poniedziałek, 3 października 2016

Kobiety mają moc! Sheila Kitzinger – Pasja narodzin. Moje życie: antropologia, rodzina, feminizm


Jane Ingrey mówiła, że kobiety muszą mieć wybór. 
Informacja to zmiana.*


Aż trudno mi uwierzyć, że w drugiej dekadzie XXI wieku kobiety w Polsce musiały wyjść na ulice, aby walczyć o swoje prawa do koncepcji i antykoncepcji zgodnej z ich wyborem, z ich zdrowiem i samodzielnym decydowaniem o własnym ciele. Wydawać by się mogło, że dawno już naukowo dowiedziono, że kobieta również jest istotą rozumną. I że protesty sufrażystek to odległa historia, która w obecnych czasach powinna brzmieć jako coś zupełnie niebywałego.

Ale z drugiej strony – po co sięgać tak daleko do czasów przełomu XIX i XX wieku, skoro w drugiej połowie XX wieku kobiety znowu musiały walczyć o swoją godność i należne prawa. Jedną z takich osób była niezwykle barwna Sheila Kitzinger, która walczyła o to, aby kobiety mogły rodzić po ludzku. 



Bo odkąd poród w latach ’50 XX wieku przeniósł się z domów do szpitali, od tego czasu kobiety zaczęły być postrzegane jak mięso, które ma za zadnie wypchnąć na świat noworodka. Położnictwo od II połowy XX wieku stało się autorytarną i zdominowaną przez mężczyzn dyscypliną pozbawiającą kobiety wyboru i dostępu do informacji. Pacjentki miały być posłuszne i uległe, były przecież tylko kolejnym przedmiotem na położniczej szpitalnej  taśmie.

Przy pierwszym porodzie ciężko być pewną, czego się mamy spodziewać i jak będziemy się czuły. Nad całym doświadczeniem porodu wisi jeden wielki znak zapytania. (…)
Już w ciąży poszłam więc się rozejrzeć. Byłam przerażona widokiem sal porodowych w katolickim szpitalu, gdzie wysoki, płaski stół porodowy mieścił się tuż nad gigantycznym obrazem Chrystusa wiszącego na krzyżu, z którego ran na piersi, na boku, rękach i nogach tryskała czerwona krew. Starano się tym przekazać matce: „Cierpisz straszliwe boleści, ale Chrystus wycierpiał jeszcze więcej. Znoś swój ból, tak jak znosił go Chrystus. Nie ma ucieczki. To jest twój krzyż”.
(…) moja bliska przyjaciółka – poleciła żydowski szpital, w którym sama urodziła. Przyglądając mu się bliżej, odkryłam, że jest bardzo nakazowy, a matki mają słuchać instrukcji i zgadzać się na każdą proponowaną interwencję.
(…) Kiedy zaczynałam zajmować się narodzinami, lekarze zwykle odnosili się do emocji tak, jakby były one tylko zwykłym ozdobnikiem, wisienką na torcie fizjologii układu rozrodczego oraz wykonywanych przez nich technik położniczych.


Klinika położnicza w szpitalu uniwersyteckim przypominała targ bydła. Kobiety siedziały na ustawionych w rzędach krzesłach i czekały wiele godzin trzymając w ręku butelkę z moczem. Każda kobieta wzywana na badanie wchodziła do pudełkowatej kabiny z napisem „Proszę się całkowicie rozebrać i założyć bawełniany szlafrok”. Powietrze było ciężkie od potu i zapachu lęku. Przez cienkie drzwi słyszałam wszystko, co lekarz mówił do kobiety przede mną, oraz mokry odgłos palców zagłębiających się w jej waginie, badających ją, a potem wyjmowanych z głośnym pluśnięciem.
Wspięłam się na fotel ginekologiczny, położyłam i zdałam sobie sprawę, że kabina ma tylko trzy ściany. U moich stóp znajdowała się otwarta sala, po której chodzili położnik, lekarze przygotowujący się do specjalizacji oraz studenci, rozmawiając ze sobą i gapiąc się na krocze każdej kobiety, w przelocie mocno popychając wystający brzuch, a potem przechodząc do następnej pacjentki. Leżałyśmy tam w rzędach jak sztuki mięsa.



Czy takie obrazy opieki okołoporodowej brzmią komfortowo? Oczywiście, że nie. Ale tak wyglądała kiedyś rzeczywistość nie tylko w Wielkiej Brytanii. Musiało minąć dużo czasu, walki o podstawowe prawa do poszanowania godności pacjentek, ogromu pracy oraz edukacji lekarzy i kobiet, aby ruszyła machina światopoglądowych zmian w tej dziedzinie.

Ze strzępków rozmów wiem, że moja mama rodząca swoje dzieci w latach ’70 i ’80 ubiegłego wieku również nie wspomina mile swoich porodów. Leżenie plackiem na porodowym stole, brak intymności i informacji, strach i samotność, to powtarzający się porodowy scenariusz tamtych lat.
Jaskółka zmian na polskich porodówkach pojawiła się dopiero w latach ’90-ych wraz z raczkującą wtedy Fundacją Rodzić po ludzku, której aktywistki czerpały garściami z osiągnięć i zmian, które wywołały wcześniej na świecie takie kobiety jak Sheila Kitzinger. 
Sama uczęszczając obecnie na zajęcia szkoły rodzenia słyszę, że mam wybór: gdzie chcę rodzić, z kim chcę rodzić, jak chcę rodzić, że mogę domagać się znieczulenia i przyjmować takie pozycje, które będą dla mnie komfortowe. Walka tamtych kobiet się opłaciła. Mam nadzieję, że dzisiejszy czarny protest również będzie kamieniem milowym. Kobiety muszą mieć wybór we wszystkim, co dotyczy ich osobiście i bezpośrednio.


Sheila Kitziger była aktywistką  działającą na rzecz aktywnego porodu, antropolożką społeczną i autorką wielu książek poświęconych prokreacji, rodzicielstwu, psychologii i fizjologii porodu oraz karmieniu piersią. Była bardzo barwną (również dosłownie) osobistością z niespożytą energią i kreatywnym podejściem do porodowej edukacji. Swoją pasją zaraziła wiele środowisk i zaangażowała do pracy na rzecz przywrócenia porodom, szczególnie tym w warunkach szpitalnych - ludzkiego wymiaru.

Ta autobiografia, którą pisała krótko przed swoją śmiercią jest zaskakującym i niezmiernie interesującym świadectwem życiowych doświadczeń i nabytej wiedzy w całym okresie swojej zawodowej aktywności. Tutaj sygnalizuję m.in. szokującą wzmiankę o Kanadzie, która jeszcze w latach ’80 XX wieku nie uznawała zawodu położnej, które postrzegano jako szamanki wykonujące potencjalnie niebezpieczne zajęcie oraz fragment traktujący o zgodnym z prawem zakazie porodów domowych jeszcze w 2007 roku na Węgrzech, kiedy to państwo było już od kilku lat członkiem Unii Europejskiej.

Jest to również manifest, którego spełnienia życzy Sheila każdej kobiecie:
Pojęcie "wolności" podczas porodu musi oznaczać więcej niż tylko wolność od bólu, niepotrzebnych interwencji czy możliwości robienia tego, co chcemy. Powinna obejmować cały zbiór możliwości reprodukcyjnych dla kobiet na całym świecie: możliwość wyboru, czy w ogóle chce się mieć dziecko, prawo do darmowej antykoncepcji, bezpiecznej aborcji, wolność od przymusowej sterylizacji, prawo do wystarczającej opieki medycznej, wolność od nędzy, która jest przyczyną martwych urodzeń i śmierci noworodków, a także wolność od wyzysku przez międzynarodowe korporacje, które zalewają kraje Trzeciego Świata i oferują świeżo upieczonym matkom "darmowy prezent" z mleka modyfikowanego, przez co matka ma problemy z karmieniem piersią i niemowlęta umierają od odwodnienia i biegunki.


Takie książki chce się czytać. Takie książki warto czytać, by wiedzieć, że kobiety mają moc. 

6/6
________________________
*cytaty:  Sheila Kitzinger – Pasja narodzin. Moje życie: antropologia, rodzina, feminizm [tyt. oryg. A Passion for Birth. My Life: Antopology, family and feminizm; przekł. z angielskiego Marta Panek i Anna Rogozińska], wyd. Mamania 2016

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każdy Twój komentarz jest dla mnie ważny.
Dziękuję za kilka słów i zapraszam ponownie :)

Pozdrawiam
Gosia Oczko

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...