piątek, 25 marca 2016

Co ma autobus do teatru? John Steinbeck – Zagubiony autobus


Na przednim zderzaku widniał kiedyś napis "el Gran Poder de Jesus - wielka siła Jezusa". Ale to wymalował poprzedni właściciel autobusu. Obecnie na tylnim i przednim zderzaku widniał napis "Sweetheart - ukochana". I autobus znany był jako Sweetheart wszystkim, którzy o nim wiedzieli.


Na ostatnim Sabatowie u Natalii omawiałyśmy "Zagubiony autobus" Johna Steinbeck'a. Pod względem fabuły jest to książka niewymagająca. Nie trzeba się nad nią bardzo skupiać, rytm narracji sprawia, że opowieść płynie spokojną falą. Ot, jeden dzień z życia właścicieli Rebel Corners - małego baru z bufetem, stacją autobusową i postojem dla kierowców ciężarówek. Juan oprócz drobnych napraw w warsztacie, w ciągu dnia jest kierowcą autobusu. Jego żona Alice zajmuje się bufetem. Mają również często zmieniających się pomocników – mechanika i kelnerkę. I opowieść także o ich gościach pasażerach i kierowcach na trasie autostrady przecinającej Kalifornię z północy na południe. 

Jednego dnia, autobus, którym kursuje Juan ma drobną usterkę. Niestety pasażerowie zmuszeni są do noclegu w Rebel Corners. Nikt nie jest z tego powodu zadowolony, ani miejscowi, ani podróżni. Wynikają z tego powodu dyskusje, małe niesnaski i nieporozumienia, których ciąg dalszy toczy się również po naprawieniu autobusu, podróży do stacji docelowej i związanych z tym perypetiach po zerwaniu się mostu. Ktoś marzy o romansie, ktoś o wyrwaniu się z prowincji, karierze w Hollywood i spotkaniu się z ukochanym aktorem, ktoś inny przelewa swoją irytację, wynikającą z trawiącej choroby, na pozostałych Bogu ducha winnych pasażerów.  Takie scenki rodzajowe, fabuła prosta, szybko się czyta i równie szybko ulatuje z głowy. Jest jednak pewno ale, dzięki któremu pociągnę dalej swoją myśl o tej powieści.




Typowe autobusy komunikacji publicznej na Malcie
Wyobraziłam sobie, że właśnie takim autobusem kierował powieściowy Juan 



Tym czymś są dwa zachwyty. Chociaż fabuła jest prosta, to sposób budowania poszczególnych scen jest bardzo istotny dla obioru powieści, jako całości. A wszystko dzięki teatralnej formie. Każda z postaci ma swoje wielkie wejście – najpierw rys sylwetki, szczególnych cech fizycznych i psychicznych. Kiedy dobrze ją sobie obejrzymy, wiemy kim jest, co lubi, a czego nie, w co jest ubrana i dlaczego – dopiero sama otrzymuje głos. Czytając tę książkę, czułam się, jakbym miała przed oczami rozgrywającą się historię na deskach teatru. Jeszcze z żadną powieścią nie miałam takiego odczucia i bardzo mi się ten zabieg spodobał.


A drugi zachwyt? Właśnie to szczegółowe budowanie postaci. Tutaj nie będę się dużo rozpisywać, po prostu zaserwuję kilka cytatów. Mam nadzieję, że dzięki temu, zrozumiecie, co mam na myśli :)

Juan był zwykle gładko ogolony, ale że nie golił się od wczoraj, w bruzdach na podbródku i na szyi szarzał zarost, siwawy jak sierść starego aridale’a. (…) Miał czarne oczy, dowcipne i lekko zezujące – tak jak zezują oczy mężczyzny, kiedy pali i coś robi, nie mogąc wyjąć papierosa z ust. (…) Juan nie miał bardzo dużych uszu, ale sterczały mu z głowy jak dwie muszle, jakby właśnie nastawił je dłońmi, żeby lepiej słyszeć. (…) Zęby miał długie, spod niektórych prześwitywało złoto, co przydawało jego uśmiechowi nieco okrucieństwa.


Pryszcz był niebywałym śpiochem. Zostawiony sam sobie, przespałby całe życie. Na jego systemie nerwowym gwałtownie odbijały się wszystkie zmagania i walki okresu dojrzewania. Był stale podniecony, a jeśli to podniecenie nie znajdowało ujścia, przeradzało się w melancholijny i płaczliwy sentymentalizm lub w silną i tanią religijność. Jego zmysły i uczucia były jak jego twarz - zawsze podrażnione, zawsze ropiejące i jakby odarte ze skóry.


Drzwi wiodące z sypialni do restauracji otworzyły się i wszedł jeden z gości. Był to niski mężczyzna ubrany w dwurzędowy garnitur i jasnobrązową koszulę, jaką zwykle noszą podróżujący agenci handlowi; nazywają je „koszulami tysiąca mil”, bo nie znać na nich brudu. Dla tych samych przyczyn jego garnitur był nieokreślonego beżowego koloru. (…) Miał ostre rysy młodego psa i jasne, pytające psie oczy. Starannie przystrzyżony mały wąsik wyglądał jak gąsienica, która właśnie przepełzała mu w poprzek twarzy i zatrzymała się nad górną wargą. Kiedy mówił, wydawało się, że ta gąsienica wygina właśnie grzbiet.


W jego zachowaniu była jakaś nieśmiała pewność siebie, której brak było rysom twarzy; sprawiało to wrażenie, jakby stale miał się na baczności, jakby wypracował sobie specjalny sposób zachowania stanowiący obronę przeciw ewentualnym zniewagom.


Usta miała znużone i dziecinne, miękkie i bez charakteru. Mówiła bardzo niewiele, ale w swoim środowisku uchodziła za dobrą i rozsądną; za dobrą – bo o innych mówiła tylko przyjemne rzeczy, a za rozsądną – bo nie wyrażała swojego zdania o niczym z wyjątkiem perfum i jedzenia. Przyjmowała opinie i przekonania innych ze spokojnym uśmiechem, jakby wybaczała im, że w ogóle mają jakieś opinie i przekonania. A w rzeczywistości nie słuchała, co inni mówią.


Lubię tak sugestywne kreślenie postaci. Z podobnym spotkałam się już przy okazji lektury "Kronik portowych".



I jeszcze jedno – jeżeli podobał się Wam film „Bagdad Cafe”, to ta książka ma bardzo podobny charakter. Czarnoskóra, pyskata Brenda była dla mnie lustrzanym odbiciem powieściowej Alice.



Powieść do relaksacji, niezbyt obszerna – na trzy spokojne wieczory.


5/6
________________________
John Steinbeck – Zagubiony autobus [The Wayward Bus, przekł. Andrzej Nowicki]; wyd. Prószyński i S-ka 2016

2 komentarze:

  1. Czytałam również książkę "Tortilla Flat" tego autora i przyznam, że mam apetyt na inne powieści Steinbecka. Podoba mi się jak portretuje Amerykanów i opisuje przestrzeń.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To było moje pierwsze podejście i ja również nabrałam apetytu na więcej :)

      Usuń

Każdy Twój komentarz jest dla mnie ważny.
Dziękuję za kilka słów i zapraszam ponownie :)

Pozdrawiam
Gosia Oczko

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...