piątek, 27 lutego 2015

Z morskim szumem. Annie Proulx – Kroniki Portowe


„Oczywiście, ty nie masz pojęcia o łodziach, ale to też jest zabawne. W każdym razie pisz dalej. Od dzisiaj będziesz miał kolumnę, rozumiesz? „Kronika portowa”. (…) Co tydzień artykuł o jakiejś łodzi. Będą czytać. Nie tylko w Killick-Claw. (…)
Quoyle wrócił do swojego biurka. Czuł się lekki jak piórko. (…) wkręcił papier do maszyny (…). Miał trzydzieści sześć lat i po raz pierwszy ktoś powiedział mu, że zrobił coś dobrze.” *


Na pytanie, co chciałabym dostać w prezencie – mam problem z odpowiedzią. No bo tak – lubię czytać i lubię jeść. W związku z tym na imieniny, które obchodziłam w styczniu poprosiłam Pana R. o książkę. Ostatecznie jednak poszliśmy do restauracji. Z radością przyjęłabym również tylko tabliczkę gorzkiej czekolady przewiązanej kokardką. Nie mam jednak marzeń o rzeczach materialnych. Być może dlatego, że rzadko podróżuję – nieustająco marzę o podróżach.

Zeszłej jesieni na ten przykład zapragnęłam weekendowego, późnojesiennego wyjazdu nad morze. Chciałam pospacerować po plaży obserwując spienione morskie fale i odgarniać z twarzy kosmyki włosów, które nachalnie przywiewałby mi jesienny wiatr. A po spacerze wejść do kawiarni na rozgrzewającą, aromatyczną herbatę i kawałek ciasta. Do wyjazdu niestety nie doszło, ale po to są plany, aby je modyfikować. Zmieniłam więc datę wyjazdu na… tegoroczną jesień ;)

Kiedy planowałam ów (niedoszły ostatecznie) wyjazd - w myślach pakowałam do torby „Kroniki portowe”. Mając bowiem w pamięci dawno obejrzany film, będący adaptacją książki, stwierdziłam, że powieść ta będzie się dobrze wpisywać w charakter zaplanowanej wycieczki.

Miałam rację! Zdarza mi się odczuwać obrazami – tak miewam z muzyką i z książkami. A czasami łączę jedno z drugim i w trakcie lektury usilnie szukam muzyki, która oddawać będzie ducha napisanej historii. Nareszcie znalazłam - w książkę wpisuje mi się zgrabnie Tord Gustavsen Trio.

„Kroniki portowe” to ewidentnie książka na późną jesień lub porę zimową. Kojarzę z nią takie artefakty jak: ciepła owsianka, wełniany koc, parująca herbata, wilgoć, szum, zawodzenie wiatru przez szczeliny okiennej ramy, spienioną wodę podczas przypływu, smak ryby. 

Nie bez przyczyny – rzecz bowiem dzieje się na Nowej Fundlandii, wyspie, która z racji geograficznego położenia ma dostatek wody, ryb, pochmurnych dni i zimna. Z racji opisania małej społeczności – jako żywo stawały mi przed oczami obrazy „Przystanku Alaska”, a „Pleciucha”, gazeta, w której mieściła się kolumna kroniki portowej miała wiele wspólnego z lokalną rozgłośnią radiową z Cicely.


Okładki - wersja polska. Najlepsza i adekwatna do treści pierwsza z lewej.
Mnie niestety trafiła się najbrzydsza, czyli filmowa

Poniżej: okładki wersji anglojęzycznej: 

Przejdźmy do fabuły: Quoyle’a – główny bohater, na początku swoją życiową nieporadnością, zahukaniem i brakiem asertywności skojarzył mi się z Forrestem Gumpem. Ożenił się Petal, która to wyszła za niego dla żartu, a później całkiem poważnie zdradzała z kim popadnie, aby na koniec za pieniądze ze sprzedaży ich wspólnych dwóch córek z kolejnym partnerem w innym stanie w USA uwić rozrywkowe gniazdko. Ręka sprawiedliwości sprawia, że oboje giną w tragicznej drogowej kraksie. Quoyle zaś krótko po śmierci rodziców i tejże żony, wraz z odzyskanymi córkami i ciotką – siostrą swojego ojca przeprowadza się do Nowej Fundlandii.

„Trzeba wszystko uporządkować. – potarła dłonie, jakby kelner postawił przed nią ulubioną potrawę. – Możesz spojrzeć na to w ten sposób – powiedziała. – Masz okazję zacząć wszystko od nowa. Nowe miejsce, nowi ludzie, nowe widoki. Czyste konto. Zaczynając od początku, możesz być, kim zechcesz.” 

To powrót do korzeni, bo właśnie stamtąd pochodzą przodkowie Quoyle’ów. Zmiana miejsca i nowi ludzie powodują, że prawie czterdziestoletni główny bohater nareszcie zaczyna emocjonalnie dojrzewać i brać odpowiedzialność za swoje życie.
Trafia na wyspę jako alegoryczny życiowy rozbitek, by w miarę osiadania wziąć w posiadanie swoją przyszłość. Podobnym rozbitkiem po nieszczęśliwej miłości jest Wavey, jedna z jego nowych znajomych, z którą spędza coraz więcej czasu. Ale ta książka, pomimo dość szczęśliwego zakończenia mało ma w sobie z obyczajowego romansidła. Jest surowa, zimna i miejscami dość twarda, jak skaliste brzegi Nowej Fundlandii.

Zachwyciła mnie narracja zastosowana przez Annie Proulx. Szczególnie zaś nakreślenie portretów poszczególnych postaci wraz z ich fizycznymi cechami:

„Przez jakiś czas pozostawali przyjaciółmi (…). Różnili się znacznie: Partridge, czarny, drobny, niespokojny wędrowiec po pochyłościach życia, niestrudzony gawędziarz; Mercalia (…), o skórze w tonacji brązowego pióra rzuconego na ciemną wodę i dużych zasobach inteligencji; Quoyle, ogromny, biały, w ciągłym potykaniu się z życiem zmierzający donikąd.”

„Gdy Ed Punch mówił, poruszał środkową częścią ust.”

„Al Catalog, o twarzy przypominającej pokrytą szczeciną bułeczkę, przejechał paznokciem w dół listy zadań.”

„(…) wsunął się do biura niczym węgorz w szczelinę.”

„Bill Pretty, drobny mężczyzna po siedemdziesiątce, siedział przy stole (…) przykrytym ceratą koloru owadzich skrzydeł. Jego twarz przypominała kawałek drewna poryty nacięciami w kształcie wachlarza. Niebieskie, skośne oczy, opadające powieki. Policzki wypchnięte lekkim uśmiechem ciężkich ust, między nosem i górną wargą wyraźne wgłębienie niczym blizna. Krzaczaste brwi, resztki włosów koloru starego zegara.”

„Siedzący przy oknie mężczyzna słuchał radia. Tłuste włosy miał zaczesane za uszy. Oczy osadzone blisko siebie, wąsy. (…) Niezdarny patyczak. Muszka w szkocką kratę i paskudny pulower. Brytyjski akcent sączył się z jego płaskiego nosa.”

„W sąsiedniej wnęce siedział chudy mężczyzna z wąsami przypominającymi kod paskowy.”

„Późnym wieczorem Quoyle zjadł resztę pasztetu i wylizał garnek językiem ogromnym jak ścierka do naczyń.”

„Benny Fudge wymknął się z pokoju. W ręku nowy laptop, na głowie filcowy kapelusz zamówiony z katalogu, twarz pełna zębów i ambicji.”


Podejrzewam, że po tych charakterystykach jesteście dokładnie stworzyć sobie obraz poszczególnych postaci. A skoro mowa o działaniu słów na wyobraźnię – książka obfituje w tyle opisów dań rybnych (wszak rzecz dzieje się na wyspie), że zaserwuję sobie dzikiego łososia skropionego sokiem z cytryny.  

Jestem zauroczona tą powieścią. Nie spodziewałam się, że znajdę w niej tyle lingwistycznych smaczków i tak dobrze zbudowanej, mimo iż często zawoalowanej historii o emocjonalnym dojrzewaniu. Na konto zalet dopisuję jeszcze ciekawe marynistyczne wstępy do każdego z rozdziałów.


Powieść Kroniki portowe, zdobyła Nagrodę Pulitzera w kategorii fikcja literacka i National Book Award w 1994 roku.


6/6
______________
* cytaty: Annie Proulx – Kroniki Portowe, wyd. Rebis 2002

Recenzja bierze udział w wyzwaniu:


6 komentarzy:

  1. Przedstawiasz piękną historię. Zauroczyły mnie opisy, które przytoczyłaś. Będę musiała zapatrzeć się w ten tytuł :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fabułą jest naprawdę dobrze zbudowana. Aż mi szkoda, że tak pociął ją scenariusz filmu.

      Usuń
  2. Mi się podoba ta filmowa okładka... no ale to kwestia gustu, poza tym treść jest ważniejsza;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, że treść jest najważniejsza. Ale lubię też ładne okładki. Natomiast filmowe są dla mnie pójściem po linii najmniejszego oporu. Mimo to, masz rację - to zawsze jest kwestia osobistego gustu.

      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Dla mnie każda pora roku jest dobra na takie książki. Co do okładek, zakochałam się w oprawie anglojęzycznego wydania tej książki (lewy górny róg).

    OdpowiedzUsuń

Każdy Twój komentarz jest dla mnie ważny.
Dziękuję za kilka słów i zapraszam ponownie :)

Pozdrawiam
Gosia Oczko

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...