sobota, 7 września 2013

Kulinarni czytają. Nieśka - Mówią weki

Muszę się przyznać, że przez pewien czas nieumyślnie przekręcałam nazwę bloga dzisiejszego Gościa, czyli Nieśki nazywając go „Mówią Wieki”. Zastanawiałam się przy tym, co autorka miała na myśli tak go nazywając, skoro nie jest to blog poświęcony historii, a kulinariom. Któregoś jednak razu zauważyłam brak literki „i”… i wtedy wszystko stało się jasne: Mówią weki! Oto blog, o którym dziś mowa :)

Słoiczek, który możecie zauważyć w nagłówku bloga określa najlepiej, moim zdaniem, charakter „Weków”, czyli gawędziarsko-zadziorny, a prosta kreska odzwierciedla dania, które tam znajdziecie: proste, łatwe, ale niekoniecznie zwyczajne. Nie otwiera się przecież słoików codziennie, czyż nie?

Co zatem proponują „Weki”? Ciasto-kanapka, czyli Wytrawne ciasto bazyliowe z pieczoną papryką, suszonymi pomidorami i serami, to jest coś, co chętnie zabrałabym ze sobą do pracy. Coś niecoś na jeden kęs? Prosta sprawa - wytrawne ciastka, czyli Kruche piłko-kapcie z buraczkami, mozzarellą i orzechami. I aby wekom stało się zadość – coś dobrego do słoika: Brzoskwinie w syropie z nutą herbaciano-gożdzikową i Dżem antonówkowo-marchewkowy z cynamonem

To moje typy na teraz. Was zostawiam z całą resztą do własnych odkryć, oraz z poniższą ciekawą książkową opowieścią Agnieszki. Powiem w sekrecie, iż Nieśka początkowo obstawiała przy twierdzeniu, że o książkach nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Ale kiedy już wycyzelowała swoje „kilka zdań”, to jestem pewna, iż po lekturze stwierdzicie, jak i ja: „Dobrze, że dałaś się namówić. Takich ciekawych "autoanaliz" nam trzeba :)”.

Agnieszko, dziękuję.



Najtrudniej jest zacząć, czyli uchyl swoje wieczko...

„Kiedy nie wiesz, jak zacząć, zacznij od TU LEŻY KASZTAN, a potem się zobaczy, co będzie dalej.” Sprawdza mi się w życiu również to, że im bardziej się staram, tym mniej mi coś wychodzi (oraz odwrotnie) i tu również Pan Alexander Milne miałaby coś do powiedzenia: „Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było”.

Chociaż nie jestem typem, który mieli książki na kilogramy, to mam takie okresy, że czytam dużo, ale w okresach 'posuchy' (prawdopodobnie, gdy wrażliwość ma za duża na emocjonowanie się nadmierne) mam jakąś czytelniczą blokadę. Ale, kiedy czytający mam ciąg...

Co mi w weczku gra

Lubię dokumenty, biografie (ostatnio: „Tyrmandowie. Romans Amerykański”), pamiętniki (Dziennik Białoszewskiego ciągle czeka na półce, ciężka to lektura, ale coś mi mówi, że niezbędna), historie 'z dreszczykiem', ale nie horrory (bawią mnie) czy też kryminały (jakoś nie). Najbardziej kręcą mnie opowieści oparte na faktach. Być może to skrzywienie prawie zawodowe (psycho,psycho...), umiłowanie do śledzenia toków myślenia, motywacji itd. Co nie znaczy, że nie doceniam wiarygodnie zbudowanej powieści czy przekonująco ukazanej postaci. Chociaż, gdyby mi ktoś powiedział, że 'to zdarzyło się naprawdę', to i taką bym chętnie pochłonęła (śmiech). Pewnie, jakbym w tym roku zdawała na studia, wybrałabym kryminalistykę i resztę życia spędziła w temacie motywacji zwłok... ;)

Polska, Rosja, Paryż, London, Dachau i jeden taki łysy emigrant, czyli ULUBIONE STYLE

„Wojna polsko – ruska” (również ekranizacja) zrosła się ze mną na stałe. Kiedyś, dawno temu obawiałam się trochę języka Masłowskiej, ale w tej pozycji przypasował mi idealne. Dźwięki świata, otoczenia, autorka wyłapuje je w mistrzowski sposób. Stoisz potem na przystanku albo w kolejce w sklepie (albo 'gdzieś tam') i słyszysz te teksty na nowo, w innych wersjach, ale wydaje Ci się to znajome. 'Wojna' jest dla mnie dobra i na dobre i na złe dni, jest dobra na wszystko! Odpoczynek w absurdzie – polecam, polecam.

p.s. Nie potrafiłam jednak przebrnąć przez „Kochanie, zabiłam nasze koty”, ale może spróbuję jeszcze raz. ;)

„Pokalanie” Piotra Czerwińskiego (chociaż widzę je już trochę inaczej) stało się moją mini-biblią. Bardzo neoneoneoromantyczna pozycja. Mickiewicz pewnie by jej nie polubił. Mnie styl autora (czyli bardzo bardzo prozaiczna proza) podkreślony „soczystym, ale wyważonym jednak bluzgiem” (nie bluzgiem dla bluzga) bardzo odpowiada. Polecić mogę również „Przebiegum życiae” - zabawne, prześmiewcze, chce się czytać, a o czym to pozycje, to już sprawdźcie we własnym zakresie, bo miejsca mi tu zabraknie;).

Identyfikuję się również z emocjonalnością Drotkiewicz Agnieszki. „Paryż London Dachau”- trochę taka żałoba porozstaniowa w stylu ADHD albo „Jeszcze dzisiaj nie usiadłam” - wywiady z różnymi osobami, a temat główny, można powiedzieć „Jak żyć?” (na marginesie to mój ulubiony temat w ogóle;)).

Lubię też książki Kalwasa (np. „Dom”,„Drzwi”). Pamiętam, że podobała mi się „Bezsenność w Tokyo” Bruczkowskiego, niektóre książki 'podróżnicze' czy np. zabawna i lekka (bardzo zabawna!) pozycja napisana przez syna Stanisława Lema - „Awantury na tle powszechnego ciążenia”, czyli m.in. co Lem był gotowy zrobić dla ulubionej chałwy. Do Bukowskiego chyba dorastam dopiero...

Nie tylko dla dzieci

Jeżeli ktoś ma zmartwienie, powinien tylko dolać trochę octu do płukania, a szmaciane chodniki nie
stracą koloru!
Filifionka w „Opowiadania z Doiny Muminków” T. Jannson

Mam również dziwną słabość do niektórych książek skierowanych do dzieci. „Piotruś Pan” (o dorastaniu), „Muminki”, „Mały Książę” - myślę, że spokojnie i dorośli odnajdą w nich uniwersalne prawdy. Powiedziałabym nawet, że to takie małe studia nad ludzką naturą, szkice psychologiczno - filozoficzne. Ponadczasowe.



Kulinarnie, ale nie do końca


Hmm, lubię, gdy w książkach tego typu znajduję maksimum przepisów i minimum zdjęć (takie mam dziwne preferencje). Doceniam dobry 'dizajn', który ułatwia czytanie. Nie mam swojej 'ulubionej pozycji', do której zawsze wracam. Mogę chyba powiedzieć, że lubię styl a'la Agnieszka Kręglicka felieton – krótki tekst z morzem inspiracji różnych, a do tego jeden główny przepis. Ostatnio urzekło mnie wydanie „Kuchni polskiej” autorstwa Hanny Szymanderskiej, a dużo wcześniej np. „Fotografia smaku” Zofii Nasierowskiej, w której (wbrew pozorom) nie uświadczymy zdjęć, a 24 zestawy obiadowe na różne okazje, okraszone dodatkowo ciekawą historią z życia. Do tego zabawne rysunki, śmieszne wierszyki w stylu 'haiku' i mogę przejść do...

Wierszyki słodko – gorzkie

Szymborska, Białoszewski, Różewicz, autorzy również mniej znani, a nawet (to lubię!) przypadkowi. I nie wiem dlaczego, co w nim jest takiego, że nie zapominam o tym wierszu (ze starego mini-tomiku) Lechonia:

Przed domem uschły biały bez,
Ulica szarą zaszła mgłą.
Smutek bez sensu i bez łez.
...You know, you know...
Lokomotywy nocą gwizd
Gdy się w tej mgle powoli szło.
I szary dzień i smutny list.
...You know, you know...
Potem pod ziemią węgiel wierć
I sennie w barze patrz we szkło.
Co dzień to samo. I już śmierć.
...You know, you know...

Czasem w głowie zadźwięczy mi również wiersz Gałczyńskiego – tu deklamowany przez Marcina Dorocińskiego w „Barbórce” (na marginesie również film ten polecam).

A ostatnio trafiłam na staruteńki tomik Wandy Brzeskiej i taki wierszyk:


i już się chyba ode mnie nie odczepi.

Powiem Wam coś na uszko

Co do moich dziwnych książkowych zwyczajów, to jeśli bardzo zależy mi na przeczytaniu jakiejś książki, to zdarza mi się zaznaczać najfajniejsze fragmenty ołóweczkiem. ;) Lubię też czytać książki związane z konkretnymi osobami – np. jeśli chcę kogoś lepiej poznać albo gdy ta osoba mi coś poleca, z czym się w jakimś stopniu chociaż identyfikuje. Ach ten sentymentalizm...

Właśnie skończyłam

Niedawno skończyłam czytać „Nasz mały PRL”. Jest to książkowa relacja młodej pary z dzieckiem, która na pół roku postanowiła przenieść się w przeszłość. Uwielbiam takie projekty. Poczuć coś na własnej skórze, czy istnieje lepszy sposób na naukę życia? Może zabrzmiało pompatycznie nieco, ale (według mnie) z książki płynie jeden główny wniosek: żadne czasy/sytuacje/ustroje nie są idealne. Każdy z nich ma swoje wady i zalety. Kapitalizm nie jest najgorszy, wolność to fajna rzecz (dla mnie najważniejsza!), jednak ze wszystkiego trzeba umieć korzystać.

p.s. W książce znajdziecie również coś na temat kuchni PRL-u. Zawsze to dobrze wiedzieć, jak zrobić coś z niczego, bo nigdy nie wiesz, kiedy przyjdzie kryzys!

Macham wieczkiem!


11 komentarzy:

  1. "Kochanie, zabiłam nasze koty..." już połknęłam :D Jak to człowiek się zmotywuje! To ja dziękuję, każdy motyw do autoanalizy jest dobry! :) p.s. Uwielbiam Twój styl. Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To teraz kolej na rozmowę Masłowska i Drotkiewicz :)

      Usuń
  2. Także jestem nie poprawna czytelniczką klasyki dla dzieci. Mam w zbiorze całe "Muminki", "Kubusia Puchatka", "Chatkę Puchatka", cykl "Ani z Zielonego Wzgórza" i wiele innych. Także uważam, że "Mały Książę" nie powinien być klasyfikowany jako książka dla dzieci. Jest ona zdecydowanie bardziej nasycona treścią nie wprost.
    Miło się czytało co "Mówią Weki".;-)
    Pozdrawiam
    Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja myślę, że "Mały książę" powinien być czytany dwa razy: jako bajka, a potem jako drugie dno - za każdym razem oczywiście w odpowiednim do lektury wieku :)

      Usuń
  3. Witaj zapraszam do siebie na imperium książek i historii, pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj tak, "Mały książę" to jest coś... Uwielbiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie spotkałam się jeszcze z osobą, której "Mały Książę" się nie spodobał.

      Usuń
  5. W związku ze znaleziem przez Panią tomiku wierszy Wandy Brzeskiej bardzo proszę o kontakt przez e-mail: wieskrotoszyn@wp.pl, gdyż osoba ta urodziła się w naszej miejscowości i poszukujemy wszelkich wiadomości oraz utworów autorstwa dr Wandy Brzeskiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nieśko, zdaje się, że zostałaś wywołana do tablicy ;)

      Usuń
  6. O, dopiero teraz zauważyłam. :) Zaraz napiszę. :)

    OdpowiedzUsuń

Każdy Twój komentarz jest dla mnie ważny.
Dziękuję za kilka słów i zapraszam ponownie :)

Pozdrawiam
Gosia Oczko

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...