Martini, Kondotier (fragment fresku, 1330-1333) 
Wahadło Foucaulta: Lazzar Bastiani, Sceny z życia świętego Hieronima (fragment tryptyku)
Kuchnia Leonarda da Vinci: Leonardo da Vinci, Człowiek Witruwiański



Zderzenie cywilizacji: Michał Anioł, Bitwa pod Casciną
Taniec życia: William Blake, Newton
…Rozmawiał z bydlętami, ptakami, rybami…: Hieronim Bosch, Raj na ziemi (fragment)
Dżihad kontra Mcświat: George Frederic Watts, Minotaur (1885) 



Czarna Magia w XX wieku: fragment obrazu Claude’a Verlinde’a zamieszczonego w magazynie Penthouse nr 34 z listopada 1987 r.



Ziemia, planeta ludzi: Paul Klee
Ponowoczesność jako źródło cierpień: Salvador Dali, Sleep (1973)
Ukryty wymiar: René Magritte, Dola człowieka II



Madame: Pablo Picasso, Jacqueline Rocque, 1954 
Hiszpańskie oczy: Christian Schad, Maika (1929) 



Wichrowe wzgórza: Thomas Jones, Lanscape with Dido and Aeneas
Wyspa doktora Moreau: Henri Rousseau, La Rêve (1910) 
Rozważna i romantyczna: John Hoppner, The Frankland Sisters



Puck of Pook’s Hill: Richard Doyle, Triumphal March of the Elf King (fragment)
Frankenstein: Thomas Eakis, The Gross Clinic 
A Tale of Two Cities: Pierre-Antoine Demachy, Destruction of the Emblems of Monarchy, Place de la Concorde, 10 August 1973



Utwory rozproszone (Rekonesans): Piero della Francesca, fragment fresku w kościele San Francesco w Arezzo



Tajfun i inne opowiadania: Jacob van Ruysdael
Colas Breugnon: Pieter Bruegel Starszy, Taniec chłopski (1568 – 1569) 





piątek, 19 października 2018

O minimalizmie. Przegląd książek #2


To takie nieminimalistyczne czytać kolejne książki o… minimalizmie. Ale ja przecież nie jestem minimalistką, ja po prostu nie lubię nadmiaru. W pierwszej części przeglądu książek o minimalizmie wspominałam już, że zaczęła przytłaczać mnie moja domowa biblioteczka i w tym roku poczyniłam już nieco radykalne kroki ku jej odchudzeniu. Mianowicie rozdałam znajomym i sprzedałam nieznajomym większość książek z kategorii reportaż. To dziwne, zważywszy, że to mój ulubiony gatunek i akurat one na początku moich zapędów z powiększaniem pustej przestrzeni na półkach wydawały się być bezpieczne. Beletrystyki też już trochę poszło, ale tym akurat jakoś łatwiej powiedzieć papa. No cóż nawet książki nie znają dnia ani godziny ;) 

Żeby nie było,  że dwa plus dwa równa się cztery - czytania reportaży nie zarzuciłam. Ba! W tym roku wiodą prym na mojej liście książek przeczytanych. Pomocą służy mi jednak nie stary dobry papier, ale mój duży telefon i platforma z zieloną literką L w logo pełna e-booków :) I właśnie tam wyszukałam kolejne tytuły o tym, jak to ludzie mają dość przesytu dóbr.



Tisha Morris, Mieć mniej. Jak uwolnić się od nadmiaru rzeczy i ruszyć do przodu, Wydawnictwo Kobiece 2018





Porządkowanie własnej przestrzeni nie polega jedynie na pozbywaniu się zbędnych rzeczy – to odkrywanie, co naprawdę jest dla ciebie ważne.


Tisha to autorka kilku książek dotyczących Feng Shui, praktycznych aspektów pozbywania się rzeczy i ogólnej afirmacji z tym związanej. Pierwszą napisała w 2010 roku, później wyszły kolejne i kiedy już myślała, że temat wyczerpała i zamierzała skończyć z tą ewangelizcją – wtedy zmarła jej mama...

Morriss dorastała w schludnym, dobrze zorganizowanym, czystym i zawsze ładnie udekorowanym domu rodzinnym. Takie też miała obserwacje jako osoba dorosła. Ale zamknięte drzwi czasem lubią skrywać różne tajemnice. 

Podobno Szwedzi mają osobne słowo na coś, co ma każdy w domu. Brzmi ono fulskåp i oznacza miejsce na składowanie rzeczy na później, na zaś, na czarną godzinę, takich, z którymi trudno się rozstać, których żal wyrzucić albo są nietrafionymi prezentami, a prezentów – wiadomo – wyrzucać nie należy. Fulskåp zatem to graciarnia przyjmująca postać szafki/szuflady/pudełka. Czymkolwiek by nie było, na pewno w każdym domu istnieje w jakiejś formie i ma się dobrze. U mnie też takie cuda się uchowały, pudełko Pana R. nazwałam np. Sezamem i wrzucam do niego wszystko, co wpadnie mi w rękę, a należy do niego ;)

No więc matka Tishy Morriss takich fulskåpów miała sporo. To właśnie między innymi dzięki nim dom był schludny i gotowy do chwalenia. Gorsza sprawa, że kiedy złożą nas do trumny, nie zapakują przecież w kieszenie wszystkich naszych rzeczy. Z nimi bujać muszą się inni. A to co dla nieboszczyka było perełką, dla kogoś innego może być bezwartościowym śmieciem. No ale uporać się z tym trzeba. Czasem więc może nawet wyjść z tego książka ;) Lepiej jednak nie zrzucać własnych śmieci na barki żałobników, tylko żyć tak, aby przedmioty nie rządziły naszymi emocjami.

Przy okazji porządkowania można się sporo o sobie dowiedzieć. Na przykład dlaczego akurat konkretna rzecz wciąż leży w pudełku z pamiątkami. Stanowi artefakt miłych wydarzeń, czy może jest emocjonalnym kamieniem, który ciągnie w dół?

Posiadanie nadmiaru rzeczy jest tylko symptomem, a nie problemem. Przedmioty te jedynie odwracają uwagę od tego, z czym nie chcesz się skonfrontować w swoim życiu.
No i oto wreszcie uświadomienie, że przedmiot to tylko przedmiot. Owszem może być przyczynkiem do wspomnień. Ale wyrzucenie go do kosza/przekazanie innym/sprzedanie nie oznacza, że wraz z jego stratą pozbywamy się wspomnień. Ważne to, co zostaje w głowie i w sercu, a nie co przyciąga kurz lub zawala kolejne mega- i gigabajty pamięci na twardym dysku.

Poza tym z przedmiotami może być jak z jedzeniem i prawem malejącej użyteczności krańcowej. Zgodnie z tą ekonomiczną teorią pierwszy kęs ulubionej potrawy smakuje niesamowicie, ale każdy kolejny już taki ekscytujący nie jest. Prawda. Kilka ulubionych/najbardziej wartościowych/najbardziej użytecznych książek na mojej półce to zupełnie coś innego niż zawalony cały regał. 

I to byłoby takie streszczenie myśli przewodniej tej książki. 




Fumio Sasaki, Pożegnanie z nadmiarem: minimalizm japoński, wyd. Burda Książki 2017



Fumio Sasaki to koleś z kompleksem niższości, który z nadmiarem dóbr budował tożsamość i poczucie własnej wartości. Zgromadził olbrzymią kolekcję płyt CD i DVD oraz różnych gadżetów, aby wydawać się fajnym, aby laski uważały, że jest wow, a koledzy patrzeli z zazdrością.

I tak sobie zbierał, zbierał i zbierał (z większością w międzyczasie żal było się rozstać), a w końcu zaczęło mu to uwierać, dom przekształcił się w pałac gratów, laski jakoś nie były zbyt chętne oglądać „kolekcji motyli”, a jego poczucie szczęścia nie poszybowało do  góry. A nawet jak już z jedną był w związku to – uwaga brwi do góry - i tak zerwał tłumacząc, że w jego obecnej sytuacji materialnej nie widzi dla nich przyszłości. 


A teraz chóry anielskie, bo w pewnym momencie spłynęło na niego oświecenie, że to jednak trochę nie tędy droga. Przecież każdy człowiek rodzi się jako minimalista. Ba! Jego japońscy rodacy przecież słyną na świecie z tego, że minimalizm to u nich prawie jak religia, mają swoje Dan Sha Ri, sztuka lubi ascezę, a nawet ceremonia herbaty to ukłon w kierunku szczęścia z przeżywania, a nie posiadania. I nie ważne, że jeden to biedak, a drugi to VIP, herbaciane szczęście to demokratyczny stan umysłu. 

I tak sobie Fumio zaczął minimalizować swój pałacyk, aż do momentu, kiedy uzyskał nadmiar… pustki. Nie omieszkał się również podzielić zdjęciem z transformacji. I tutaj przyznaję, że to najlepsze co jest w tej książce. Bo oprócz własnego mieszkania prezentuje również kilka zdjęć innych japońskich mieszkań z utrzymanym minimalistycznym zen. Ciekawe to, bo amor vacui jest mi bliskie. Zgodzę się nawet z Sasakim, że hotelowe pokoje mogą być punktem odniesienia w kierunku minimalizowania własnych czterech kątów. 

Mimo to książka nadaje się raczej dla tych, którzy z tematem minimalizmu dopiero startują. Dla jako tako obeznanych w temacie – treść będzie tchnęła banałem. Ale zostawiam na dole krótki filmik - niech Sasaki sam się broni ;)





Hideko Yamashita, Dan Sha Ri. Jak posprzątać, by oczyścić swoje serce i umysł, Wydawnictwo Literackie 2017


Hideko Yamashita to taka trochę prekursorka Marie Kondo. Oto Japonka stojąca na straży domowego porządku, niewypełnionych ponad limit szaf i traktowania siebie jak najlepszego gościa w domu.

Pani Yamashita około dwie dekady temu spędziła jakiś niezbyt długi czas w schronisku prowadzonym przez ascetycznych mnichów. Poczyniła wówczas obserwacje nad stanem posiadania owych duchownych, no i trochę się zdziwiła, że człowiek jednak wcale tak wiele nie potrzebuje, niż myśli, że musi mieć. Mnisi oprócz tego, że mieli mało, to jeszcze przywiązywali szczególną uwagę do utrzymywania porządku. No cóż – żadna filozofia, wszak mniej rzeczy generuje mniej bałaganu, a i łatwiej i szybciej wtedy ogarnąć klamoty do miłego widoku schludności.

W każdym razie pobyt u mnichów zainspirował ją do działania na własnym poletku. Metodę jaką sobie wówczas wymyśliła nazywa się Dan Sha Ri.

(…) uporządkowanie  świata widzialnego wywiera wpływ na świat niewidzialny. Oto etapy naszego postępowania: Dan, czyli odrzucanie – wyraźcie sprzeciw wobec niepożądanej obecności nowych, bezużytecznych przedmiotów w waszym życiu. Sha, czyli wyrzucanie – pozbądźcie się przedmiotów, które zagracają wasz dom. Powtarzanie Dan i Sha pozwoli wam dojść do kolejnego etapu: Ri, czyli uwolnić się – skończyć z przywiązaniem do rzeczy. 
Powiedziałabym,  że jej metoda to takie technikalia przy minimalizowaniu stanu posiadania. To właśnie Dan Sha Ri między innymi pomogły koledze Sasakiemu z powyższej recenzji do uwolnienia się od swoich gratów i uczynienia z mieszkania świątyni pustki. Przyznam, że w porównaniu z Marie Kondo ta książka była zdecydowanie strawniejsza. Starsza pani przynajmniej nie każe dziękować skarpetkom za dobrze wykonaną robotę ;) 

Śmiechy chichy, ale prawda jest taka, że jak nie uświadomisz sobie, że masz za dużo i nie pomniejszysz, to choćby przeczytać o tym stosy książek – spokoju ducha i luzu nie przyniesie. Więc warto czytać, ale jeszcze lepiej działać. Z mojego stosu reportaży cieszą się już inni, a ja mam już prawie jedną półkę wolną. Mogę ją łatwiej wytrzeć z kurzu, zajmie mi to mniej czasu, bo nie muszę najpierw wyciągać książek, a później je na nowo układać. Czy czuję się przez to lżejsza duchowo? Zdecydowanie. I to między innymi przekazuje pani od Dan Sha Ri. 



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...