wtorek, 21 października 2014

Trzydzieści kadrów z życia. Krisztina Tóth - "Pixel"


Już dawno nie trafiła mi się tak subtelna, spokojna, a mimo to wciągająca książka. Jestem naprawdę pod jej wrażeniem. Tym bardziej, że nie jestem entuzjastką krótkich form. Tymczasem – niespodzianka.

Oto trzydzieści opowiadań z  odrębnymi historiami, w których nienachlanie główną rolę odgrywa inna część ludzkiego ciała, np. pukiel włosów przedstawia historię romansu, pępek przywołuje porzucone dziecko z zespołem Downa, noga dzięki kuli krzyżuje sukcesywnie kilka chwilowych życiorysów, a chustka na szyi demaskuje niewiedzę. 


Ich rytm kojarzy mi się z przeglądaniem albumu ze zdjęciami. Patrzymy na uchwycony obraz chwili i na moment zatrzymujemy się przy nim próbując przypomnieć sobie atmosferę towarzyszącą łapania kadru. Jak do niego doszło i co go poprzedziło? A później przechodzimy do kolejnego zdjęcia. I na nowo powtarzamy schemat, ale skupiamy się na innym szczególe. Na tym pierwszym jesteśmy my z dzieciństwa z ulubionym misiem. Kolejne zdjęcie to już babcia i dziadek  z naszą mamą. O! a tutaj ja z mamą. Jestem już większa i doroślejsza, niż na tym zdjęciu z zabawką. Ciekawe co sobie myślałam, skąd ta niebieska sukienka i dlaczego na ścianie wisi ten obrazek? Zdjęcie kolejne to wakacje – babcia już bez dziadka, ale koło niej ten wujek, który na zdjęciu piętnastym z kolei rozmawia z mamą przy stole. Rozumiecie, co mam na myśli?


Bohaterowie w tej książce pojawiają się i na chwilę wchodzą w cień, abyśmy mogli przyłapać ich w innej scenerii kilka lat później. Jak na ten przykład kochanków, którzy po latach nie wiedzą jak się zachować intymnie, kiedy okazuje się, że ona po mastektomii nie ma jednej piersi lub dziewczyny, odwiedzającej biuro matrymonialne ze strojnymi kolczykami w uszach,  którą to biżuterię otrzymała wcześniej od pewnego Hindusa.


Te opowiadania są jak ludzki organizm, którego każdy narząd żyje własnym życiem i spełnia inną funkcję, ale wszystkie razem sprawiają, że żyjemy, widzimy, słyszymy, oddychamy i czujemy.


Zauroczyłam się nie tylko pomysłem na książkę tej węgierskiej autorki, ale również oszczędną w formie, wręcz minimalistyczną okładką. Przywodzi mi ona na myśl dążenie do nowego oblicza mojej szafy, uporządkowanej przez ujednolicenie formy i opanowanie kolorów. 


Zazdroszczę tym, którzy wybierają się w najbliższy weekend na Targi Książki w Krakowie. Sama z chęcią bym się tam pojawiła w sobotę, aby osobiście podziękować Krisztinie Tóth za kilka chwil przyjemnej lektury z Pixelem.


6/6
_______________________

Krisztina Tóth – Pixel, projekt okładki Biró Csaba Istvá; wyd. Studio EMKA 2014 

Wpis bierze udział w wyzwaniu Okładkowe Love



4 komentarze:

  1. Właśnie przeczytałam i jeszcze nie wiem co o niej napiszę. Nie wiem nawet czy potrafię, bo to wyjątkowa książka.

    OdpowiedzUsuń
  2. Coś czuję, że pobiegnę na Targach po swój egzemplarz... :)

    OdpowiedzUsuń
  3. O tej książce już dziś czytałam na innym blogu. Różnie jest oceniana. Nie pozostaje mi nic innego jak samej się przekonać o jej wartości.

    OdpowiedzUsuń
  4. Brzmi bardzo ciekawie, lubię takie utwory, więc na pewno po nią kiedyś sięgnę.

    OdpowiedzUsuń

Każdy Twój komentarz jest dla mnie ważny.
Dziękuję za kilka słów i zapraszam ponownie :)

Pozdrawiam
Gosia Oczko

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...