środa, 17 grudnia 2014

"Wyrwij murom zęby krat"*. Sławomir Rogowski - "Widok z dachu"


„Robiło się coraz zimniej, dzień był słoneczny, ale wczesny grudniowy zmierzch już się zbliżał.
- Wiesz, Tolek, nie potrafię i nie lubię przewidywać przyszłości, lepszy ze mnie rekonstruktor tego, co było. To jednak trzyma jak cuma, od której mimo wszystko chciałbyś się uwolnić. Wtedy myślisz: czy takie miejsce, które zostaje z tyłu, miało w twoim życiu jakieś znaczenie? Tak, w tym co było, czuję się bezpiecznie, słowo „naprzód” budzi obawę.
Tolek skinął głową i powiedział z namysłem.
- Coś w tym jest. Czas to pokora i cierpliwa modlitwa bez słów (…). U nas mówią: nie oglądaj się za siebie. Ale co to szkodzi… czasem warto z dachu miasta popatrzeć na rzekę, gdzie zostały wspomnienia.”**

Mój "widok z dachu" miasta, czyli z tarasu widokowego Pałacu Kultury i Nauki; 
zdjęcia zrobiłam latem 2010 r.

Jak co roku w grudniu, już od 33 lat  upamiętnia się kolejną rocznicę wprowadzenia stanu wojennego i pacyfikacji  kopalni Wujek. PRL nie pozwala o sobie zapomnieć. Jako dziecko z ostatniej dekady Polski Ludowej z tego okresu pamiętam niewiele i głównie kojarzy mi się dobrze. Nasi rodzicie, rodzeństwo czy znajomi, którzy w latach 80-tych wkroczyli już w wiek dorosły, świadomie mogli obserwować ten dziwny czas. To oni opowiadają, wspominają, piszą książki. My jesteśmy odbiorcami ich wspomnień.

Swoje prawdziwe wspomnienia na fikcyjną fabułę przekonwertował Sławomir Rogowski, rocznik ’57. Rezultatem tego jest „Widok z dachu”, który trafił do księgarń niespełna miesiąc temu. Moja lektura, dzięki temu, zbiegła się właśnie z tegorocznymi grudniowymi rocznicami. Rzeczywistość względem lektury była niczym głos z offu.

Kilkoro młodziaków – chłopcy z Grochowa i przyjezdni studenci. Skrzyżowanie czasu wiąże ich w znajomości – długotrwałe, co jakiś czas zbiegające lub epizodyczne, wszystkie jednak wykraczające poza okres trwania PRL-u. Poznani na podwórku, w akademiku, w czołgu podczas obowiązkowej służby ku chwale Ojczyzny. Po latach plasują się na różnych stopniach społecznej drabiny. Jeden jest ministrem, drugi wysoko postawionym prezesem, inny zaś w nowej lepszej Polsce zostaje bezrobotnym kaleką. Temu się udało, tamten wykorzystał koniunkturę lub znajomości, innemu przypadło rozczarowanie. Wygrasz, czy przegrasz w życiowej ruletce – nigdy nie wiesz tego od razu.

PRL w książce to wojsko i czołgi, studenckie imprezy: grzeczne od frontu, w środku z muzyką Kaczmarskiego i wierszami Stachury. To kolportowanie bibuły i przesłuchania przez SB, potajemne spotkania, „Solidarność” z Wałęsą na czele, handel ciuchami w ZSRR, stolarska robota przy okrągłym stole, ale też rodzinna codzienność, ciążowe wpadki, szybkie śluby i długie oczekiwanie na mieszkanie.
Nowa rzeczywistość, którą rozpoczyna ostatnia dekada XX i pierwsza XXI wieku na początku jawi się różowo, ale później wcale taka nie jest. Bezrobocie lub kariera, prywatyzacja, rozczarowanie, emigracja, Irak, Afganistan, honor lub infamia. Jedni zyskują, inni tracą – fortuna kołem się toczy. Tolek, Jurek, Rumba, Ratayec – na kogo wypadnie, na tego bęc!

„Kiedy nie masz nic, a najbardziej wiary, że się zmieni, i czujesz, że nie masz szans, ile możesz wyć do ściany, błagać o robotę? Jak się masz bronić, żeby nie pić, jak się masz bronić, żeby nie być śmietnikowym numerem? Ile masz słuchać tych mądrości o aktywizacji i zmianie kwalifikacji? W Małkini czy Przysusze nie ma pracy, chyba że w supermarkecie jazda na wrotkach, ale ty masz pięćdziesiąt lat i brak ci jednej ręki, a oni mówią to nic, ważne, że obie nogi masz zdrowe. Może mam żebrać? Do tego jedna ręka wystarczy… (…) co to jest? To ma być mój kraj czy kara za grzechy? Czy po to ja wtedy w nocy, ryzykując sąd polowy, woziłem bibułę? Marzyłem o wolnej Polsce, a nie o wolnej amerykance!”


Moje wrażenia po lekturze? Różne. Tak różne, jak życiorysy bohaterów. Zdarzały się chwile ciekawości, chwile zabawne, ale też znudzenie, po czym nagłe zaskoczenie. Ktoś traci rękę, inny życie, za to ktoś kolejny przejmuje tożsamość. I cała historia nabiera rumieńców. Miejscami przeszkadzał zbyt luzacki ton przyjęty przez narratora, w innych momentach ubarwiała warsiawska nawijka z Grochowa (aż z tego wszystkiego zapragnęłam tej tutaj książki).

Niewątpliwym plusem jest zamieszczony na ostatnich stronach „Widoku z dachu” słownik wyjaśniający użyte w powieści skróty kojarzące się z okresem PRL-u oraz pojedyncze słowa z warszawskiej gwary. Na poczet pochwał przypisuję również nawiązującą do „Solidarności” (nieodłącznie kojarzącej się przecież z latami 80-tymi)  - dość skromną i udaną okładkę książki.

Swoją drogą - ciekawe, co by o książce powiedzieli nasi rodzice?


 4/6

Celem uzupełnienia polecam:
- Stanisław Grzesiuk – „Boso ale w ostrogach” (znany warszawiak)
- Małgorzata Gutowska - Adamczyk – „Mariola, moje krople...” (1981 na wesoło, bibuła, konspira – te sprawy)

_________
**cytaty: Sławomir Rogowski - "Widok z dachu", wyd. MUZA SA 2014

Recenzja bierze udział w wyzwaniu:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każdy Twój komentarz jest dla mnie ważny.
Dziękuję za kilka słów i zapraszam ponownie :)

Pozdrawiam
Gosia Oczko

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...