poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Uroczystość ze skłonnością do przesady. Blandine Le Callet - "Tort weselny"
















"Wiele osób uważa ślub za najważniejsze wydarzenie w swoim życiu. Wielu osobom się wydaje, że tylko ceremonia w kościele może wnieść w ich związek stosowną dozę solenności."*



Książka Blandine Le Callet opowiada o ślubie i weselu Bérengere i Vincenta. Młoda para pobiera się we wspaniałym romańskim kościele – architektonicznej perle w regionie gdzieś we Francji. Ponieważ kościół jest bardzo reprezentatywny, stąd też nie są pierwszą parą, która akurat to miejsce obiera dla zawarcia związku małżeńskiego. Kuriozalnym jest fakt, że w kościele znajduje się zabytkowa figura św. Agaty, która to święta poniosła męczeńską śmierć, odmawiając wyjścia za mąż, ponieważ pragnęła poświęcić się służbie dla Jezusa.

Na ślub i wesele zjechać ma cała masa gości. Wszystko w tym dniu ma być piękne, eleganckie, snobistyczne i z pompą. Dlatego przyszła panna młoda na długo przed  ślubem toczy dysputy z kobietami z rodziny nad szczegółami związanymi z tym dniem. W mieszkaniu rosną sterty magazynów dekoratorskich, kawałków różnorodnych materiałów, przez wiele miesięcy dopieszczana jest lista prezentów, a także ustalany skład i wygląd orszaku ślubnego. Narzeczony natomiast gubi się w tym całym przedweselnym młynie, nie rozumie po co są potrzebne te wszystkie, w jego mniemaniu, nieistotne drobiazgi i zaczyna się na dobre stresować, czego skutkiem jest czasowa niemoc seksualna. A na domiar złego - nie podziela zaangażowania wybranki.


"-Vincent, to mu-si być naj-pię-kniej-szy dzień w na-szym ży-ciu – oznajmia dobitnie, dzieląc słowa na sylaby, by nabrały właściwego ciężaru. – Ślub to ma być spektakl, rozumiesz? Przedstawienie. My jesteśmy głównymi bohaterami, a goście statystami i widzami. Żeby się udało, wszystko musi być ustalone do najdrobniejszego szczegółu."


"Odkąd decyzja o ślubie ostatecznie zapadła, Berengere bardzo się zmieniła zdaniem Vincenta. Wypełniła ich życie drobiazgami bez znaczenia. Przeobraziła się w nieznośną materialistyczną chytrą mieszczkę, organizatorkę wydarzenia towarzyskiego. Nie może jej teraz ścierpieć. Dobija go tymi swoimi sukniami i zastawami."


Swoją rolę statysty i to, że jest elementem wystroju i dodatkiem niezbędnym, by uroczystość się udała zgodnie z wizją Berengere, zauważa ksiądz udzielający ślubu. "Uśmiecha się gorzko. Pan Bóg ma co innego do roboty niż błogosławienie wysadzanych diamentami obrączek aroganckich nadzianych kołtunów." Nie ma on tym samym zamiaru brać udziału w maskaradzie i ostatecznie swoim pośpiechem i pomyłkami tworzy rysę na pięknym obrazie, który wymyśliła sobie panna młoda.


Konstrukcyjnie książka składa się z kilkunastu rozdziałów, przedstawiających ślub z punktu widzenia danego gościa weselnego. Swoje spostrzeżenia opisuje m. in.: bratanica, szwagierka, babcia i siostra ze strony panny młodej, jej kolega z pracy, żona wujka, a także sami państwo młodzi. Niestety autorka powieści zamiast skupić się na wrażeniach z samego ślubu, pozwala bohaterom snuć się w myślach po ich życiowych niepowodzeniach, marzeniach, rozterkach i tajemnicach. Finalnie wesele zamiast być rdzeniem powieści jest tylko pewnym punktem wspólnym, czasem tylko zawężonym do obecności danej postaci na rodzinnym wydarzeniu. 

Jednakże dość trafnie udało jej się oddać sposób zachowania się większości kobiet planujących swoje wesela. Wystarczy poczytać trochę fora poświęcone ślubom,  a na wielu z nich znaleźć można rozhisteryzowane panny typu Berengere, które miesiącami potrafią deliberować nad odpowiednim dopasowaniem wzoru zaproszeń na ślub z serwetkami na sali weselnej. To one wymyślają tak nieistotne rzeczy jak: motywy przewodnie wesela, skrzynki pocztowe i klatki na koperty (sic!), podziękowania dla gości w formie jakiś figurek, czy innych cukiereczków. Nie wspominając o tym, jak długo cyzeluje się ostateczna wizja sukni ślubnej. A i tak większość rzeczy, tak dokładnie ustalanych i precyzyjnie realizowanych umyka ostatecznie uwadze gości weselnych, dla których przecież podobno jest tworzone. Być może nie zgadzacie się ze mną. Przyznaję się bez bicia – w kwestii ślubów zachowuję się bardziej po męsku. Pomimo tego jak bardzo kocham mojego męża, to i tak nie uważam ślubu za najważniejszy dzień w moim życiu. Nie bawi mnie cała otoczka z tym związana. Śluby lubię, wesel już nie. Głównie pewnie  z tak prozaicznego powodu, że nie odczuwam przyjemności w tańcach, jak również i to, że takie imprezy niesamowicie mnie męczą. Jestem jak jedna z postaci z książki, która dodawała sobie otuchy myślami: "Odwagi, to nic takiego. Trzeba tylko przetrwać dziesięć godzin."


Odeszłam jednak nieco od książki. Dlatego już wracam na recenzencki tok myślenia ;) Sięgając po „Tort weselny” nastawiałam się na to, że każdy gość będzie opisywał ze swojego punktu widzenia tylko i wyłącznie przebieg dnia weselnego. Rozczarowało mnie również zbyt ckliwe zakończenie powieści, w którym odkryty został pewien sekret rodzinny. Autorce książki umknęło również, że z rodziców z dwojgiem dzieci, robi się nagle rodzina pięcioosobowa. Doskonale jednak zostało przedstawione to, jak ważna jest dla wielu chęć imponowania, skupienie tylko na sobie i wymaganie, by inni na równi z nowożeńcami przeżywali ów cudowny dzień, jak istotny dla wielu kobiet jest cały ślubny anturaż oraz, że dziecko nieoczekiwanie może zostać persona non grata tylko dlatego, że swoją niepełnosprawnością burzy śliczny obrazek, który wymyślili sobie państwo młodzi.



Książkę czyta się szybko i w ostatecznym kształcie, mimo powyższych uwag, zyskuje dość pozytywną notę.

5/6


„Dwaj kelnerzy wnoszą na ogromnej tacy tort weselny. Vincent widzi, jak w rytm ich kroków chwieje się ta istna wieża Babel z ptysiów zwieńczona tradycyjnie parą nowożeńców. To ja, myśli. Ten ludzik na samej górze, to ja.

Zastanawia się, kto mógł wymyślić tak idiotyczne ciasto. Groteskową piramidę naznaczoną posrebrzonymi kryształkami cukru, listkami z pistacjowego opłatka i marcepanowymi różyczkami, cukierniczego potworka na nugatowym cokole. A ustawiona na szczycie młoda para co właściwie ma symbolizować? Przeszkody pokonywane przez dwójkę? Niebezpieczną wspinaczkę do siódmego nieba? Pretensjonalność tych, którzy sobie wyobrażają, że miłość będzie trwać wiecznie? 
Wygląda na to, że tort wniesiono za wcześnie: ptysie wilgotnieją i oklapują, karmel się rozpuszcza, wszystko spływa. W zasadzie może to właśnie jest przesłanie: dziś jesteście tacy śliczni i milutcy, ale poczekajcie tylko trochę – dostaniecie za swoje i ubędzie wam tej urody.”




______________
* wszystkie cytaty: Blandine Le Callet - "Tort weselny", wydawnictwo Sonia Draga





9 komentarzy:

  1. Oj, ja chyba też mam w sobie jakiś pierwiastek męski jeśli chodzi o śluby i wesela. Najchętniej bym wzięła ślub, na którym byłby jedynie mój partner i dwoje świadków. Żadnych tłumów, żadnej imprezy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z własnego doświadczenia - gorąco polecam taką formę ślubu, jak piszesz ;) Jest super na luzie i bez zbędnych ceregieli :)

      Usuń
  2. O Sis, to mamy podobnie z tymi otoczkami. Ja także tego nie lubię. Tańczyć lubię, ale wielkiej pompy i tego całego szaleństwa z pierdółkami, bibelotami nie lubię i nie rozumiem.
    Podoba mi się fabuła tej książki, chętnie ją przeczytam mimo kilku błędów.
    Buziaczki:*

    Ps. Książka poszła:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wygląda na to, że chyba nie jestem dziwaczką ;)

      Książkę widziałam dzisiaj w dedalusie za 12 zł. Jak nie uda Ci się zdobyć, to mogę Ci pożyczyć :)

      ps. super ;)

      Usuń
    2. No nie jesteś. Myślę, że to my raczej jesteśmy normalne ;).
      Czytałaś w ogóle te fora ślubne? Ja nigdy, ale wyobrażam sobie ;).
      A cóż to dedalus? ;)

      Usuń
    3. Czytałam ;)Stąd wiem, o tych ślubnych motywach, dopasowaniu rónych pierdółek do siebie i weselnych skrzynkach pocztowych ;)

      Dedalus to tania książka. Mają sklep internetowy i stacjonarne.
      http://dedalus.pl/_cms/view/28/ksiegarnie-stacjonarne.html

      Usuń
    4. O, dziękuję, lecę oblukać. :)

      Usuń
  3. Ja ślubu nie brałam (jeszcze), na weselu byłam jednym. Kilka godzin siedzenia na baczność i patrzenia na zestresowaną młodą parę. Tak się czasami zastanawiam - ślub ma być najważniejszym wydarzeniem dla dwojga ludzi, więc dlaczego zamiast cieszyć się tą chwilą, stresują się już tygodniami (lub nawet miesiącami) wcześniej, żeby zrobić wrażenie na gościach. Z całym szacunkiem - ale to młodej parze ma się podobać, dla nich ma być idealnie, a co sobie pomyślą goście, to już ich broszka ;) Będąc dziewczynką marzyłam o ogromnym weselu, białej sukni z milionem falban i tym podobnych rzeczach (przyznać się szczerze, która dziewczynka nie ma takich marzeń ;)). Dzisiaj chciałabym pójść do urzędu stanu cywilnego w letniej sukience za rękę z ukochanym, podpisać, co trzeba, i wyjechać na tydzień w jakieś urokliwe miejsce :)

    Hmpf... Chyba zapomniałam napisać, co myślę o książce ;)
    Trochę mnie takie lektury przerażają, ale zaciekawiłaś mnie na tyle, że poszukam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najbardziej nie lubię sztywnego początku na weselach, a potem tego, że na weselu trzeba tańczyć, bo głupio tak przesiedzieć te 6-10 godzin tylko przy stole.

      Usuń

Każdy Twój komentarz jest dla mnie ważny.
Dziękuję za kilka słów i zapraszam ponownie :)

Pozdrawiam
Gosia Oczko

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...