środa, 10 kwietnia 2013

Słowa jak kamienie. Swietłana Aleksijewicz - Wojna nie ma w sobie nic z kobiety







„Kiedy mówią kobiety, nie ma, albo prawie nie ma tego, o czym zwykle czytamy  i słuchamy: jak jedni ludzie po bohatersku zabijali innych i zwyciężyli. Albo przegrali. Jaki mieli sprzęt, jakich generałów. Kobiety opowiadają inaczej i o czym innym. „Kobieca” wojna ma swoje własne barwy, zapachy, własne oświetlenie i przestrzeń uczuć. Własne słowa. Nie ma tam bohaterów i niesamowitych wyczynów, są po prostu ludzie, zajęci swoimi ludzkimi-nieludzkimi sprawami. I cierpią tam nie tylko ludzie, ale także ziemia, ptaki, drzewa. Wszyscy, którzy żyją razem z nami na tym świecie. Cierpią bez słów, a to jest jeszcze straszniejsze…” *

Operacja Barbarossa, łamiąca  pakt Ribbentrop-Mołotow była początkiem końca wojennych i ekspansywnych ambicji Hitlera. Znamy to z historii. W 1941 r. rozpoczyna się najbardziej krwawy okres II wojny światowej – walka hitlerowskich Niemiec z ZSRR. Związek Radziecki na wskutek wcześniejszych czystek w narodzie dokonywanych na rozkaz Stalina, pozbył się znacznej, doborowej kadry oficerskiej, a nowa – często źle przeszkolona i niedoświadczona, nie dawała szans doprowadzenia kraju do zwycięstwa. Ale Stalin dobrze wiedział, że człowiek sowiecki był dobrze „wyszkolony” do miłości dla ojczyzny - brak kadry dowodzącej, niewystarczająca ilość armii, brak sprzętu nie były przeszkodą dla patriotycznej walki w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Odegrały w niej swoją wielką rolę żołnierze – kobiety.

„Mój tato… Mój ukochany tato był członkiem partii, świętym człowiekiem. Najbardziej wartościowym, jakiego w życiu spotkałam. Uczył mnie: „Kim byłbym bez władzy radzieckiej? Biedakiem. Parobkiem u kułaka. Władza radziecka dała mi wszystko, dostałem wykształcenie. Jestem inżynierem, buduję mosty. Za to wszystko mam dług wobec naszej kochanej władzy.” Kochałam władzę radziecką. Kochałam Stalina. Wszystkich naszych przywódców. Tak mnie tato wychował. Dorastałam, kiedy wybuchła wojna. Wieczorami z tatą śpiewaliśmy Międzynarodówkę i Świętą wojnę. Tato przygrywał na akordeonie. Kiedy skończyłam osiemnaście lat, razem ze mną poszedł do komendy uzupełnień…”

"Tak nas wychowywano, ze bez nas nic nie powinno się dziać w naszym kraju. Nauczono nas kochać kraj. Zachwycać się nim. Skoro wybuchła wojna, musimy jakoś pomóc. Potrzebne są dziewczyny do artylerii przeciwlotniczej – to znaczy, że trzeba tam wstąpić."

"Na wojnę szłam z radością. Po Komsomolsku. Razem ze wszystkimi."

"Z ojcem mnie nie puszczano, a ja żyłam tylko jednym: na wojnę, na wojnę, na wojnę! Te plakaty, które teraz wiszą w muzeum” „Matka Ojczyzna wzywa”, „Co ty zrobiłeś dla frontu?” (…) No i pieśni: „Zbudź się, potężny kraju, na krwawy ruszaj bój!”. 

"Wychowaliśmy się na romantyce rewolucyjnej, na ideałach. Wierzyliśmy książkom… Wojna wkrótce skończy się naszym zwycięstwem. No, lada chwila."

Stalin z rozmysłem nazwał agresję Niemiec na ZSRR Wielką Wojną Ojczyźnianą. Tak określona miała mobilizować jeszcze bardziej do patriotycznej obrony Związku Radzieckiego przez jego obywateli. Miała wywołać potrzebę spełnienia obowiązku dla swojego kraju. Udało się – dobrowolne pójścia na front nie były rzadkością. Często na wojnę szły całe rodziny: ojciec, matka, dzieci – młodzież już 16-letnia. 

Radzieckie kobiety na wojnie były sanitariuszkami, łączniczkami, telefonistkami, ale również strzelcami wyborowymi, pilotami i saperami. Walczyły niejednokrotnie ramię w ramię z mężczyznami. Pomimo tego, że wojsko nie było przygotowane do przyjęcia w swoje szeregi kobiet. Brakowało dla nich w zasadzie wszystkiego: odzieży i butów w odpowiednim – mniejszym rozmiarze, bielizny, czy nawet podstawowych środków higienicznych. A mimo to, wydawały się niejednokrotnie bardziej heroiczne od żołnierzy – mężczyzn. Ale jednocześnie ich postrzeganie wojny było bardziej „podskórne”, bardziej emocjonalne. Ich wspomnienia wojenne również po latach przesycone są całą paletą strachu, ulgi, obrazów pamięci, z którymi dotąd trudno dotąd żyć. Trudno pójść i kupić czerwone mięso, założyć czerwoną sukienkę, bo od razu kojarzą się z tym, co było, a do czego wracać się nie chce. 
Radzieckie kobiety na wojnie nazywane „siostrzyczkami”, po wojnie dla wielu mężczyzn przez to, że walczyły, że były w mundurze – stały się nieatrakcyjne. Nie znalazłszy życiowego partnera – wciąż żyją samotnie, bez rodziny, której po wojnie nie udało im się stworzyć. Zaś przez cywilne kobiety traktowane były jak dziwki, które zapewne na wojnie nie robiły nic ponad oddawanie się żołnierzom.
Kobiety – kombatanci nie mają prawa do chwały, do dumy ze swoich wojennych orderów, medali i  do opowieści. Wszystko to zagarnęli dla siebie mężczyźni, przesuwając je na margines historii.

Książka Swietłany Aleksiejewicz, jest trudną opowieścią, czyta się ją z bólem i wielokrotnie z niedowierzaniem, ile człowiek potrafi znieść. Sama autorka w książce odzywa się rzadko, ustępując miejsce setkom kobietom, które chciały opowiedzieć o tym, o czym opowiadać ciężko. To naturalistyczne historie, w których ludzie siwieją podczas jednego dnia, kobiety przez cały czas trwania wojny przestają menstruować, gdzie trup ściele się gęsto, krew i błoto mieszają się często i łatwo, dzieci tracą rodziców, rodzice – dzieci, ludzie żyją w ziemiankach, bo wszystkie domy poszły z dymem, gdzie śmierć przychodzi nie tylko od kuli, ale też z głodem, chłodem i chorobą. A w tym wszystkim tkwią najbardziej zwykłe ze zwykłych - marzenia:

„Skończyła się wojna, a ja miałam trzy życzenia: pierwsze – że zacznę jeździć trolejbusem i wreszcie nie będę musiała się czołgać, drugie – że kupię sobie i zjem cały długi biały chleb, trzecie – że wyśpię się w białej pościeli, i żeby prześcieradło szeleściło. Białe prześcieradło…”

Nie potrafię krótko i beznamiętnie opisać tej książki, zwłaszcza, że czytając ją wciąż miałam w pamięci „Archipelag GUŁag” Sołżenicyna, którego czytałam w grudniu. Zarówno tutaj, jak i tam dowiedziałam się, że Stalin nie uznawał swoich żołnierzy – jeńców, którzy po niewoli zdołali wrócić do swojego ukochanego kraju. Twierdził, że jeniec, tylko dlatego mógł przeżyć u wroga, gdyż zapewne był szpiegiem. A szpieg, to zdrajca. Na takich bohaterów ten ukochany kraj, dla którego walczyło się o pabiedę – miał gotowe rozwiązanie:

„Mój mąż, kawaler orderów Sławy, po wojnie dostał 10 lat obozu… Tak ojczyzna powitała swoich bohaterów. Zwycięzców! Napisał w liście do kolegi z uniwersytetu, że trudno mu odczuwać dumę ze zwycięstwa, bo swoją własną ziemię zasłaliśmy rosyjskimi trupami. Zalaliśmy krwią. Od razu go aresztowano… Zerwano naramienniki. Wrócił z Kazachstanu po śmierci Stalina…”

A po wojnie już było różnie: niektórzy potrafili tylko żyć wspomnieniem wojny, inni od tychże wspomnień chcieli się uwolnić. Zapomnieć, o tym, co zrujnowało najpiękniejsze, najlepsze lata życia.

"W dużym pokoju panuje swoboda, prawie nie ma zwykłych domowych przedmiotów. Na półce są książki, przeważnie wspomnienia wojenne, wiele powiększonych zdjęć z czasów wojny, na łopacie łosia wisi hełm pancerniaka, na polerowanym stoliku pełno małych czołgów z napisami: „Od żołnierzy N-tej jednostki”, „Od kursantów szkoły pancernej”… Obok mnie na kanapie „siedzą” trzy lalki w wojskowych mundurach. Nawet zasłony i tapety w pokoju mają barwę ochronną. Zrozumiałam, że tutaj wojna się nie skończyła i nigdy się nie skończy." 

„Jesteśmy już wymierającym plemieniem. Mamutami! Jesteśmy z pokolenia, które wierzyło, że istnieje coś większego niż życie ludzkie. Że jest Ojczyzna i wielka idea. No i Stalin.”

„- Miałam dziewiętnaście lat, kiedy skończyła się wojna. Oczywiście nie chciałam wychodzić za mąż. 
- Dlaczego?
- Czułam się bardzo zmęczona, o wiele starsza niż rówieśnicy, wręcz stara. Koleżanki tańczą, bawią się, a ja nie umiem, patrzę na życie oczami staruszki. Z innego świata… Staruszka!"

 „Straszne są wspomnienia, ale nie wspominać – to jeszcze straszniejsze.”

„Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, to książka, którą warto przeczytać. Aby wiedzieć, jak i czym żyli ludzie 70 lat temu. Co myśleli, jak przeżywali skrajne warunki, wielkie emocje i nieustanny strach. 
Ale chyba przede wszystkim dla tej chwili, kiedy można zamknąć książkę z ulgą, że żyjemy w kraju, w którym jest pokój, a jedyne te mniej groźne wojny polsko - polskie na politycznym szczeblu - o rzeczy mniej istotne.

„Epoka uczyniła nas takimi, jakie byłyśmy. Pokazałyśmy, co umiemy. Więcej takiej epoki nie będzie. Nie powtórzy się. Wtedy nasza epoka była młoda, my też byłyśmy młode. Lenin umarł niedługo przedtem. Stalin żył… Z taką dumą nosiłam pionierską chustę. Odznakę Komsomołu…”



6/6

EDIT (14.04.2013 r.): Rozmowa z autorką książki do posłuchania TUTAJ
__________
* wszystkie cytaty: Swietłana Aleksijewicz - Wojna nie ma w sobie nic z kobiety, wyd. Czarne


4 komentarze:

  1. Już w trakcie czytania wpisu o książce czuje się jej klimat i ma się ochotę czytać jeszcze. Książka na pewno trafi na listę oczekujących, a ja... chyba przestanę wchodzić na książkowe blogi, bo nie nadążam z czytaniem! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też nie nadążam. Co wejdę na któryś, to lista rośnie, a w rezultacie - potem stos na szafce ;)
      Przydałaby się doba z gumy i wypchany portfel ;)

      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Bardzo lubię styl Aleksiejewicz... Świetna książka. A dla porównania jest polską wersja - "Dziewczyny wojenne" Modelskiego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja ją dopiero poznaję, ale od pewnego czasu mam na liście "Czarnobylską modlitwę", ale właśnie zerknęłam na stronę wydawnictwa i zauważyłam jeszcze "Ostatnich świadków".
      Gdybym wygrała w totka, kupiłabym od razu wszystkie reportaże Czarnego ;)

      Za podpowiedź dziękuję. Już zerknęłam i już wiem, że też chcę :)

      Pozdrawiam

      Usuń

Każdy Twój komentarz jest dla mnie ważny.
Dziękuję za kilka słów i zapraszam ponownie :)

Pozdrawiam
Gosia Oczko

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...