środa, 6 sierpnia 2014

Wprawka do wyprawki. Giorgia Cozza - „Dziecko bez kosztów. Przewodnik po niekupowaniu”


„Dane opublikowane w 2011 roku przez jedną z włoskich organizacji konsumenckich pokazują, że minimalny koszt utrzymania dziecka to 6119 euro, a maksymalny to 13486 euro w pierwszych miesiącach życia dziecka. Zatem… dziecko moje, ile mnie kosztujesz? (…)”


Pan R. doświadczony już ojciec 9-letniej córki i ja – laik w dziedzinie rozwoju i potrzeb małego człowieka. Kilka miesięcy temu wybraliśmy się do sklepu Świat Dziecka w warszawskim Jupiterze celem zakupienia prezentu dla rocznej M. 
Kiedy weszliśmy do jaskini dziecięcej konsumpcji poczułam się nieswojo z powodu nagromadzenia towaru, a już szczególnie z powodu ilości plastikowych, grających zabawek zwanych edukacyjnymi. Pamiętam, że zadałam mu wtedy pytanie, czy naprawdę dziecko potrzebuje takich zabawek. Odpowiedział: „nie”, czym sprawił, że odetchnęłam z ulgą. Bo już zdążyłam sobie wyobrazić, jak w przyszłości siedzę w pokoju z dzieckiem otoczonym wianuszkiem migająco-grających, w fluorescencyjnych barwach, zabawek i odczuwam, że ogarnia mnie szaleństwo ;)

Od ponad pół roku śledzę blogi parentingowe i nieustannie wpadam w zdumienie. Z chwilą ujrzenia dwóch kresek na teście ciążowym większość z tych młodych kobiet – blogerek wpada w konsumpcyjny szał, tłumacząc to tym, że ich dzieci muszą mieć wszystko to, czego one nie miały. A ja sobie za każdym razem zadaję pytanie, czy aby naprawdę muszą? Czy jesteśmy mniej inteligentni bez tych wszystkich grających plastików, bez markowych wanienek i łóżeczek, bez modnych kocyków i tysiąca gadżetów? Jestem zdania, że najlepsze zabawki to te, które z pozoru zabawkami nie są, ale ćwiczą wyobraźnię i kreatywność: tasiemki, plastikowe butelki, drewniane łyżki, pudełka. Może jako teoretyk i z natury minimalistka - mylę się, ale mam sojusznika w osobie Giorgii Cozzi.

„Kiedy dziecko się rodzi, rodzina i przyjaciele przynoszą mu i jego mamie najczęściej bezużyteczne, a czasem szkodliwe prezenty. W okresie od dwóch do ośmiu miesięcy, gdy dziecko zaczyna pełzać, turlać się i powoli, w swoim tempie, wstawać z ziemi, wystarczy mu dywanik na podłodze. Dzieciom, które potrafią same siedzieć, ale jeszcze nie chodzą, przygotujcie to, co proponuje psycholożka Elionor Goldschmied: duży koszyk bez uchwytu wypełniony wieloma przedmiotami o różnej strukturze, kształcie, ciężarze, wrażeniach dotykowych, zapachu… prawdziwą kopalnię doświadczeń zmysłowych. Maluch wybierze dla siebie – zobaczycie, jak świetnie mu pójdzie! – i przybliży do oczu (do nosa, do ust) metalową łyżeczkę i drewnianą podstawkę na jajko, pędzel do golenia (nowy) i grzybek do cerowania i jeszcze bransoletkę z kości słoniowej, wyciskacz do cytrusów, gumową piłeczkę…”

Giorgia Cozza, czyli autorka książki „Dziecko bez kosztów. Przewodnik po niekupowaniu” walczy z mitem bogatej wyprawki dla dziecka. Zaczyna od ciąży i potrzeb przyszłych matek, a po narodzinach dziecka rozprawia się z tymi wszystkimi bardzo, ale to bardzo (czy aby na pewno?) potrzebnymi akcesoriami związanymi z higieną, snem, zabawą, odżywianiem i odzieżą. Stawia przy tym na styl rodzicielstwa bliskości i na codzienną kreatywność. Większość tez była dla mnie – teoretyka, przekonująca i ba! utwierdzająca w tym, że mój tok myślenia dotyczący „niezbyt dużej kosztowności dziecka” nie jest wcale taki błędny.


Owszem, nie wszystko w tej książce jest takie och i ach. Momentami autorka napisała zbyt ogólnikowo, a czasem zbyt mocno wczuła się w  antykonsumpcyjne podejście (własnoręcznie robione dziury w staniku do karmienia, wychowanie bezpieluchowe - wtf?!). 
Dla polskiego czytelnika wadą może być również to, że wszelkie przypisy (a jest ich sporo), z uwagi na narodowość autorki odnoszą się głównie do sytuacji we Włoszech. Niemniej jednak – wszystkie tematy dotyczą wszystkich rodziców i dzieci bez względu na kraj, w którym żyją. Bo odnoszą się zawsze do tego samego pytania: „czy nienarodzone dziecko jest już klientem?”


Na koniec jeszcze jedna pochwała - książka została wyposażona w cudowną szarą, kartonową okładkę. Jestem w niej zakochana ;)

Tutaj do wysłuchania audycja radiowa W tok.fm, cykl Dorosłe Dzieci Hanny Zielińskiej z dnia 11 lipca pn. "Butelki, smoczki, podgrzewacze... Jakie są prawdziwe potrzeby noworodków?" - poświęcona recenzowanej książce.


Ps. A oto moi ulubieńcy w temacie blogów parentingowych i lifestylowych:
1. Slow Day Long - głównie artykuły dot. żywienia dzieci (i dorosłych też) oraz wspólnych, rodzinnych wycieczkach
2. Mądre prezenty dla dzieci - nazwa mówi wszystko ;)
3. Kura z doktoratem - są jeszcze dzieci, które bawią się na dworze ;)
4. Sroka o... - wszystko co powinniście wiedzieć o kosmetykach (nie tylko tych dziecięcych)
5. Dzieci są ważne - uwielbiam ich artykuły o wszystkim: podejściu do natury, żywienia, zabaw, stylu życia
6. Lili i ja - w którym zabawki i zabawy dla dziecka prowadzone są w duchu M. Montessori. Minimum środków, maksimum efektu. I kto mnie przekona, że dziecko naprawdę potrzebuje sterty zabawek ze sklepu?


5/6
_________
cytaty: Giorgia Cozza - „Dziecko bez kosztów. Przewodnik po niekupowaniu” (tytuł oryg. Bebé a costo zero), Wyd. Mamania

Recenzja bierze udział w wyzwaniu: Pod hasłem - 2w1


20 komentarzy:

  1. Jeżeli chodzi o dzieci to też jestem teoretyczką, ale odwołując się do własnych wspomnień to raczej jestem bliższa temu, że dziecku do szczęścia nie potrzeba góry plastikowych "edukacyjnych" cosiów - mam wrażenie, że producenci perfidnie graja na uczuciach rodziców (chęci zapewniania dziecku jak najlepszych warunków) i generują zapotrzebowanie na pewne zupełnie zbędne produkty. Z drugiej strony nie rozumiem, dlaczego rodzice tekst "chcę żeby moje dziecko miało to, czego ja nie mam" często sprowadzają tylko do kupowania różnych rzeczy - czy naprawdę akurat tego brakowało im w dzieciństwie najbardziej?
    PS "Wychowanie bezpieluchowe" ?! Boję się spytać a jaka niby jest alternatywa?! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Popyt nakręca podaż - w kwestii artykułów dla dzieci widać to chyba najjaskrawiej (chociaż podobno również w przypadku pupili też bywa). Ja czuję psychiczny dyskomfort, kiedy otacza mnie za dużo przedmiotów, kiedy nad wieloma muszę zapanować, a nad zabawkami - wydaje mi się - zapanować jest już trudniej.

      Bezpieluchowa alternatywa - cóż... Autorka podaje, że bywają matki potrafiące tak wyczuć moment wypróżniania dziecka, że mają czas zdążyć z nimi do łazienki. Ewentualnie mają pod ręką służące do wiadomego celu wiaderko. Mnie nie przekonuje aż taka "natura" ;)

      Usuń
  2. Mam dwie bratowe. Jedna to właśnie jest przykładem typowego konsumpcjonizmu. Butelki do karmienia mają być takiej a takiej firmy, ubranka najlepiej takiej, pieluchy tylko i wyłącznie z firmy P., a zabawki to najlepiej z firmy F. Dom zawalony zabawkami, (no, bo po co zając sie dzieckiem, skoro od tego ma zabawki) tyle ich tam jest, że w niejednym przedszkolu/żłobku tego nie mają. Macki opadają.
    Druga bratowa do macierzyństwa podchodzi spokojniej. Nie waruje tak i nie obkłada dziecko zabawkami. Ulubioną zabawką dziecka jest piłka i najchętniej od rana do wieczora by sie nią bawiło. Wszelkie pozostałe inne zabawki, są godne uwagi ot jakieś 5 minut. Nie ma fioła na punkcie ubranek, smoczków, butelek i innych dupereli z działu dla dzieci.
    Czy jest jakaś różnica między jednym dzieckiem a drugim? Jak na razie to można dostrzec, ze dziecko zastawione zabawkami jest mniej skoncentrowane na tym co robi, bo tu chwyta jedna zabawkę, zraz chwyta kolejną, nie może sie skupić na jednej rzeczy i stara sie jak może zwrócić swoją uwagę na rodziców. Natomiast dziecko numer dwa, bardziej sie koncentruje na tym co ma, i łatwiej wszystko pojmuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i już mamy odpowiedź, który model jest lepszy ;)

      Nie jestem zdania, że dziecko powinno się obłożyć zabawkami i niech się bawi samo, z drugiej strony nie jestem też zwolenniczką maksymalnego poświęcania dziecku swojego czasu. Każdy powinien mieć czas na samotność i na rozwijanie swojej kreatywności. Dziecko też.

      Usuń
  3. Co do samej kosztowności dziecka... cóż, podobno nie powinno się przeliczać, ile kosztuje dziecko, bo to moralnie niewłaściwe. Kto tak wymyślił, nie wiem, fakt jednak jest tak, że dziecko kosztuje diabelnie dużo. Weźmy na przykład koszty stałe, jeśli dziecko karmione jest mlekiem modyfikowanym. Mleko w pewnym okresie niemowlęcym kosztuje 140-280 zł miesięcznie (ta droższa wersja to w przypadku nowego Bebilonu, który kosztuje ok. 75 zł, tańsza wersja to np. Bebiko). Do tego pieluchy: wersja biedronkowa - ze 4 paczki w miesiącu, czyli 120 zł, wersja Pampers - 160-200 zł (zależy, czy ktoś trafi na promocję). Jeśli ktoś podaje dziecku słoiczki (obiad i deser), dziennie wyjdzie ok. 8-10 złotych. To już miesięcznie w najgorszym wypadku, przy najdroższych produktach i bez specjalnych promocji daje ponad 700 złotych. Diabelnie dużo, niektóre rodziny mają tyle na jedzenie na cały miesiąc. A to sama żywność i pieluchy. Do tego butelki, ubrania, zabawki... może się człowiekowi odechcieć myśli o prokreacji :) Ale fakt, wiele rzeczy kupowanych z myślą o dzieciach wcale nie jest potrzebnych. Naszemu synowi nie kupujemy zabawek w ilościach nie do opanowania. Ma kilka misiów do przytulania, jakąś tam dużą wywrotkę, parę grzechotek z okresu niemowlęcego i trzy zestawy klocków, które aktualnie są hitem. Niewiele więcej. Okazuje się, że najlepsze zabawki dla dziecka to te, które wcale nie są zabawkami, czyli kable, ładowarki, miski, drewniane łopatki kuchenne, puste butelki... Dziecku naprawdę nie potrzeba wiele. Ostatnio czytałam o KONIECZNOŚCI kupowania kasku na głowę, niezbędnego do nauki chodzenia. Zaczęłam się zastanawiać, w którą stronę zmierza świat, że wmawia się ludziom, że coś tak bzdurnego jest komukolwiek potrzebne. Krzesełka do karmienia kosztują stówę, ale kosztują też pięć. Wózek można kupić za sześćset złotych, ale można i taki za siedem tysięcy. Tak jest ze wszystkim. A blogerki... cóż, część z nich w zasadzie musi nabywać co rusz nowe gadżety, bo czytelnicy są bezlitośni, potrafią wyśmiać człowieka, że dziecko ma jeden tylko kocyk i widać go na wszystkich zdjęciach. To podłe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ktoś kiedyś wyliczył, że koszt od narodzin do osiągnięcia pełnoletności jest porównywalny do ceny dobrej klasy samochodu. Nie mam oporu stwierdzić, że dziecko kosztuje, to nie święty bożek, tylko zwykły człowiek, jak my.

      A propos zabaw - jestem zachwycona pracami, jakie zadaje mama na blogu Lili i ja oraz na jeszcze jednym blogu, którego nazwa mi właśnie wyleciała z głowy, ale jutro ją odszukam i podam nazwę :)

      Usuń
    2. Znalazłam adres tego drugiego: http://mamablizniacza.blogspot.com/

      Usuń
    3. Sprzedawcy perfidnie żerują na młodych rodzicach. Miałem pięć lat jak na świat przyszedł mój brat. Pomagałem go przewijać, prać pieluchy - to nie były czasy jednorazówek. Zabawek też wiele nie było. Jakoś się dało bez tony kolorowych, absolutnie niezbędnych "musiszmieć" gratów.

      Usuń
    4. Świeżo upieczeni rodzice są podatni na reklamę, a Ci, którzy za reklamą stoją skrzętnie to wykorzystują. Taka "uroda" czasów z zatowarowanymi po sufit sklepami.

      Usuń
  4. Ale sie wstrzelilas z tematem. Wlasnie w poniedzialek prowadzilam z kolezanka z pracy dyskusje na ten temat. Kolezanka ma zupelnie inne podejscie niz ja. Stwierdzila, ze nie chce miec drugiego dziecka, bo dziecko duzo kosztuje, przy czym przyznala, ze przy pierwszym sobie bardzo folgowala jesli chodzi o wydatki, ale przeciez ja stac, wiec o co chodzi?
    Jak kazda mloda matka zaczynalam od forow poswieconych dzieciom, sama pamietasz te czasy, kiedy blogow nie bylo i to bylo glowne zrodlo informacji. Po pewnym czasie porzucilam jednak lekture tychze, bo wlos mi sie na glowie jezyl, kiedy czytalam dyskusje na temat wyzszosci wozka firmy X nad Y, wspanialych wlasciwosciach zabawek interakcyjnych i o zgrozo, wyzszosci sloiczkow jednej firmy nad druga. A ja glupia kupilam uzywany wozek na allegro, za 1/6 ceny nowych wozkow, ktorego moje dziecko bylo juz 3 "wlascicielem", pare ubranek w markecie, ktore pralam na okraglo, bo tak mialam ich malo na zmiane i uzywalam pieluszek z biedronki. Na jedzenie nie wydawalam wiecej niz normalnie, wszak przyrzadzalam je z tego co i tak bylo w domu a za zabawki sluzyly dziecku przedmioty codziennego uzytku.
    Tymczasem, kiedy moja inna kolezanka z pracy spodziewala sie drugiego dziecka zakupy zaczela od wozka za 2 tys., bo po pierwszym dziecku nie byl juz przeciez odpowiedni, nie szkodzi, ze w domu wcale sie nie przelewalo. Ja przy drugim dziecku nie zamierzam stac sie niewolnikiem konsumpcjonizmu. Wyjme stary wozek z piwnicy, ubranka po pierwszym dziecku i wlasciwie bede wydawac jedynie na pieluszki z biedronki:-)
    Mysle, ze koszty wzroslyby, gdybym karmila dziecko jakims bebikiem, czy czyms podobnym, ale szczescie w nieszczesciu, ze nie moglo go pic i kupowalam w aptece mleko na recepte za ktore placilam ryczaltem, bodajze 5 zl.
    Reasumujac, mnie dziecko nie kosztowalo duzo, bo ucielam wszystkie zbedne wydatki i to nawet nie dlatego, ze nie bylo mnie stac, ale dlatego, ze klucilo sie to z moim swiatopogladem. Najwiecej do myslenia daly mi podroze po Azji. Widac, ze tam dziecko to nie "klopot". Odpada wydatek na wozek, bo dziecko nasi sie z soba, najpierw jest karmione mlekiem matki a pozniej je to co cala rodzina, a przeciez duzo nie zje. Nikt sie nie przejmuje tym co dziecko ma na sobie i czy jest sterylnie czyste i nawet sie dzieciakow nie pieluchuje, ale jak to zrobic, zeby nie zalatwialo potrzeb na matke nie pytaj, bo nie mam pojecia:-)
    To spoleczenstwo, w ktorym zyjemy nas tak uksztaltowalo, telewizja, reklamy, ze zaczynamy odczuwac potrzebe posiadnia czegos, co tak na prawde nie jest nam potrzebne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O to to to to! Pięknie napisałaś o tej Azji! Zapominamy, że są na świecie miliony ludzi, którzy wychowują w sposób "nie konsumpcyjny", bo po prostu nie mają takiej możliwości, a dzieci nie są przez to gorsze.

      Usuń
    2. Jak ja lubię takie obszerne komentarze :)

      Po lekturze wspomnianych już parentingowych blogów wciąż nie potrafię zrozumieć jak to jest, że początkującym matkom tak, za przeproszeniem, odpala, aby wydawać naprawdę spore pieniądze na coś, co przyda się tylko na krótki czas. Po co niemowlakowi buty (najlepiej mini trampki z Conversa) i poduszka? - to tak na przykład. Niech mnie uważają za skąpca, ale ja na serio wolałabym przebimbać taką kasę na rodzinną wycieczkę, niż na gadżety.

      Usuń
  5. Masz rację. Najlepsze zabawki to te, które rozwijają umiejętności dziecka - najczęściej jednak to nie te, które świecą, dudnią...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak się jakoś dziwnie utarło, że interaktywne są dobre do rozwoju. A ja cały czas sobie zadaję pytanie, jak wobec tego wychowało się (i wychowuje nadal) miliony dzieci na świecie bez takich świecących grajków? Żyją i mają się dobrze (choćby nasze pokolenie wychowane w tym zgrzebnym PRL-u), a to oznacza, że te zabawki wcale nie są takie niezbędne.

      Usuń
  6. Otoz to, lepiej wydac na wycieczke i pokazac dziecku swiat, chociaz zwroc uwage, co pisuje sie na temat wycieczek i urlopow na dzieciecych forach. Posiadanie dziecka to koniec z wyjazdami. Kiedy czytam jak niektorzy z przejeciem planuja urlop nad polskim morzem z 3-latkiem z parumiesiecznym wyprzedzeniem a inne matki odwodza od tego pomyslu, bo przeciez dziecko za male to jestem szczerze ubawiona. Przypominam sobie wtedy moje 1,5 roczne dziecko biegajace po murze chinskim i doprawdy ciesze sie duchu, ze nie mialo firmowych ubranek i wypasionych zabawek, za to mozliwosc obcowania od najmlodszych lat z ludzmi z innych kultur. I jeszcze koronny argument wszystkich przeciwnkow: po co ciagnac dziecko tak daleko, przeciez nic z tego nie bedzie pamietac. A moze bedzie pamietac, ze mialo firmowe buty majac 6 miesiecy? I nikt nie rozumie, ze tutaj nie chodzi o pamiec ale o to, ze dziecko przebywa z rodzicama a nie podrzuca sie go do dziadkow, podczas gdy rodzice jada na wczasy do Egiptu. Bo tak to wlasnie wyglada. Na codzien otacza sie dziecko zbednymi gadzetami a na urlop wyjezdza sie bez dziecka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem Ci, że miałam obawy przed naszym pierwszym takim rodzinnym wyjazdem, ale po stwierdzam, że były nieco na wysrost :) Każdy z nas miał swoje ulubione miejsca po zwiedzaniu, o których później mogliśmy razem porozmawiać. I to było fajne :)

      Usuń
  7. Przy dzieciach potrzebny jest zdrowy rozsądek i szukanie złotego środka. Oczywiście jako matka potrafiłabym podać mnóstwo przykładów, jak rodzice kompensują sobie dzieciństwo, przesadzając z kupowaniem różnych rzeczy (na zasadzie: ja nie miałam, to niech ono ma), czy karmiących piersią nie dlatego, że to zdrowe, ale tanie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie będę się czepiać tego karmienia piersią, bo wychodzi na to, że bez względu na motywację - jest taniej ;)
      Zgadzam się natomiast z Tobą zdecydowanie: zdrowy rozsądek i złoty środek!

      Usuń
    2. A ja z kolei doszłam do wniosku, że niezależnie od motywacji, karmienie piersią wyszło maluchowi na dobre. No i z mojej perspektywy było o tyle wygodne, że nie trzeba żadnych butelek, podgrzewania - mleko jest natychmiast gotowe do spożycia :)

      Usuń
    3. Wygodne, tanie, zdrowe, więc czemu nie korzystać z dobrodziejstwa natury? ;)

      Usuń

Każdy Twój komentarz jest dla mnie ważny.
Dziękuję za kilka słów i zapraszam ponownie :)

Pozdrawiam
Gosia Oczko

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...