poniedziałek, 6 stycznia 2014

Powieść kulinarna. "Recepta na miłość", "Tost. Historia chłopięcego głodu" i "Białe trufle"

Kiedy pisałam Wam ostatnio o kuchni w literaturze, oprócz kulinarnych cytatów wspomniałam o kulinarnych powieściach. Dzisiaj będzie o trzech przeczytanych w przeciągu ostatnich trzech miesięcy.


***

Barbara O’Neal – „Recepta na miłość”, Wydawnictwo Literackie


„Zapadał zmrok. Wróciłam do środka i zaczęłam zagniatać chleb. Czułam, jak kotłujące się we mnie emocje wolno opadają, a moja krew przestaje wrzeć. Nasadą dłoni ugniatałam brązowawą, lekko cętkowana kulę ciasta i widziałam, że nie tylko ono stawało się coraz mniej sztywne i twarde, ale również mój kark. Uczucie zdenerwowania opuściło mnie i na powrót stałam się Ramoną. (…)
Podniesiona na duchu, odnotowałam pozytywne zmiany, a potem wstawiłam bochenki do pieca i usiadłam  w kuchni rozkoszując się zapachem chleba. Wysoko na niebie świecił księżyc. Gdy wyjęłam z pieca gorące, wyrośnięte chleby o doskonałej brązowej skórce, ukroiłam wielka pajdę dla siebie i dziecka, posmarowałam masłem i zjadłam na świeżym powietrzu, pod gwiazdami. Nic mi nigdy wcześniej tak nie smakowało!” (s. 165-166)

Papier i litery – tyle potrzeba, aby powstała książka. Mąka i woda – tworzy chleb. I to on właśnie jest głównym bohaterem tej dość lekkiej, miejscami naiwnej, ale bardzo sympatycznej i ciepłej powieści.
Ale nie jedynym, bo przecież ktoś ten chleb musi upiec. I tak poznajemy Ramonę – właścicielkę niewielkiej piekarni. Trudna sytuacja finansowa to nie jedyne zmartwienie kobiety. Jej córka Sofia właśnie spodziewa się dziecka, a zięć Ramony jest właśnie na misji wojskowej w Afganistanie, skąd wraca z rozległymi poparzeniami. Na domiar złego, jego byłą żonę  znowu zamknęli za narkotyki, w efekcie czego ich wspólna  nastoletnia córka Katie – nagle pozostaje bez opieki dorosłego. Dziewczynka ostatecznie trafia do domu Ramony, co jest początkiem serii nie tylko problemów, ale również radości. Pobyt pasierbicy Sofii w domu nad piekarnią skłania Ramonę do refleksji i cofnięcia się do czasów swojego nastoletniego życia, kiedy to nieplanowanie w wieku 15 lat zaszła w ciążę z niewiele starszym od siebie kolegą. Przypomina również o pewnym przyjacielu, który nie tylko psychicznie bardzo pomógł jej przejść przez tak trudny dla nastolatki okres zbyt wczesnej ciąży, a także o tym, jak narodziła się jej miłość do pieczenia chleba.
  
Opowieść skupia się głównie na emocjach trzech kobiet: Ramony, Sofii i Katie. Każda z nich ma swoje problemy i marzenia.  I nie są one wyłącznie natury miłosnej, co mylnie może sugerować polski tytuł książki. Zdecydowanie trafniejszym jest tytuł oryginału, który brzmi: „How to Bake a Perfect Life”.
Jak zachwycać się prostotą, jak zaszczepić w sobie pasję, jak nauczyć się zaufać, do czego warto dążyć – o tym właśnie jest ta książka. Oraz o tym, że warto być w życiu odważnym – na przekór przeciwnościom losu i sprzeciwu bliskich. I mimo że napisałam we wstępie, że książka napisana jest w nieco naiwnym stylu z obowiązkowym dla tego typu opowieści szczęśliwym zakończeniem – jej lektura częstuje naprawdę sporą pajdą pozytywnych emocji.

Wracając do powieści kulinarnej i wspomnianego na początku chleba. W „Recepcie na miłość” jest go naprawdę dużo. I raczej tego szlachetnego na różnych kombinacjach zakwasów. Kilka z nich można upiec w swoim domu posiłkując się podanymi na końcu rozdziałach „Przepisami Ramony”.

Powieść dobra na poprawę humoru, a także dla pobudzenia impulsu do własnoręcznego wypieku chleba. Chyba już czas nastawić zakwas ;)

Brawo dla wydawcy za - bardzo adekwatną do treści - okładkę.

Za książkę dziękuję Asi z Book Me a Cookie.



Skoro mamy już chleb, możemy zrobić… tosty (u mnie swojsko zwane grzankami)


 Nigel Slater – „Tost. Historia chłopięcego głodu”



„Matka zeskrobuje kawałek przypalonego tostu z szyby kuchennego okna i gniewnie marszczy czoło. To nie jest przypadek, jakaś drobna wpadka zaliczana od czasu do czasu przez każdą zabieganą gospodynię domową. Nie. To, że moja matka przypali tost, jest niemal tak pewne jak fakt, że słońce wschodzi na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Właściwie to wątpię, czy w całym swoim życiu zdołała przygotować chociaż jeden kawałek opiekanego chleba, który nie wypełniłby kuchni smugami drapiącego w gardle dymu. Mam dziewięć lat i jeszcze nigdy nie widziałem masła wolnego od czarnych zwęglonych okruszków.”

„Tost” to kulinarna biografia znanego brytyjskiego kucharza Nigela Slatera. Mam wobec książki mieszane uczucia. Zgrzytałam zębami nad zachwytem dla gotowego jedzenia przez pokolenia lat 50 i 60-tych XX wieku. Rodzina Slatera nawet owoce i warzywa jadała wyłącznie z puszki - w dużej mierze z tego powodu, że jego matka była beznadziejną kucharką. I chociaż po jej śmierci kolejna żona ojca gotowała lepiej – to jedzenie przygotowywane przez obojga: macochę i młodszego Slatera, stało się ono orężem w walce o względy ojca Nigela. 

Odniosłam wrażenie, że Slater pisząc o kiepskim jedzeniu chciał przez to dobitniej pokazać, że takie samo było jego dzieciństwo i okres nastoletni – jak przetworzona, mało odżywcza i mało smaczna żywność instant z chemicznymi dodatkami zamiast domowego smaku.
I chociaż nie podobały mi się niepotrzebne wtrącenia – zbyt intymne, aby wywlekać je na światło dzienne w kulinarnej opowieści np. te o masturbującym się w szklarni ojcu, o nietrzymaniu moczu przez starą ciotkę, czy jej smarki lądujące w śmietanie  – jestem w stanie przymknąć na to oko, bo  powieść miała być niejako rozrachunkiem z okresem dorastania.

Książka skojarzyła mi się z następującym miksem: „Kompleksem Portnoya” P. Rotha (ze względu na opis dorastania i chłopięce dylematy),  „Kill Grill” Anthony’ego Bourdain’a (za opis pracy w gastronomii) oraz z filmem „Billy Elliot” w reżyserii Stephen’a Daldry'ego ("dziewczęce" marzenia i ich realizacja przez głównego bohatera).
A skoro jesteśmy przy filmie – po lekturze książki obejrzałam jej ekranizację i wiecie co? Film w stosunku do pierwowzoru jest ersatzem podobnie jak olejek waniliowy do laski wanilii. Niby pachnie wanilią, ale nią nie jest. Dlatego przed filmem koniecznie przeczytajcie najpierw książkę – nie umkną Wam wtedy pewne smaczki i opisy, których w filmie nie sposób umieścić (na przykład epizod z piciem mleka w szkole).

Jeżeli interesuje Was obraz życia w latach '60-tych polecam dla uzupełnienia powieść "Samotny mężczyzna" Chritophera Isherwooda.

Moja ocena: 5/6
Książka bierze udział w wyzwaniu Czytamy powieści obyczajowe.




Wspomniałam wyżej o puszkowanej żywności. Chociaż na początku z tego dobrodziejstwa korzystała głównie armia, to komercyjny sukces odniosła w połowie XX wieku. Amerykanie i Brytyjczycy wręcz zakochali się w takiej żywności. Kupowali puszki nie tylko z owocami i warzywami, ale również m.in. z zupami (któż nie zna zup Campbell'a?). Ale czy wiecie, że wynalazcą puszek do żywności był Auguste Escoffier? I tutaj właśnie gładko przejdziemy do kolejnej kulinarnej powieści…


N. M. Kelby – „Białe trufle”, wyd. Znak



„Gdy się spotkali, Escoffier miał trzydzieści lat i zdążył już zrewolucjonizować zwyczaje wytwornego jedzenia posiłków w Paryżu. Nie satysfakcjonowała go wymyślna klasyka w wykonaniu Marie Antoine’a Careme’a. Proste wykonanie – tę zasadę Escoffier powtarzał jak mantrę. Podawał tylko najlepsze składniki i tylko w sezonie. Skomplikowane sosy uległy eleganckim uproszczeniom. Gest zastąpił przesadne zdobienia. Jedzenie zostało sprowadzone do czystej esencji i tak przerodziło się w tajemnicę, którą można było spróbować, a nie tylko podziwiać. 
Przed nastaniem Escoffiera wszystkie posiłki podawano a la francaise, co oznaczało, że dziesiątki potraw trafiały na stół w tym samym czasie. (…) Nim goście usiedli do stołu, potrawy w większości były już zimne i jełczały. Jedzenie było czymś, co należało podziwiać, a nie jeść. Jednak posiłki Escoffier w chwili podania były bardzo gorące, tak żeby jedzący mógł docenić aromat. I serwowano je a la russe, czyi danie po daniu, a dań tych było w sumie czternaście.
U podstaw wszystkiego leżała elegancja, a co za tym idzie - erotyzm. – Pozwólmy jedzeniu mówić tam, gdzie słowa są bezradne – powtarzał. Był jak cicha burza, która przetoczyła się przez stoły Paryża.”

Są takie powieści, z których trudno jest wynotować kulinarne cytaty z prozaicznego powodu – jest ich zwyczajnie zbyt wiele, w efekcie czego byłoby trzeba przepisać pół książki. To również odnosi się właśnie do „Białych trufli”.
To beletrystyczna biografia najbardziej znanego kucharza, który miał bodaj największy wkład w światowy triumf klasycznej kuchni francuskiej. Co znajdziecie w tej powieści? Historię miłości kucharza do aktorki Sarah Bernhardt oraz trudną relację z żoną Delphine. Kulinarne szaleństwa, które przygotowywał na kolacje dla śmietanki towarzyskiej w Ritzu i dania, których nazwy i receptury weszły do kulinarnego kanonu. 

Opowieść śledzi życiorys kucharza od początków jego kariery, przez sukcesy, zawirowania w życiu rodzinnym i miłosnym, wymienia jego pomysłowe rozwiązania, które na dobre przyjęły się w restauracyjnym i gastronomicznym świecie (ot na przykład wykorzystanie puszek do dłuższego przechowywania żywności), aż po trudną starość spędzoną nieco w zapomnieniu i ubóstwie (porównując jego wcześniejszą finansową pozycję).

Powieść nie jest linearna, raz znajdujemy się w jego willi w Monako u schyłku jego życia, innym razem jako młodego męża i kochanka, sławnego, bogatego i popularnego kucharza pracującego w Ritzu. Narracja jednak jest tak dobrze poprowadzona, że nie stwarza problemów w lekturze. Całkiem przyjemna, niewymagająca większej uwagi opowieść z wystawnymi daniami, którą lepiej nie czytać z pustym żołądkiem ;)

Moja ocena: 4/6

***


Uwaga, uwaga! ;)
Przy okazji tego wpisu zapraszam Was również na blog Literatura palce lizać - kulinaria w książkach, którego współtworzę z innymi blogerami, a poświęcony jest on wyłącznie literaturze kulinarnej (bestsellery i inne ;))
Tutaj przeczytacie mój wstępniak ;)

A obok obrazek, którego bannerek znajdziecie na pasku bocznym Czytelniczego :)



21 komentarzy:

  1. Zemfiroczko - już dawno chciałam Cię zaprosić - bierzesz udział w różnych wyzwaniach, może dołączysz i do takiego, które opisuje książki z wplecionymi kulinariami? Gorąco zapraszam :)

    http://literaturapalcelizac.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O bardzo chętnie! :) Dziękuję za link.

      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Największą ochotę mam na powieść Nigela Slatera. Kusi mnie już od dawna. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli nie oglądałaś jeszcze filmu, to wstrzymaj się do czasu, aż przeczytasz najpierw książkę. Klasyczna kolejność najpierw książka, potem filmowa adaptacja ma tu rację bytu.

      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Jejku jak tu u Ciebie pysznie!! A książki chętnie bym przeczytała. W sumie to wszystkie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? ;)) Jeżeli lubisz powieści kulinarne, to Ci wszystkie trzy polecam.
      Zerknij jeszcze na podlinkowany blog Literatura Palce Lizać - tam więcej tego dobra ;)

      Pozdrawiam

      Usuń
  4. Gratulacje, trzeba więc zaglądać na obydwa blogi:)) I popatrz - moja recenzja książki od Ciebie została recenzją dnia na portalu granice.pl :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super! Cieszę się, że mam w tym tyci wkład ;)

      Pozdrawiam

      Usuń
    2. Wielki wkład - szczerze mówiąc sama bym pewnie po nią nie sięgnęła :)

      Usuń
    3. :) A propos kotów w książkach - znasz serię "Kot, który..."?

      Usuń
    4. A! Już wiem, mam jedną - "Kot, który czytał Szekspira", ale jeszcze się za nią nie zabrałam :) Chwilowo muszę poczytać coś o ludziach ;)

      Usuń
    5. Ja właśnie skończyłam o Japończykach i szybko muszę znaleźć jakąś niezobowiązującą lekturę, bo ta była dość absorbująca umysł i emocje.

      Usuń
    6. Otóż, to - lepiej, żeby absorbowała tylko umysł ;)

      Usuń
  5. z Twoich opisów mam ochotę na Białe trufle :) Kompleks Portnoya mnie wynudził śmiertelnie, więc nie spróbuję Tostu, a Recepta na miłość trąci mi trochę romansidłem, może niesłusznie, ten chleb mnie jednak trochę korci.
    Pozdrawiam Cię i niniejszym dołączam do grona obserwatorów.
    Dlaczego tak późno, pytam się sama siebie???
    Monika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lepiej późno, niż wcale ;))))
      Zapraszam serdecznie i baw się tu dobrze ;)

      Pozdrawiam

      Usuń
  6. Tak mi się jeszcze skojarzyło, że dość kulinarna jest "To, co zostało" Jodi Picoult. Główni bohaterowie są piekarzami (przedwojennymi i współczesnymi). Są tam tak cudne opisy ciast, chlebów i bułeczek (nie wspominając już o ich wypiekaniu), że czułam ich zapach podczas całej lektury!
    Tutak więcej: http://kotnakrecacz.blogspot.com/2013/10/to-co-zostao-z-mojej-pierwszej-lektury.html

    OdpowiedzUsuń
  7. Uważam, że te intymne wzmianki w Toście były nieco niesmaczne
    i moim zdaniem zupełnie niepotrzebne.
    Gdyby nie to, że zawsze kończę książkę, którą zaczynam,
    Białe trufle odłożyłabym po kilku pierwszych rozdziałach.
    Jak dla mnie to wyjątkowo męcząca lektura.
    To pewnie dlatego, że nie cierpię romansów;)
    Za to ten chleb w Recepcie na miłość kusi mnie bardzo:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z Tobą, że "Białe trufle" miejscami były rzeczywiście nużące, ale opisy kulinarne przekonały mnie, aby czytać dalej ;)

      Usuń

Każdy Twój komentarz jest dla mnie ważny.
Dziękuję za kilka słów i zapraszam ponownie :)

Pozdrawiam
Gosia Oczko

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...