środa, 17 września 2014

Od deski do deski? Małgorzata Chaładus - "Dziewczyny z PRL-u"

Błogosławię fakt, że czytam książki od początku do końca. Wprawdzie zdarzało mi się ostatnimi czasy trochę z nich napocząć, a potem zostawić w takim stanie niedoczytania, ale to i tak nikły promil czytelniczych wyrzutów sumienia, jeśliby zestawić je z tymi przeczytanymi od deski do deski. 
Zaczęło się od „W pustyni i w puszczy” - lektury w podstawówce, którą męczyłam w czasie wakacji. Męczyłam jednak do pewnego momentu, aż w końcu trybiki zaskoczyły i dzięki temu do dzisiaj afrykańskie przygody Stasia, Nel i Saby wspominam jako miłą szkolną lekturę.

Czytając „Dziewczyny z PRL-u” poczułam się znowu szkolnie. Wszystko dlatego, że autorka z maniakalnym uporem dziecka pytającego wciąż „a dlaczego”, co drugie zdanie przypominała mi jak ma na imię stworzona przez nią bohaterka. A to skojarzyło mi się z nieudolnym pisaniem wypracowań na język polski. Chcecie próbkę?



„Trochę wody wychlusnęło się na podłogę. Anna roztarła ją papuciem i poszła w stronę łazienki. Wanna wypełniona była wodą. Brązowawy osad pokrywał dno. Anna odkręciła kran nad umywalką. Rozległo się bulgotanie, ale nie pokazała się choćby jedna kropla wody. Jak zwykle.
Anna śmiejąc się, szorowała zęby proszkiem. Przypomniała sobie, jak wściekała się gospodyni, kiedy przyłapała ją i matkę na myciu zębów solą.”



Czy wiecie już jak na imię bohaterce? Zapamiętaliście? Nie bójcie, się nie zapomnicie, bo autorka zapobiegawczo wcisnęła imię jeszcze wielokrotnie tu i tam w fabule. Więc spokojna głowa ;)


Moja głowa jednak nie była spokojna, bo po kolejnej „ Anna to, Anna tamto i Anna siamto” miałam ochotę cisnąć e-bookiem w najbliższą ścianę. Oczywiście tego nie zrobiłam, bo szkoda byłoby mi telefonu, na którym tę elektroniczną książkę czytałam. 
Zaplanowałam więc po ok. 40-ej stronie grzecznie się z nią rozstać, zwyczajnie wykasowując z karty pamięci. Nie zrobiłam tego natychmiast, bo primo: miałam w pamięci casus Stasia i Nel oraz secudno: to była jedyna książka, która miałam w torbie. A jako że właśnie wracałam z pracy do domu, bez sensu byłoby bezproduktywnie gapić się ponad 40 minut w okno. 
Dlatego też książka otrzymała chwilowe odroczenie kary. Wyobraźcie sobie, że była na tyle cwana, iż udało się jej uratować od stryczka ;) Postanowiła wziąć mnie sposobem. Najprostszym! Zwyczajnie zainteresowała mnie fabułą! Wiem, brzmi skandalicznie, ale tak dokładnie było!

Fabuła jest banalna, tak jak banalne potrafi być nasze codzienne życie, a jednocześnie porywająca jak tornado. Oto mamy trzy pokolenia kobiet: babka Marta, córka Anna (tak, to ta z cytatu) i wnuczka Basia. Marta była żoną wojskowego, ale podczas II wojny światowej młodo owdowiała, a córkę z tego małżeństwa wychowywała z drugim mężem – Antonim. 
Zamieszkała na ziemiach odzyskanych, w dolnośląskim Dzierżoniowie do którego przeprowadziła się ze zrujnowanej Warszawy. Oczywiście wciąż tęskniła za rodzinnym miastem, tym bardziej, że zginęli tam jej wszyscy najbliżsi. Starała się jednak ułożyć życie na nowo w dużym gronie rodziny drugiego męża. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie PRL i sprawiająca wychowawcze kłopoty córka. 

Anna to niezłe ziółko – młoda smarkula chcąc wyrwać się z rodzinnego gniazda, kłamie, że zaszła w ciążę ze swoim chłopakiem Władkiem. Po ślubie prawda wyszła na jaw, ale klamka zapadła. Dziewczyna wiedząc już, jaki mąż jej się trafił - szybko zaczęła żałować swojej decyzji. Życie jednak płynęło dalej. W krótkim czasie urodziła córkę Basię, ale podobnie jak matka - również dość szybko została wdową, a potem ponownie mężatką. Musiała się przy tym nauczyć asertywności i nie zrażania się niepowodzeniami w kontaktach z nową teściową. 
Utworzenie nowej rodziny sprawiło, że podobnie jak ona w nastoletnim okresie buntu poluzowała emocjonalną więź ze swoja matką, tak teraz powtórzyło się to w relacjach z córką.

Basia nie została zaakceptowana przez teściową swojej matki. W związku z tym zamieszkała z babcią i przyszywanym dziadkiem, z matką, ojczym i młodszym rodzeństwem widując się okazjonalnie. To oczywiście nie było bez związku na jej nastoletnie, a później dorosłe życie, które rozpoczęło się nie tylko z indeksem wyższej uczelni w kieszeni, ale również ciążą, a potem w nieoczekiwanych okolicznościach nielegalną emigracją do Szwecji.

Te skomplikowane relacje rodzinne, osadzenie fabuły w okresie PRL-u na dodatek na ziemiach odzyskanych i trudny temat emigracji, przypomniały mi moją ulubioną „Piaskową Górę” Joanny Bator, którą co jakiś czas tutaj wychwalam. Znalazłam tutaj wiele podobnych zdarzeń, a w wielu fragmentach odnajdywałam nowe wcielenia Jadzi, Dominiki, a nawet babci Kolomotywy.

W istocie te dwie powieści mają ze sobą wiele wspólnego i obie pochłonęły moją uwagę całkowicie. W przerwach między czytaniem zastanawiałam się, co będzie dalej i cieszyłam się na myśl, że wsiadam już do tego tramwaju, by kontynuować lekturę. 
I mimo tego, że zarzucam autorce zbyt uczniowską formę (patrz cytat) prowadzenia narracji, to cieszę się, że przebrnąwszy przez te 40-stron nareszcie porwała mnie fala przedstawionej historii. Bo później było już tylko lepiej. A jeszcze później zdarzył się koniec, a ja wciąż o niej miło myślę. 

Świetnie skonstruowana fabuła, dobrze opowiedziana, warto byłoby tylko popracować nad warsztatem. Posługując się szkolną skalą – Dziewczyny z PRL-u" oceniam na mocną czwórkę. A to prawie jak słaba piątka ;) Też tak to sobie tłumaczyliście po sprawdzianach? ;)


Za książkę dziękuję Wydawnictwu Psychoskok

4/6
________________________
Małgorzata Chaładus – „Dziewczyny z PRL-u”, wyd. Psychoskok 2014

Recenzja bierze udział w wyzwaniu:


15 komentarzy:

  1. U mnie by nawet fabuła chyba sprawy nie uratowała. Po dziesiątym "Anna" prawdopodobnie już bym sobie spokój dała ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na obronę niech będzie to, że po pewnym czasie już się na to nie zwraca uwagi, a poza tym i powtórzeń im dalej w powieść, tym jakoś mniej. Widocznie autorka musiała się rozkręcić ;)

      Usuń
    2. Może i musiała ;). // Trochę mi to Japonki z niektórych filmów przypomina. To powtarzanie imion cały czas.

      Usuń
  2. Anna-san :))))))
    Oczko, dawno się tak nie uśmiałam podczas czytania recenzji! Może to już niezdrowe, ale zdecydowanie bardziej niż fabuła, interesują mnie Twoje przygody z lekturą. I padłam :D

    Maniera, o której piszesz, trochę przypomniała mi Puzyńską, tylko wystaw sobie (a podobno musimy to traktować jak indywidualny styl autotki), że tam poza imieniem (niezależnie od tego, co robi bohater) jest jeszcze nazwisko i zawód... Fabuła za to jest świetna, nie tylko dobra ;)

    A Wyd. Psychoskok przeczytaj może 'Krakowski kredens' - jest naprawdę dobry (nie licząc denerwującego 'boga' - zawsze małą literą ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ;))))


      Tak, rzeczywiście przypominam sobie Twoje uwagi na temat książki Puzyńskiej.
      Dobrze, że przypomniałaś "Krakowski kredens", bo zachodziłam w głowę u kogo czytałam recenzję :)

      Usuń
  3. Kiedyś czytałam książkę, gdzie autor non stop używał słowa "drzewo" (akcja utworu rozgrywała się w lesie), fabuła niestety też kulała i prócz nagminnie używanego rzeczownika nic więcej nie utkwiło mi w pamięci. Ale jeśli przekonujesz, że w tym przypadku akcja jest całkiem ok, to może w przyszłości się skuszę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skuś się, pomimo wspomnianych mankamentów, to dobra obyczajówka jest :)

      Usuń
  4. Fabuła zapowiada się fajnie, już nawet przecierpiałabym niedociągnięcia :)

    PS
    Fajnie będzie Cie poznać! :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Też nie przepadam za książkami, w których ciągle powtarza się imię bohatera. Z racji faktu, że zawsze czytam od deski do deski - dam jej szansę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A pewnie! Nawet w czytelnictwie trzeba pokonywać przeciwności ;)))

      Usuń
  6. Historia ciekawa. Niezwykłe losy kobiet to zawsze dobry temat na książkę;) Tylko ten styl...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dalej w fabule jest już lepiej, ale początek może denerwować.

      Usuń
  7. Ja kiedyś rezygnowałam z lektury książki, która mnie nie zainteresowała, ale teraz już tego nie robię. Boję, się akcja nieszczęśniczki w końcu się rozwinie i ominie mnie całkiem zgrabna opowieść.

    OdpowiedzUsuń

Każdy Twój komentarz jest dla mnie ważny.
Dziękuję za kilka słów i zapraszam ponownie :)

Pozdrawiam
Gosia Oczko

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...