poniedziałek, 25 marca 2013

"Pierniczę, pierniczę, pierniczę"* Katarzyna Grochola - Houston, mamy problem













„Sraty taty, dupa w kwiaty” *

W przypadku książek Katarzyny Grocholi mówiłam do tej pory: „nigdy w życiu”. Nie jestem targetem dla różowej literatury kobiecej. „Nigdy w życiu” obejrzałam na małym ekranie i stwierdziłam, że tyle mi wystarczy i do książek Grocholi zaglądać nie zamierzałam. 
Najnowszą powieść tej autorki poleciła mi koleżanka. Powiedziała, że przeczytała wszystko Grocholi i „Houston…” jest w ich świetle zupełnie inne - nie takie typowo babskie, bo pisane z punktu widzenia mężczyzny, i że może mi się spodobać. Pomyślałam: „a właściwie dlaczego nie?”. Niech nawet Grochola dostanie swoją szansę… 

Książka ma 600 stron, ale dużą czcionkę, więc zakładałam, że przeczytam ją w ciągu 2-3 dni. Przeciągnęło się do tygodnia. W międzyczasie Pan R. po raz kolejny stwierdził, że jestem masochistką, skoro czytam do końca coś, co nie bardzo mi się podoba. No cóż – tak już mam, że jak już zacznę, to rzadko zdarza się, że rzucam w połowie. Łatwo nie było ;)

Książka opowiada niecały (z retrospekcjami) rok z życia Jeremiasza Norissa Chuckiego, lat 32, obiecującego operatora filmowego. Mężczyzna w  przeszłości wdał się w pewną niezbyt kulturalną sytuację i tym samym spalił za sobą zawodowe mosty i jako pokłosie skazany jest na byt zwyczajnego konserwatora telewizyjnego. W międzyczasie, przez pewien „żart” natury seksualnej, zrywa również z miłością swojego życia. I w tym momencie zaczyna się dziać. Bo tak naprawdę wolność bez Marty wcale nie jest taka cudowna, choć Jeremiasz próbuje udawać inaczej. Perypetie bohatera sprawiają, że zaczyna on postrzegać swoje otoczenie z innej strony, niż zwykł do tej pory. Okazuje się, że jego dziewczyna miała rację, mówiąc, że mężczyzna zachowuje się przy swojej matce jak mały chłopiec w krótkich spodenkach. Mały chihuahua nie jest krwiożerczym potworkiem, sąsiadka z dołu (zwana wymiennie raszplą i szarą zmorą) z jędzy przeistacza się w całkiem normalną starszą panią z ludzką twarzą,  a kariera operatora zbiegiem okoliczności ma jeszcze szansę bytu. 
Samo zakończenie jest przewidywalne, a przez to mało interesujące.

Chociaż książka w połowie czytania jednak mnie wciągnęła, pomimo tego nieustannie irytowała. Grochola wymyśliła wydumane imiona (Jeremiasz, Maurycy, Herakles – to ostatnie dla malutkiego psa), które miały być pewnie oryginalne, a tak naprawdę  były śmieszne i pretensjonalne. Nawet pasja Jeremiasza za którymś razem sprawiała, że miałam ochotę cisnąć książkę o ścianę. 
Co  mnie w tym tak denerwowało? Jeremiasz interesuje się ornitologią – zaszczepioną w dzieciństwie przez ojca. Jeździ na stanowiska ornitologiczne, fotografuje, ma w temacie sporą wiedzę. Ja wprawdzie na błotniska nie jeździłam, ale też miałam okres w życiu, kiedy sporo o ptakach się nauczyłam. Potrafię rozróżnić ubarwienie co poniektórych, znam trochę zwyczajów, w głowie zostało też trochę łacińskich nazw. Więc wzmianki o zwyczajach ptaków były dla mnie ciekawe. Ale wyobraźcie sobie, że czytacie powieść, bohater opowiada coś o swoich wewnętrznych wynurzeniach, nagle schodzi na temat ornitologiczny i w tym samym momencie macie wrażenie, że teraz w miejsce bohatera wskakuje pani spikerka, która wystudiowanym głosem czyta kartkę żywcem wyrwaną z leksykonu przyrodniczego. I tak kilka razy. 
Aby tego wszystkiego było mało, ulewało mi się od ulubionych zwrotów bohatera: „pierniczę, pierniczę, pierniczę” (tak właśnie, po trzykroć), „chrzanię”, „panie ludzie”, „zapierdzielać”. 

Kilkakrotnie miałam również uwagi, co do szyku zdań lub ich ogólnej kompozycji. Na ten przykład, niech posłużą dwa cytaty:

„Telefon zawiadomił mnie, że przyszedł sms.”

„Zadzwonię w tygodniu – zapewniam skwapliwie, macham na kelnera, zapłacę, to facet jednak płaci w knajpie, jak go nie stać, to niech idzie do parku pokarmić kaczki z panienką. Dobrze, że mam czym.” (ma czym płacić, czy może ma czym karmić te nieszczęsne kaczki?)

I na miłość – jeżeli Grochola już wymyśliła sobie, że napisze jako mężczyzna, niech trochę się odetnie od swojej płci, bo zdanie: „Szezlong z wypłowiałym zielonym obiciem przyciągał wzrok, miał nieskazitelną linię, zachęcającą, żeby opaść nań i wyciągnąć nogi.” bardziej pasuje mi do bohaterki z „Dumy i uprzedzenia” Jane Austen, niż do współczesnego mężczyzny.

Żeby nie było, że tylko krytykuję, dla rekompensaty dwa inne cytaty, które akurat mnie rozbawiły:

„Z kuchnią jest taka sprawa, że jak cokolwiek ruszysz, to się okazuje, że pod spodem jest stajnia Augiasza.” 

„Baśka była fajną dziewczyną, ale miała pewną wadę, a mianowicie chciała się związać, a ja miałem  związane ręce, jeśli chodzi o związek, i byłem do tej sytuacji szczerze przywiązany.
Pobyć ze sobą, tak, ale od razu to nazywać? Deklarować? Co ja, Stany Zjednoczone jestem?
Poza tym Stany złożyły deklarację niepodległości, a Baśka wyraźnie myślała o podległości.”

A na koniec małe pytanie do Was w związku z poniższym cytatem:

„Pani Jadzia ma ze 120 lat, wygląda jak zmęczony znak zapytania, jak postać z Podwójnego życia Weroniki. Szła tam taka kobiecina z butelkami, przecząca przyciąganiu ziemskiemu. Kieślowskiego kocham.”

Ręki sobie uciąć nie dam, ale jestem skłonna twierdzić, że scenę z babcią Kieślowski umieścił tylko w Trzech Kolorach. Zupełnie nie kojarzę jej z „Weroniki..”. Mylę się?

Zaczęłam czytać i marudziłam. Skończyłam i też marudzę. Wygląda na to, że chyba rzeczywiście nie jestem właściwym odbiorcą książek w takim stylu. Ale dla każdego według potrzeb. Koleżanka poleca mi jeszcze jedną książkę Grocholi. Nie mówię nie. Wszak Paula Coelho również przeczytałam 2 książki, aby utwierdzić się w przekonaniu, że „nigdy w życiu” żadnej kolejnej.

Podsumowując: książka, mimo że traktuje również o ptakach, nie jest zbyt wysokich lotów. Moja nota:
3/6

Recenzja bierze udział w akcji "Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę!"

_______________________
* wszystkie cytaty - K. Grochola, Houston, mamy problem, Wydawnictwo Literackie



16 komentarzy:

  1. Bardzo trafne uwagi odnośnie tej książki. Też niestety tak mam, że nawet jeśli z książką idzie mi bardzo ciężko to męczę się, ale czytam do końca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To czytanie do końca ma pewne uzasadnienie - już nie raz było tak, że książka, która na początku była mdła, rozkręcała się dopiero w połowie.Gdybym skończyła wcześniej, to by mnie ominęło. A poza tym - mimo wszystko jestem ciekawa, co autor wymyślił aż do ostatniej kropki :)

      Usuń
  2. No to pełna podziwu jestem, że ją skończyłaś. Ja bym rzuciła w kąt.
    Jeśli ksiązka mnie nie wciąga, nie mogę się zmusić .. no dobra, może parę razy zmusiłam się przeczytać kilka rozdziałów więcej... Ale jeśli nadal nie czuję do niej mięty, koniec..
    Grocholę czytałam "Nigdy w życiu" i coś tam jeszcze, ale tez nie jestem amatorką takich książek.
    Ostatnio po przeczytaniu miliona dwustu kryminałów, sięgnęłam po jakiś romans polecony mi przez mamę. No i nie mogłam... wymiękłam, oddałam. Nie byłam w stanie tego czytać.Raju, nic się nie działo! ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha! Gdybym się poddawała w połowie, to bym np. dużo straciła z Millenium ;)

      Usuń
  3. Nieee no coś Ty? Mnie Millenium wciągnęło od razu.
    Ale wiesz.. mowię o tego typu książkach,jak np romansidła czy w stylu Grocholi,jeśli mnie nie wciągnie , nie ma bata.
    Widzisz, mnie nawet Chmielewska nie wciągnęła, może zaczęłam od niewłaściwej po prostu. Nie mogłam jakoś czytać kryminału na wesoło ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Millenium zajęło mi to ok 100 stron ;) A potem już zaskoczyło :)

      Usuń
  4. Też tak mam, że męczę książkę, aż skończę. Czasem później żałuję, że nie rzuciłam w kąt... ;)
    Grocholi przeczytałam "Nigdy w życiu" i "Kryształowego anioła". To jest typowa literatura babska - wszystko daje się łatwo przewidzieć :) Zabierając się za ten typ, wiem, czego się spodziewać, więc nie czuję się później rozczarowana. Ale skoro przeczytałam tylko dwie i nie dążę do kolejnych, to chyba znaczy, że jednak nie porwały... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez tę przewidywalność i zbyt prostą fabułę - zwykle po ten typ literatury nie sięgam. Ale skoro była z polecenia ;)
      Nie sięgam też już po książki o budowie nowego życia, bo wszystkie, które czytałam po "Pod słońcem Toskanii" były już bardzo schematyczne, a przez to nudne.

      Usuń
    2. Ja ostatnio przeczytałam "Jeżynowe wino" - tak jakby o budowie nowego życia :) I mi się podobało :)

      Usuń
    3. Nie twierdzę, że są złe :) Tylko jak dla mnie stały się zbyt przewidywalne :) Zwykle pojawia się jakaś chata do remontu i m. in. z tym związane życiowe rozterki. Wolę rozterki bez chatki ;)

      Usuń
  5. Też tak mam - jak zaczęłam, to muszę skończyć. Cieszę się, że nie jestem sama :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja często odkładam książki, jak mi nie podchodzą. A co do Grocholi - nigdy niczego jej nie czytałam i kompletnie mnie do jej książek nie ciągnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też nie ciągnęło, a po lekturze utwierdzam się, że słusznie :) Wolę się trochę wysilić czytając książkę :)

      Usuń
    2. W "Podwójnym życiu Weoniki" jest scena, w której bardzo stara i zgarbiona kobieta wrzuca butelkę do pojemnika na szkło. Przygląda się temu farncuska Weronika. W innej scenie polska Weronika przygląda się staruszce idącej ulicą.
      Oglądałam ten film 20 lat temu, a do tej pory pamietam ...

      Usuń
    3. Czyli jednak pamięć mnie zawiodła. Dziękuję za komentarz :)

      Pozdrawiam

      Usuń

Każdy Twój komentarz jest dla mnie ważny.
Dziękuję za kilka słów i zapraszam ponownie :)

Pozdrawiam
Gosia Oczko

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...