poniedziałek, 23 września 2013

Nowe życie w nowym miejscu. Adam Barna - Z pamiętnika wysiedleńca. Wspomnienia




„Jako chłopiec pochodzący z niezamożnej rodziny, w dodatku z wioski zabitej deskami, oddalonej od miasta o 30 km, z wielką nadzieją oczekiwałem lepszej doli, która miała przyjść po ukończeniu szkoły podstawowej. Przyszła jednak sześcioletnia niewola w czasie drugiej wojny światowej. Już na samym jej początku, zastraszony przez hitlerowców i „siczowczyków”, ukrywałem się przed wywózką na przymusowe roboty do Niemczech. Później trafiłem na takież roboty przy umocnieniach linii frontowej Polany - Ciechania, a zaraz po wyzwoleniu Karpat wcielono mnie przymusowo do wojska i wysłano na front w Sudetach. Wróciłem do domu znów z wielką nadzieją na przyszłość. Spokoju jednak nie było, najpierw z powodu partyzantów, a na koniec nieprzewidzianego wypędzenia na Ziemie Zachodnie.”*


W moim rodzinnym mieście, aby dojść na Manhattan, czyli tak zwyczajowo nazywany dawny bazar (który kilka lat temu ustąpił miejsca dużej galerii handlowej), na ulicy 1-go Maja, trzeba minąć cerkiew prawosławną. Był to dla mnie, jako dziecka naturalnie wrośnięty w krajobraz miasta budynek. Podobnie jak i to, że w mieście oprócz katolików, zielonoświątkowców i Świadków Jehowy mieszkają również Łemkowie. Dopiero niedawno, przy okazji czytania tej książki, dowiedziałam się, jak doszło do osiedlenia się tutaj Łemków, i o tym, że moje miasto było miejscem przeznaczenia dla naprawdę sporej ich grupy.

Przesiedleńczą, brutalną akcję „Wisła” ówczesne władze tłumaczyły „normalizacją życia” oraz „realizacją przyjętych przez Polskę umów o wymianie ludności, z zachowanie jej prawa do swobody zmiany przynależności państwowej, którą zahamowała ożywiona działalność ukraińskiego nacjonalistycznego podziemia na wschodnich i południowo - wschodnich rubieżach państwa polskiego.”**
Brzmi wiarygodnie? Tłumaczy powód brutalnego odcięcia korzeni? Ówcześnie tak, prawda jednak była zupełnie inna. Ukraińska partyzantka UPA i śmierć gen. Świerczewskiego były tylko pretekstem do przesiedleń i rozdrobnienia narodu w PRL-u. Rząd wiedział, iż scentralizowana władza będzie skuteczniejsza, jeżeli wyeliminuje się dążenie i utrwalanie regionalizacji. Między innymi również dlatego, po przesiedleniach i przemieszaniu ludności, 30 lat po wojnie podjęto reformę administracyjną, która na niespełna 24 lata sprawiła, iż Polska została dwustopniowo (poziom województwo-gmina z pominięciem powiatu) podzielona na niebagatelną liczbę 49 województw (obecnie - po reformie z 1999 r. jest ich 16).


Wspomnienia Adama Barny rozpoczynają się sielskim obrazem wsi, żyjącej zgodnie z rytmem pór roku. Roztaczają widok siewów, żniw, przygotowań do zimy, prac polowych i przydomowych latem – odbywających się zawsze w zgodnym gronie rodzinnym i sąsiedzkim. Społeczne relacje odgrywają wielką rolę zarówno podczas zwykłych dni, jak i świąt. Niebagatelną rolę w życiu Łemków odgrywa również religia, regulująca nie tylko kalendarz, ale i określająca konkretny typ zachowań w społeczności. Rodzinne gniazdo jawi się przez to jak fantasmagoria. Nieuchronnie jednak sielski wizerunek burzy najpierw wojenna zawierucha z niemiecką okupacją, a nadzieję wolności grzebie ostatecznie po wojnie polski rząd decydując o przesiedleniach.

„Teraz na wsi nie było tak, jak kiedyś. Nie było ani ludzi, ani dawnej wesołości. I nie tylko w naszej wiosce, ale i w sąsiednich – w Długiem, Radocynie, Lipnej, Nieznajowej. Najwięcej ludzi było w Czarnem, około 50 osób, a w pozostałych wioskach razem wziętych może drugie tyle. Nie było też życia religijnego w żadnej z tej wiosek, bo proboszcze parafialni wyjechali z wiernymi na wschód.”***

 A teraz wyobraźcie sobie, że nagle macie zostawić cały życiowy dobytek, swoje miejsce na ziemi, w którym jest dom rodzinny i ukochane zwierzęta, spakować w krótkiej chwili kilka najpotrzebniejszych rzeczy i wyjechać z tym daleko w nieznane. Mało tego, społeczność w której wrastaliśmy, z którą jesteśmy związani nagle przestaje istnieć, jesteśmy od niej odcięci.
Jeżeli jest to nasza własna, przemyślana decyzja, to nic strasznego, prawda? Zgoła inaczej przedstawia się to, kiedy jesteśmy nagle bez naszej zgody do tego przymuszeni. W takiej sytuacji znaleźli się właśnie tuż po wojnie Łemkowie. Stracili nie tylko cały dobytek, ale również brutalnie rozdzieleni i wymęczeni wielodniowym transportem w bydlęcych wagonach – znaleźli się na obcej ziemi, w obcym i na początku wrogim środowisku, w którym od teraz mieli budować życie od nowa.

„Pamiętam, że w naszej zagrodzie, na strychu zostało dużo różnych maszyn i narzędzi rolniczych (…) Prawie wszystko, co było potrzebne do prac w gospodarstwie. W izbie zostały stół, ławki, kanapy, łóżka, kołyski i sporo naczyń oraz sprzętu kuchennego. Nie zostawiliśmy tylko obrazów świętych i książek cerkiewnych.”
(…)
„Już od samego początku wysiedlania, na stacjach załadowczych, każdą wieś dzielono na dwie, lub trzy grupy, a ponadto rozdzielano rodziny, sąsiadów i znajomych. Transporty odsyłano w różne – jak się później okazało – odległe miejsca Polski zachodniej i północnej.”****



Życie na obczyźnie, która od teraz miała stać się nowym domem, również nie było łatwe. Dramat niesprawiedliwego i krzywdzącego nakazu wysiedlenia nie skończył się po dotarciu do stacji docelowej. Mylne przeświadczenie, iż Łemko to Ukrainiec, piętnowało i przeszkadzało w życiu codziennym, w zdobyciu pracy, w funkcjonowaniu we wrogo usposobionym społeczeństwie. Asymilacja rodziła się długo i w bólach. Objęła kilka powojennych pokoleń i nie pozbawiła uczucia goryczy i niesprawiedliwego losu.

Wspomnienia Pana Barny, były przejmującą lekturą. Raz, że pokazały, jak ciężki los dotknął powojennych Łemków. Dwa, że uświadomiły, że to właśnie ci przesiedleni żyli i żyją również w moim rodzinnym mieście.

Osobiście nie czuję się tak bardzo związana z miejscem mojego urodzenia, jak owi przesiedleńcy ze swoją Łemkowszczyzną, wsią Czarne, Długie i Radocyną, życiem w Beskidach i pracą na roli. Dla mnie "moim" miejscem jest to, w którym aktualnie przebywam, i które dla siebie oswoiłam, w którym na nowo tworzę swoją rodzinę, wydeptałam w nim ścieżki i od nowa zapuszczam kolejne korzenie, dzięki którym czuję się, że jestem naprawdę u siebie - nawet pomimo tego, że ktoś tchórzliwie, niesprawiedliwie i piętnująco, nazwie mnie "słoikiem".
Jako niewierząca nie do końca potrafię zrozumieć wagi i przywiązania Łemków do swojego prawosławnego wyznania, które wrosło w ich codzienne życie. Niemniej ich los jest dla mnie przejmujący, a przez to dodatkowo wyzwalający pokłady szacunku dla tej społeczności.

Mam teraz takie marzenie: pojechać w Beskid Niski na Łemkowszczyznę, a tam przejść przez zielone polany Czarnego, Wołowca, Radocyny. Poczuć na nowo tę dziwną mieszaninę uczuć, które nagromadziły się podczas lektury wspomnień Pana Adama Barny.
(edit z 8.06.2014 r. - Pojechałam! Relacja tutaj.)


Ponieważ książka jest udostępniona w PDF-ie w serwisie lemko.org, dokładnie pod tym adresem, gorąco zachęcam do lektury, zwłaszcza, że recenzją nie odda się tego, co można przeczytać samej/samemu.
Polecam również artykuł w Przeglądzie Prawosławnym, w którym Pan Barna również opowiada o powojennym życiu po wysiedleniu.


6/6
________________________

*, ***, **** Z pamiętnika wysiedleńca. Wspomnienia, Adam Barna, Oficyna Wydawnicza ATUT – Wrocławskie Wydawnictwo Oświatowe, Legnica 2004 r.

** Łemkowie. Prace i materiały etnograficzne, tom XXVIII, pod red. Edwarda Pietraszki, wyd. Polskie Towarzystwo Ludoznawcze, Wrocław 1987 r.

8 komentarzy:

  1. Bieszczady to moje rodzinne strony. :)
    Warto tam zajrzeć. A książkę chętnie przeczytam, jak się dorobię czytnika. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ciekawa recenzja! Będąc w tamtych okolicach naprawdę można czasami poczuć dramaty, o których pisze autor. Podczas wakacji wybraliśmy się na wycieczkę do doliny, w której przed wojna znajdowała się wieś Bieliczna. Teraz została po niej jedynie cerkiew, przez długie lata zaniedbana, teraz odnowiona i zawsze otwarta. Dla mnie to był własnie taki znak pamięci o tym, co już nie wróci, przejmujący i piękny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest tragiczna historia - jedna z niezliczonej ilości, naznaczona wojenną i powojenną skazą. Myślę, że warto coś o tym wiedzieć.
      Bardzo Ci polecam te wspomnienia, są napisane z wielkim ładunkiem emocjonalnym. I myślę, że bardziej się wczujesz w historię, bo już znasz tę ziemię.

      Pozdrawiam ciepło

      Usuń
  3. taaaa..... tragiczne historie to sie na Wołyniu działy... o tym też warto wiedzieć

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żadna tragiczna historia nie ma monopolu na bycie tą najbardziej tragiczną.
      Jedni powiedzą, że to miano zyskał Wielki Głód na Ukrainie, inni, że Oświęcim, jeszcze inni, że zsyłka do któregoś z obozów GUŁ-agu albo życie we współczesnej Korei Północnej.
      Każdy los był/jest tragiczny, bo w każdym przypadku dotyka pojedynczego, zwykłego człowieka.
      My, całe szczęście, mamy z tego "tylko" książki, z których każda jedna ma swoją wagę.


      Pozdrawiam

      Usuń
  4. Lemkowyna to nasze ulubione miejsce, jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o Beskidzie Niskim i jego niesamowitej historii zajrzyjcie na nasz blog www.magurskiewyprawy.blogspot.com.
    Zwiedzamy i dzielimy się naszymi przeżyciami.
    Nie wystarczy przeczytać książki, trzeba zobaczyć choćby Czarne i przejmującą pustkę jaka tam została...
    Pozdrawiamy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz. Na Łemkowszczyźnie byłam niedługo po lekturze książki - to było 2 lata temu i marzę, aby tam wrócić. Zakochałam się w tej ciszy, pustce, spokoju, krajobrazie i cerkwiach. Tutaj relacja: http://czytelniczy.blogspot.com/2014/06/cudze-chwalicie-swego-nie-znacie.html

      Dziękuję za podanie linka do siebie - odwiedzę Was wirtualnie w najbliższym czasie :)

      Pozdrawiam

      Usuń

Każdy Twój komentarz jest dla mnie ważny.
Dziękuję za kilka słów i zapraszam ponownie :)

Pozdrawiam
Gosia Oczko

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...